Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
3841 postów 1811 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Słonko Kałmucji

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Dzięki Tel-Awizji i innym merdiom wiemy, że taki Łukaszenka, Ahmadineżad, Mugabe albo Chavez to dyktator i kanalia, ale taki np. Karzaj, Museveni albo Kabila to fajny gość, który wie z kim trzymać. A kim jest Kirsan Iliumżynow?

 

Oficjalnie Kałmucja to samorządna republika etniczna i jedna z 89 administracyjnych części Rosji, położona w jałowym stepie na zachód od Astrachania. Na nielicznych turystach, którzy tam zechcą dotrzeć, robi ona wrażenie kawałka środkowej Azji, który przypętał się jakoś do Europy i tu, w jej zapomnianym kącie, pozostał. Wrażenie jest słuszne, bo Kałmucy to potomkowie mongolskich koczowników, którzy przybyli tu na początku XVII wieku. Na głównej ulicy Elisty, stolicy kraju, którą jest nadal ulicą Lenina, no bo jakżeby inaczej, stoi wielki posąg zagadkowo uśmiechniętego Buddy. Tuż obok na wielkim plakacie prezydent Kałmucji wita Dalaj-lamę. Także Lenin nie wziął się tu znikąd: ojciec wodza rewolucji Ilia Uljanow był przecież półkrwi Kałmukiem (matka była Żydówką).

Pierwotną ojczyzną Kałmuków jest Dżungaria, która dziś wchodzi w skład chińskiego Turkiestanu zwanego Sinkiang. Wyparci stamtąd przez Chińczyków Kałmucy, wtedy jeszcze zwani Ojratami, w liczbie 100 tysięcy jurt i tyluż rodzin przez 32 lata szli na zachód, aby w 1608 roku dotrzeć do stepów nadwołżańskich, dokładnie tam, gdzie wcześniej rozpadło się państwo wyznających judaizm Chazarów. Car Piotr Wielki przyjął wtedy ich posłów, uznał za „ruskich” i nadał im ziemie od Astrachania do Stawropola ustanawiając tam chanat. Dzisiejsza Kałmucja to tenże okrojony chanat. Przez pierwsze półtora wieku trwała sielanka. Potem od północy zaczęli napierać Kozacy, a następnie osadnicy niemieccy, czyli późniejsi Niemcy nadwołżańscy, których zaprosiła tam Katarzyna Wielka (sama Niemka przecież) i Kałmukom zrobiło się ciasno. W roku 1771 władca kałmucki Ubaszy-chan i ogromna większość jego poddanych uznali , że mają dość Europy i zwinąwszy jurty ruszyli z powrotem do Dżungarii, która wtedy znajdowała się pod panowaniem Mandżurii. Niewielu tam dotarło,  bo od początku coś im nie szło, mimo że datę wyjścia astrologicznie wyznaczył i pobłogosławił sam Dalaj-lama. Chyba się jednak pomylił  i czekali za długo, bo lody na Wołdze ruszyły i część z nich, która zamarudziła na prawym brzegu rzeki, nie zdołała się przeprawić w porę i musiała zostać. Wkrótce ci, co zostali odczuli to boleśnie: stracili status chanatu, byli siłą przenoszeni do stałych chałup itp. Kiedy zaś jeszcze niebacznie wzięli udział  w chłopskim powstaniu Pugaczowa, po jego stłumieniu już na zawsze mieli z Rosją na pieńku. W końcu w  roku 1943 Stalin oskarżył ich o współpracę z Niemcami, zresztą słusznie, bo aż  5.000 z nich służyło wtedy we wspomagającym Niemców Korpusie Kawalerii Kałmuckiej. Zlikwidował więc republikę kałmucką i rozproszył jej mieszkańców po Syberii. Połowa nie przeżyła tych przenosin, reszta wróciła po roku 1957. Dziś jest ich jednak tylko 150.000, czyli tylko połowa ludności republiki, reszta to głównie Rosjanie, którzy jednak stale wyjeżdżają do innych rejonów Rosji. Kałmucy coraz bardziej decydują więc o charakterze tego jałowego i nudnego miejsca, gdzie miałki kurz odgania głodne muchy znad niedopałków śmietnisk na rozstajach wertepów.

