Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
3904 posty 1831 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Urlop Chińczyka

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

OKOLICE ANTROPOLOGII (23) Chiński Nowy Rok, który zaczął się wczoraj, to okres zasłużonych, choć krótkich urlopów w tamtym kraju. Rzut oka na warunki pracy i cenę, jaką Chiny płacą za swój imponujący rozwój.

 

W tradycyjnym chińskim kalendarzu księżycowym dokładną datę Nowego Roku (dawniej zwanego Świętem Wiosny) oblicza się corocznie na podstawie jego faz, zawsze pomiędzy 21 stycznia a 21 lutego. W tym roku przypadł on wczoraj, 10 lutego. Rok Czarnego Smoka ustąpił Rokowi Wodnego Węża, który potrwa do 31 stycznia 2014. 

Ten tradycyjny Nowy Rok to najważniejsze, a zarazem najdłuższe święto obchodzone w Chinach. Gwoli formalności trzeba oczywiście zauważyć, że współcześnie dodatkowo obchodzi się także międzynarodowy Nowy Rok (31 grudnia), ale nie ma on ani krzty tego emocjonalnego i kulturowego znaczenia co ten tradycyjny, zwłaszcza że z mocy zwyczaju trwa on 6 dni. Większość firm korzysta zresztą z okazji i swoim pracownikom oferuje od razu dłuższy, zbiorowy urlop trwający zwykle 2-3 tygodni. Oznacza to, że przez blisko miesiąc w Chinach prawie nikt nie pracuje. Wynika to głównie z faktu, że ogromna większość pracowników zarówno w Chinach, jak i poza ich granicami, jest zatrudnionych daleko od miejsca swego pochodzenia, często setki, a nierzadko tysiące kilometrów. Tradycja natomiast każe spędzać Nowy Rok w gronie rodzinnym. Na krótko przez tym Nowym Rokiem całe Chiny dostają więc podróżnego amoku i kilkadziesiąt milionów ludzi w ciągu kilku dni gorączkowo jeździ, lata i pływa czym się da we wszystkie strony. Sporą część tego jedynego w roku urlopu spędza się więc w męczącej, nerwowej podróży tam i z powrotem i także z tego względu udziela się dodatkowych dni wolnych. Choć z naszego punktu widzenia byłby to miesiąc mało atrakcyjny na jedyny urlop w roku i wyjazdy, zwłaszcza jeśli chodzi o pogodę, nikt z Chińczyków tym się nie przejmuje, bo w ich kulturze, jak w całej Azji zresztą, wypoczywa się przede wszystkim przy suto zastawionym stole.

Zbierają się przy nim wszyscy członkowie rodziny, zwykle na wiele dni i tylko ten jeden raz w roku zjeżdżają tam ze wszystkich stron rozproszenia. Tak jak w większości kultur świata na stole są odrębne i tylko dla tego święta charakterystyczne potrawy, w tym koniecznie z mięsa ryb, drobiu i zwykle jakiegoś ssaka, czyli symbole wody, powietrza i ziemi, a także coś z tofu,  tj. sojowego twarogu. Wymyślnych dań regionalnych jest także bardzo dużo. Zwyczajowemu obżarstwu towarzyszy odświętne pijaństwo, często na umór, jako że piekielnie mocna, 60-procentowa chińska wódka maotai  dość łatwo zwala z nóg nienawykłych, przemęczonych i zwykle nie najlepiej odżywionych biesiadników. Krótko przedtem, tak jak prawie wszędzie na świecie, są tańce i chóralne śpiewy biesiadne.

Nawet jeśli tych tańców i śpiewów nie ma za wiele, to po sutych posiłkach w ludzi wstępuje wigor i również Chińczykom zbiera się na miłość. Na całym świecie jest tak, że w okresie świąt, kiedy z ludzi odpływa stres, są wypoczęci i zapominają o problemach, dochodzi do największej liczby poczęć. Ponad połowa dzieci w Chinach rodzi się potem w październiku lub listopadzie. W związku z tym w chińskim establishmencie pojawiły się nawet głosy, że aby utrzymać w ryzach coraz mniej przestrzeganą zasadę jednego dziecka w rodzinie, zamiast upierać się przy surowych ograniczeniach w obrębie instytucji rodziny, rząd powinien pomyśleć o skróceniu noworocznych ferii.  

Obchody tygodnia Nowego Roku kończą się wspaniałym Świętem Lamp, podczas którego wszędzie w Chinach odbywają się występy przebierańców, parady z lampionami, a przede wszystkim najbardziej uwielbiane przez Chińczyków (a znienawidzone przeze mnie) hałaśliwe pokazy sztucznych ogni. Zwykle zaczynają się one zaraz po Nowym Roku i trwają przez wiele wieczorów.

Po takich świętach Nowego Roku całe Chiny mają swoistego kaca. Wielu pracowników nie stawia się w pracy. Powodem jest nie tyle picie i ucztowanie, ale rozprzężenie wynikające z faktu, że na koniec roku prawie wszyscy pracownicy dostają stosunkowo wysokie premie, zwykle trzynastki. Niejeden przemęczony lub zbuntowany pracownik samowolnie przedłuża sobie wtedy daleko od pracy urlop. Kiedy wraca, jego miejsce może być już zajęte. Oznacza to, że także dla przedsiębiorstw powrót do normalnego rytmu pracy bywa zazwyczaj kłopotliwy i trwa to czasem jeszcze kilka tygodni zanim znów nabierze pożądanego rozmachu .  

Szczególne znaczenie ma okres Nowego Roku w specjalnych strefach ekonomicznych, zwłaszcza wokół Hongkongu i Szanghaju, gdzie pracuje kilkadziesiąt milionów ludzi. Są to strefy szczególnie drapieżnego kapitalizmu i wyzysku ludzi, o jakim na Zachodzie nawet nie mamy pojęcia. Mimo, że byłem kiedyś parę razy w takiej fabryce, to o warunkach pracy i o skali wyzysku dowiedziałem się dopiero później od zaprzyjaźnionego Chińczyka urodzonego i wychowanego w Hongkongu. Na miejscu raczej trudno to zauważyć, a jeszcze trudniej pewne spostrzeżenia za sobą skojarzyć, zaś sami Chińczycy umieją większość swoich spraw skrzętnie przed obcymi ukrywać.  Ponieważ system pracy w takich zakładach ma ścisły związek z obchodami Nowego Roku, pojawia się okazja, aby go tu opisać.  

Zazwyczaj jest tak, że założona w takiej strefie fabryka ma na swym terenie zamknięty hotel dla swoich robotników, gdzie przez cały rok żyją i pracują oni jak w więzieniu, nie wychodząc ani razu na zewnątrz. Ludzi tych rekrutuje się prawie zawsze z jednej, często wyznaczonej przez władze miejscowości w Chinach właściwych, na prowincji. Dla władz jest to planowanie zatrudnienia i zarządzanie ludnością z dala od stref specjalnych, ale dla pracodawcy powody są także bardzo praktyczne. Język chiński jest silnie dialektyczny i różni się tak znacznie, że nawet policję rekrutuje się tylko na miejscu, w promieniu ok. 150 km, bo inaczej nie dogada się z miejscową ludnością. W sytuacji zakładu pracy jest również ważne, aby przywiezieni pracownicy od razu mówili tym samym dialektem co majster i mogli porozumiewać się między sobą. Taki system pozwala też rekrutować pracowników z odległych, głównie górskich mniejszości etnicznych, do których w sumie należy w Chinach 80-100 milionów ludzi.

Pracowników przeważnie werbuje się niemal tak, jak przez wieki zaciągano w Chinach żołnierzy do cesarskiej armii. Dziś na placu staje autokar, z niego wynoszą stolik i krzesło, na nim zasiada z zeszytem werbownik, obok staje herold z megafonem i wzywa przechodniów na zaciąg, kolejno podpisuje się umowy i autokar powoli napełnia się rekrutem, a kiedy wszystkie miejsca są już zajęte, autokar wyrusza w drogę, która często trwa kilka dni. Po przywiezieniu na miejsce rekruci dostają jednolitą odzież fabryczną na cały rok, koc i pryczę w kilkuosobowej celi, pełne wyżywienie w fabrycznej kantynie i wszystko, co w mniemaniu pracodawcy jest im potrzebne do życia. W praktyce żaden z takich pracowników nigdy nie wychodzi poza ogrodzenie, nie wie jak wygląda świat na zewnątrz, nawet nie zna swego adresu. Nazajutrz po przyjeździe odbywa się szkolenie do pracy. Większość chińskich zakładów stosuje metodologię produkcji na taśmie z algorytmem najprostszych czynności pracowniczych, do których już po kilku godzinach można przyuczyć nawet małpę. Potem zaczyna się piekło wielkiej, ciasnej hali. Praca, której w chińskich strefach specjalnych nie chroni żadne prawo, trwa zazwyczaj codziennie od 8:00 do 22:00, z przerwami na posiłki, po czym zmęczeni ludzie padają na prycze nie bacząc nawet jak im w celach ciasno. 