Kałmucja to jedyny kraj w Europie, gdzie oficjalną religią jest buddyzm, a dokładniej jego mongolska odmiana – lamaizm. Kałmucy odbudowują  tam święte czorteny i wysyłają mnichów na naukę do Indii. Sam Dalaj–lama przysłał im osobiście szaddin-lamę (Wysokiego Lamę) imieniem Telo-Rinpocze, który jest rzeczywiście bardzo wysoki, w chwili przyjazdu miał 24 lata i jest Amerykaninem z Filadelfii, ale poza tym jest żywym wcieleniem pewnego pobożnego i zacnego Hindusa sprzed kilku wieków. Prywatnie, po godzinach, jest on wielbicielem muzyki rockowej, a zwłaszcza starego zespołu Smashing Pumpkins. Słuchając tej muzyki lepiej mu się medytuje.

Krajobraz Kałmucji to jałowy step zniszczony kopytkami milionów owiec, które tu wypasano w niedawnych przecież czasach ZSRR. Plany były ambitne i napięte, więc owiec było za dużo, a ponadto – niewłaściwej rasy: kaukaskiej. Dawały nawet niezłą wełnę, ale ich twarde raciczki, dobre na skałach Kaukazu, tu szybko wytrzebiły delikatne korzenie traw na lessowym podłożu. Dziś połowa Kałmucji jest zakurzoną pustynią i aby ją ożywić, wprowadza się wielbłądy. Dwugarbne, jak w Mongolii, które też dają wełnę i mleko. Z mleka robi się kumys. Trzeba stalowej woli, żeby tego nie zwymiotować po pierwszym kubku – twierdzą zgodnie najbardziej zahartowani podróżnicy z Europy. Lessowa pustynia jest też podobno ojczyzną narodowego zwierzęcia Kałmucji - suhaka, małej trąbonosej antylopy, która jest tak rzadka, że jeszcze nikt nigdy w Kałmucji w naturze jej nie widział. Aby ją lepiej chronić rok 2010 ogłoszono tam rokiem ochrony suhaka i był to rzeczywiście ogromny sukces, bo w ciągu roku nie zanotowano, aby zginęła choć jedna sztuka. „Jeszcze żadna nie zginęła” ma szanse stać się nowym hasłem Kałmucji, bo przynajmniej to pasmo sukcesów trwa nieprzerwanie, choć rok ochronny dawno minął. Równie skutecznie suhaki chronione są też nadal w Kałmucji przed ludzkim wzrokiem, nawet najlepiej uzbrojonym.

Z każdego plakatu i słupa (bo drzew w Kałmucji nie ma) uśmiecha się twarz wiecznie młodego Kirsana Iliumżynowa, który w niezwykle prosty sposób wygrał tam prezydenckie wybory w 1993 roku, a potem wszystkie następne. Obiecał mianowicie swoim rodakom, że zrobi z Kałmucji drugi Kuwejt. „Każdy pasterz dostanie telefon komórkowy, a poziom życia wzroście 10-krotnie w ciągu dwóch lat” – powiedział. Nooo, skoro tak, to i wygrał! 

A po wyborach stał się cud, jak mawiali dawniej chasydzi, i obietnice te nie spełniły się nawet na jotę. Nikt jednak nie robił wtedy i do dziś nie robi z tego sprawy, bo każdy jest przecież realistą i wie, że było to od początku niemożliwe. Ale euforia jak wybuchła tak trwa do dziś, a ludzie mówią o Kirsanie jak o bohaterze narodowym. Są dumni, że udało mu się tak łatwo wygrać i że przynajmniej on sam stał się bardzo bogaty. Od kogoś trzeba przecież było zacząć. Gdyby sam nie pokazał, że można się wzbogacić, to kto by uwierzył jego kolejnym obietnicom wyborczym, hę? Toteż do dziś nie ma baru ani straganu w Kałmucji, w którym nie byłoby portretu umiłowanego prezydenta. Poddani nadal cieszą się, że od początku, gdy był jeszcze bardzo młody, okazał się taki sprytny i zaradny. Stawiają go za przykład swoim dzieciom, z których prawie połowa nosi już jego imię.  Reszcie nie wypada, bo to dziewczynki, ale Kirsana to też bardzo popularne w Kałmucji imię żeńskie. Sam Iliumżynow nie ukrywa zresztą swego majątku, a nawet się nim chełpi. Już w trzy lata po zdobyciu władzy, czyli w roku 1996, wykazał do opodatkowania 1 mln $, co było największą sumą zadeklarowaną przez polityka w Rosji. „Zuch Kirsan, mołodiec!” cieszyli się wtedy Kałmucy. Proszę bardzo, Kałmuk, nasz chłopak, tutejszy, a zakasował i Rosjan, i Czeczeńców, i Ormian i nawet wielu Żydów, największych w Rosji spryciarzy. A jaki uczciwy! Może nawet i któryś inny ma od niego więcej kasy, ale przecież nie deklaruje do podatku. A on, proszę bardzo - ani rubla nie kryje. Już kiedy pierwszy raz kandydował na prezydenta miał  50 przedsiębiorstw o łącznych obrotach ponad pół miliarda dolarów. Jeździ, a raczej daje się wozić klimatyzowanym lincolnem. A co, może go nie stać? Gazety w całej Rosji i na świecie nazywają go miliarderem. Kałmuk potrafi. Zuch Kirsan! 