Przyzwyczajeni do weekendów nie potrafimy sobie nawet wyobrazić jak to jest, gdy tydzień roboczy trwa siedem dni. A tak było przez tysiące lat w Chinach, gdzie kalendarz znał tylko dwie pory miesiąca tj. porę rosnącego księżyca i porę malejącego księżyca (ważne np. dla rytmu prac polowych) i nikt nie wiedział o istnieniu szabatów i siedmiodniowych tygodni. Właściwie nie znano też odpoczynków. Stare chińskie przysłowie mówiło: „Jeść wszystkie dni – pracować wszystkie dni”. Tydzień, jaki my znamy od czasów babilońskich za pośrednictwem Żydów, w Chinach istnieje, i to powierzchownie, dopiero od trzech pokoleń, a dni tygodnia nie mają tam nawet nazw. Mówi się po prostu ‘pierwszy dzień tygodnia’, drugi dzień tygodnia’, ‘trzeci dzień’ itp. Bogiem a prawdą, podobnie jest zresztą i w wielu innych językach, w tym semickich i słowiańskich, gdzie przecież wtorek to ‘wtóry dzień tygodnia’, środa to dzień środkowy (porównaj niemieckie Mittwoch), czwartek to dzień czwarty, piątek – piąty itp. Różnica jest tylko taka, że nasza rachuba zaczyna się po niedzieli, która w chrześcijaństwie zastąpiła szabat zarówno jako ostatni dzień tygodnia i jako dzień, w którym się ‘nie działa’, czyli nie pracuje. Pierwszym dniem tygodnia jest więc poniedziałek. U Chińczyków pierwszym dniem tygodnia formalnie jest niedziela, tak jak u Żydów lub Arabów. Co ciekawe, przyjęli oni jednak tę rachubę dni od pierwszych chrześcijan, z którymi się zetknęli, czyli od Portugalczyków (Macau, Formosa, itp). W chrześcijańskiej Europie tak liczy się dni tylko w języku portugalskim (poniedziałek to ‘segunda feira’, wtorek to ‘terca feira’, środa to ‘quarta feira’ etc.), który te rachubę zachował z tradycji mozarabskiej.

Liczenie jest zresztą u Chińczyków w ogóle ważnym sposobem postrzegania rzeczywistości i stosują oni liczby w nazewnictwie dużo częściej niż my to robimy. Np. także miesiące nie mają po chińsku innych nazw jak tylko numery: pierwszy miesiąc, drugi miesiąc, itd. Ba, nawet dzieci w wielodzietnych dawniej rodzinach zwykle nie miały imion w naszym pojęciu, ale nazywały się np. Trzeci Syn, Czwarta Córka, etc. (dziś są same jedynaki, więc fantazja w nadawaniu imion nawet Chińczykom trochę puściła). Kiedy przyjeżdża delegacja zagraniczna, Chińczycy nie próbują uczyć się obcych nazwisk, tylko po prostu numerują jej uczestników według służbowej hierarchii (to kolejna ważna cecha chińskiej mentalności) i potem tak ich sobie określają: Pan Pierwszy, Numer Drugi, itp. Podobnie robią chińscy tłumacze, którzy wolą sprawy numerować niż nazywać i  całkiem sprawnie im to wychodzi w negocjacjach ("W sprawie numer cztery jesteśmy za propozycją numer jeden"). Wszyscy szybko się w tych liczbach orientują. Nawet gdy Chińczyk pisze swoimi znakami, to łatwo zauważyć że stale liczy, czy  mu się zgadza w nich liczba kresek, bo to jest nie tyle odpowiednik naszej ortografii, ile kwestia systematyki i znaczenia znaku. Kiedyś napiszę o tym wszystkim więcej.