Jego kariera w biznesie była przeraźliwie prosta i dla Rosji typowa. Za komuny Iliumżynow był prominentnym komsomolcem  i dostał  się do Rady Najwyższej Federacji Rosyjskiej, a tam już znalazł dojście, aby w chaosie przemian i łapczywego rozkradania wszystkiego co się da, przepisać na siebie to i owo z państwowego, czyli niczyjego. A co, może mieli wszystko same ruskie rozkraść? Albo innym zostawić? Dopadł także paru kontraktów na eksport czego się tylko dało. Tu wełna, tam kawior z Astrachania, tam trochę nafty z sąsiedniego Kazachstanu...  Odłożył wtedy jakieś 50 mln $ w Szwajcarii na czarną godzinę, bo przecież mogło się to szybko skończyć. No, ale na szczęście wszystko poszło dobrze. Udało się. Dziś, od 20 lat ma do dyspozycji całą republikę i wciąż bogaci się pełną parą, bo nikt mu nie żałuje, a nawet przeciwnie, każdy stara się pomóc jak może. Niech chociaż jeden Kałmuk będzie wśród najbogatszych „nowych ruskich”, a bo niby co, że jak Kałmuk to ma być gorszy?

W końcu trzeba przyznać, że choć może tu i ówdzie troszkę przesadził, to jednak nie wciskał ludziom samego tylko kitu. O, co to, to nie! Obiecał mocny rząd i proszę, jest! Już na samym początku rozwiązał nikomu niepotrzebny 130-osobowy Wierchownyj Sowiet Kałmucji i w jego miejsce osobiście mianował  25-osobowy parlament, o wiele szybszy i sprawniejszy w działaniu. Prezydentowi też o wiele lepiej się z nim współpracuje, bo są to jego sprawdzeni koledzy, krewni i przyjaciele. Nie gadają po próżnicy, tylko uchwalają to, co do nich należy. Taniej i bez niepotrzebnych sporów. Nieco później uporządkował też media. Np. 6 czerwca 1998 roku znaleziono poprzestrzelane zwłoki Łarisy Judiny, redaktor naczelnej Sowietskoj Kałmucji (nazwa z gatunku wiecznie żywych!), jedynej gazety republiki. Za dużo wścibska baba wiedziała lub chciała wiedzieć o interesach w wolnocłowej strefie Elisty, no i krytykowała prezydenta. Kij w szprychy wkładała!  Gadają zresztą, że to była Żydówa, albo przynajmniej tak się nazywała. No, ale teraz jest już w mediach spokój, pismaki nie brużdżą i nie węszą niepotrzebnie, tylko pracują dla dobra kraju.

Bo przecież Iliumżynow był od początku przez wszystkich lubiany za miły uśmiech, młody wiek i spokojną, buddyjską pewność siebie, która z niego promieniuje. Słonko Kałmucji, słodkie takie nasze! Uwielbienie doszło do zenitu kiedy w roku 1995 został prezydentem FIDE, międzynarodowej federacji szachowej. W oczach poddanych stał się personą rangi światowej, ba, może nawet najwybitniejszym Kałmukiem wszechczasów, większym nawet niż sam ojciec Lenina. Gdyby mianował się dożywotnim chanem Kałmucji wzbudziłby tylko entuzjazm. Ku zachwytowi poddanych i tak zresztą szybko zaczął sobie poczynać jak udzielny władca. Nie chcąc odprowadzać podatków do Moskwy (a co to – jemu samemu się nie przydadzą?) 17 listopada 1998 roku zagroził otwarcie oderwaniem Kałmucji od Rosji i tylko groźny pomruk z Kremla niemal w ostatniej chwili przywołał go do porządku.    

Wśród licznych talentów władcy jest także zamiłowanie do filozofii. Wyznaje on i głosi koncepcję „myślenia etnoplanetarnego”, którą specjalnie dla niego opracował kałmucki „sekretarz stanu ds. ideologii”. Szkoły też otrzymały instrukcje, aby odważnie „rozszerzyć jednostki dydaktyczne”, wykryte przez pewnego kałmuckiego naukowca. W pewnej chwili zaczęto nawet podejrzewać, ze macza w tym palce przesławny Kościół Zjednoczony Wielebnego Moona, który pod różnymi szyldami mocno siedzi w zakurzonych zakamarkach stołecznej Elisty. Ale władze oficjalnie i stanowczo odrzuciły tę podłą i destruktywną sugestię. Zaraz po ponownym wyborze Iliumżynowa w 1995 roku Igor Rotar, dziennikarz Izwiestii zapisał słowa z wywiadu gospodina prezydienta: „Niezależnie od tego co ludziom mówię, daje im także zakodowane instrukcje na poziomie podświadomości. To samo robię, gdy kontaktuję się z obywatelami Rosji w innych rejonach. Wytwarzam wokół republiki rodzaj ekstra-czułego pola i to nam bardzo pomaga w wielu naszych przedsięwzięciach.” Takie pole ułatwionej komunikacji jest Kałmucji na pewno bardzo potrzebne, bo w kraju tym nadal nie ma dróg ani kolei, a przemysł to cztery zakłady przetwórstwa żywności, w tym suszarnia owoców, oraz dwie gręplarnie wełny. Dochód na mieszkańca nie przekracza ¼ średniej dla całej Rosji. Jednakże Elista, 80-tysięczna stolica kraju, mająca kilka barów, blisko 20 sklepów i bazar to istny Manhattan w szczerym stepie. Jaśnieje ona blaskiem ekstra-czułego pola, którym otacza swych poddanych uśmiechnięty jak Budda prezydent. Mogą oni już uczyć się w szkołach swego staromongolskiego pionowego pisma zakazanego wrednym bolszewickim edyktem z 1924 roku. Mają już także swoje tradycyjne instrumenty ze skóry, kości i końskiego włosia, ale ponieważ jeszcze nikt nie umie na nich grać, do Chin i Mongolii posłano przed wielu laty pierwszą grupę kilkorga stypendystów. To są trudne instrumenty, więc powrócą dopiero za jakieś 3-4 lata i wtedy w kałmuckim stepie na pewno wzmocnią się pozytywne wibracje. Nie ma jeszcze telefonów komórkowych, bo nie ma jeszcze masztu przekaźnika. Nie ma też wielomiliardowych inwestycji zachodnich, jakie prezydent obiecał zwabić do Elisty. No, i nie podpisał kontraktu z Diego Maradoną, którego 20 lat temu obiecał skaperować do jedynego klubu piłki nożnej w Eliście. Ale klub gra i bez niego, a poddani są szczęśliwi i spokojni. Zresztą Maradona jest już za stary i mogłoby nie być z niego wielkiego pożytku. Ale wszystko po kolei, nie trzeba się denerwować. „Wszystkie obietnice naszego prezydenta będą w 100% spełnione” – zapewniał przez kilka kadencji niezmiennie uśmiechnięty rzecznik Iliumżynowa. „To tylko kwestia czasu i pieniędzy, ale nie mamy już co do tego żadnych wątpliwości”.

Wątpliwości nadal nie ma żadnych, ale jesienią 2010 roku Iliumżynow nasycił się w końcu łatwą władzą i, niczym Putin Miedwiediewa, osobiście wyznaczył  na prezydenta republiki niejakiego Aleksieja Orłowa, Rosjanina, żeby nikt nie mówił o tym, że główna mniejszość nie ma tu swoich praw. Sam Iliumżynow zachował wprawdzie dla siebie tytuł głowy państwa, ale teraz zajmuje się już tylko przewodniczeniu międzynarodowej federacji szachowej. No i musi podreperować swe prywatne interesy, bo jego imperium trochę jakby ucierpiało, kiedy zanadto zajmował się sprawami ukochanej republiki i jej szczęśliwych poddanych. Czyli na pewno będzie jeszcze lepiej.

Bogusław Jeznach

 

Na deser muzyczny mam dziś udaną próbkę kałmuckiego tańca na bardzo ważnym weselu w wykonaniu jedynego dziecięcego zespołu „Tulipańczik” w Eliście (dwóch kałmuckich chłopców i jedna rosyjska dziewczynka) w kałmuckich strojach ludowych. Dorośli tańczą podobnie, ale też tylko zawodowi artyści. 

 

KOMENTARZE

  • Panie Bogusławie,
    och jaki interesujący blog i piękna, nieznana (przynajmniej mnie) muzyka. Dodaję Pana do ulubionych. Wrócę później, by zapoznać się z wszystkimi wpisami dokładniej a nie pobieżnie. Zasługują na to.

    Dziękuję i pozdrawiam serdecznie.
  • i ja jestem zachwycona
    i również dodaje do ulubionych oraz przekazuję ten artykuł znajomym.
    Pozdrówko;)))

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930