Wróćmy jednak do robotników w chińskich strefach specjalnych. Pracują na okrągło, tygodnie dla nich nie istnieją, a jedyny wolny od pracy dzień przypada raz w miesiącu, z przeznaczeniem na higieniczny obrządek osobisty (i tak się zresztą nazywa). Ponieważ pracownicy nie wychodzą na zewnątrz i stołują się na miejscu (za co im pracodawca potrąca z płacy, podobnie jak za noclegi, umundurowanie, przewóz autokarem itp.)  nie dostają też za pracę pieniędzy! Nie mają kont bankowych, ani ubezpieczeń, w ogóle prawie nie figurują w żadnych rejestrach, bo i umowa z policją jest taka, że pilnuje ich u siebie pracodawca. Umowa o pracę jest zawarta na rok. I właśnie kiedy zbliża się Nowy Rok, przychodzi urlop, zwykle około dwutygodniowy. Pracodawca wypłaca im pensje za cały rok. Nawet jeśli była to śmieszna głodowa stawka na miesiąc, to plik pieniędzy, który dostają wtedy raz w roku do ręki w żywej gotówce, jest dla nich oszołamiający. Teraz pracodawca podstawia znowu te same autokary, którymi ich przywiózł (jest to zarówno część umowy, jak i metoda zarządzania) i wiezie całą załogę z powrotem w miejsce, gdzie ich zwerbowano, a tam puszcza ich do domów. Przywożąc takie pieniądze, są w nim mile widzianymi gośćmi i to na ich cześć rodzina urządza sutą ucztę. Przez te kilka świątecznych dni są traktowani w rodzinie jak bohaterowie. Tymczasem ich autokar zwykle nawet nie odjeżdża, tylko czeka na koniec urlopu. Średnio tylko dwie trzecie robotników powraca , aby ponownie podpisać niewolniczy kontrakt na następny rok. Najczęściej zagania ich tam ich własna rodzina, która już znalazła zastosowanie dla przywiezionych pieniędzy (lodówka, telewizor, rower, wesele córki, studia dla syna) i ma także plany, co zrobić z ich zarobkiem w przyszłym roku. Na prowincji Chińczycy wciąż żyją jeszcze w dużych, rozrodzonych rodzinach wielopokoleniowych, gdzie takie decyzje są w rękach starszych. Młodsi muszą słuchać i pojechać znowu do pracy, czekając aż przyjdzie ich kolej np. na ożenek. Bywa, że rodzina świadomie poświęca jednego ze swoich na całkowite zapracowanie się w tym systemie na śmierć. Po 10-15 latach takiej pracy i takiego trybu zycia jest to wrak człowieka.

W międzyczasie czekający autokar werbuje kolejnych na uzupełnienie swego składu i powraca do fabryki z tą samą liczbą robotników, jaką przywiózł. W ten sposób nawet stare zwyczaje noworoczne wprzęgnięto w dzisiejszych Chinach w nieludzki system sprytnie zarządzanego wyzysku. Tak przynajmniej było jeszcze niedawno, choć podobno coś się i w tej sprawie zmienia. Wielu Chińczyków nie widzi w tym systemie nic złego. Oprócz znajomego z Hongkongu, który mi o tym dokładnie  opowiadał,  inni albo udają, że tak nie jest, albo wzruszają ramionami. "A jeśli nawet, no to co?"- powiedział mi znajomy chiński tłumacz - "Każda pszczoła też umiera z przepracowania".

Bogusław Jeznach

 

Deser muzyczny:

Chinka Wu Man, mistrzyni gry na starożytnym instrumencie pipa , członkini zespołu Silk Road Ensamble, kierowanego przez słynnego chińskiego wiolonczelistę Yo-Yo Ma, wykonuje utwór pt. „Nocne myśli”, inspirowany tradycją z IX wieku. Jest to jej solowa część  koncertu w Teatrze Sandersa na Uniwersytecie Harvardzkim w marcu 2011 roku.

KOMENTARZE

  • Podziękowanie
    Dziękuję. Jednak czym innym jest wiedza, że wyzyskuje się ludzi i opis konkretnej sytuacji. To tak, jak z jedzeniem mięsa - wiadomo, że trzeba wcześniej zabić zwierzę, ale zobaczenie jak to wygląda może zmienić perspektywę (jestem wegetarianką...)
  • @
    "Każda pszczoła umiera z przepracowania".
    Tak,to bardzo smutna i okrutna prawda...
    Swoją drogą inne chińskie przysłowie mówi,iż
    jeśli robi się w życiu,to co się lubi,to tak naprawdę
    się nie pracuje,tylko ile osób może tak o sobie powiedzieć,
    a w Chinach trzeba pamiętać,że małe dzieci też często są
    wykorzystywane,by np pracować przy wyrobie
    koralików,które potem są sprzedawane na zachód,
    albo przy robieniu lalek,którymi cieszyć się będą
    na Boże Narodzenie ich katoliccy rówieśnicy,
    a małym chińskim dzieciom nie będzie dane nigdy
    się nimi bawić...

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031