Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
4573 posty 2072 komentarze

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Donald Gbur I

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

CO PISZĄ INNI: Piotr Listkiewicz na łamach Sputnika z niechęcią pisze tak o Trumpie:

 

„Wpuść prostaka do do biura, to ci atrament wypije”. To przysłowie w oryginale brzmi trochę inaczej, ale nie chciałem obrażać „chłopów" porównując ich do amerykańskiego prezydenta. Albowiem nawet teraz, w dobie gwałtownych przemian kulturowych i upadku norm etyczno-moralnych, przysłowiowy chłop nie poważyłby się zachować tak grubiańsko jak zrobił to Donald Trump podczas audiencji u królowej.

Jeden z „twitterati" (użytkownik Twittera) napisał: „Nie jestem rojalistą, ale wydaje mi się, że głowa takiej potęgi, jaką są USA, potrafi się zachować w sytuacji, gdy przyjdzie mu odwiedzać inne państwa z wizytą oficjalną. A tu nie tylko jest nieznajomość dworskiej etykiety, ale przede wszystkim brak podstawowego wychowania. Co za maniery! Każdą kobietę należy puścić przodem, a tym bardziej królową rzekomo zaprzyjaźnionego kraju. Myślę, że gwardia honorowa z trudem powstrzymywała powagę, gdy zwaliste cielsko Trumpa blokowało kruchą i filigranową Elżbietę podczas oficjalnej parady."

Witając się z monarchinią Trump podał jej rękę bez najmniejszego skinienia głową, chociaż podczas swoich spotkań z saudyjskim królem Salmanem, kłania się prawie w pas. No może nie tak głęboko jak Obama, który o mały figiel nie padł na twarz u stóp monarchy, ale wystarczająco głęboko, żeby okazać, że na Arabii Saudyjskiej mu bardzo zależy. W Londynie Trump odrzucił lwią głowę do tyłu, jakby chciał pokazać swoją wyższość i okazać królowej pogardę.

O czym świadczy nonszalancko rozpięta marynarka w zbyt dużym garniturze? Między innymi o tym, że oto Władca łaskawie przybył na weekend do wasala. Dobrze o tym wiedzieli mieszkańcy Londynu, awansem urządzając mu tłumny protest.

 

GDY CYGAN  RAZ PRZEZ WIEŚ PRZEJDZIE…

Brak zaufania amerykańskiego establishmentu jest w pewnym sensie usprawiedliwiony, bo prezydenta wiele razy przyłapano na kłamstwie, zaś jego wpisy na Twitterze zaprzeczają sobie nawzajem czasem na przestrzeni kilku dni lub tygodni. Amerykański prezydent jest zbyt często „za, a nawet przeciw" w sprawach, których ceną mogą być ofiary w ludziach idących w miliony. Przede wszystkim zaś kłamie i odwraca kota ogonem, gdy zapędzą go w kozi róg dociekliwi senatorzy.

Establishment nie dał się nabrać na „twitty" Trumpa, według których spotkanie sam na sam z Putinem (nie licząc dwojga tłumaczy) było wspaniałym sukcesem. Jeszcze nie minęły dwa tygodnie jak prezydent w swoich „twittach" zaczął odwracać kota ogonem. W sprawie rzekomejingerencji  Rosji w wybory prezydenckie Trump tak się zaplątał, że właściwie sam już nie wie, co powiedział podczas spotkania. Według jednej z wersji Putin jest odpowiedzialny za tę ingerencję, bo „jest przywódcą Rosji", zupełnie tak, jakby przywódca kraju był odpowiedzialny za kryminalne czyny jego obywateli.

Prawdziwą burzę wśród akredytowanych dziennikarzy wywołało stwierdzenie Putina, że „owszem, chciał wygranej Trumpa, ponieważ podczas kampanii wyborczej Trump niejednokrotnie zapowiadał, że gdy zostanie wybrany, uzdrowi stosunki z Rosją", które w ostatnich latach mocno podupadły do tego stopnia, że widmo trzeciej wojny światowej staje się coraz wyraźniejsze i bliższe. Czy może być coś bardziej oczywistego, że po takich zapowiedziach prezydent opozycyjnego mocarstwa, zaczął nabierać do niego sympatii?

Tymczasem zachodnie massmedia pominęły drugą część zdania, zadowalając się pierwszą. Według nich Putin „chciał wygranej Trumpa", no i rzekomo polecił swoim agentom w Ameryce, aby zrobili co trzeba. Inaczej mówiąc, w rezultacie tego qui pro quo Trump jest przekonany, że Putin maczał palce w fałszerstwie wyborczym, zaś — według mediów — Putin się do tego przyznał publicznie podczas konferencji prasowej tuż po zakończeniu politycznego tet-a-tet. Co za łasy kąsek dla brukowców w rodzaju Washington Post!

Amerykański kongres i senat nie mają do Trumpa zaufania. Po spotkaniu Trumpa z Ławrowem kilka miesięcy temu, kongresmani rozpętali burzę, która niemal spowodowała demolkę wnętrza niektórych pomieszczeń w Białym Domu, ponieważ podejrzewano, że rosyjski minister spraw zagranicznych i rosyjski ambasador w Waszyngtonie nagrali rozmowy. Niczego nie znaleziono i sprawa rozeszła się po kościach. Główny nurt medialny musiał się zadowolić wieścią, że Ławrow  ma fenomenalną pamięć i zdążył powtórzyć komu trzeba w Moskwie przebieg rozmowy, zaś ze względu na różnicę kilkunastu godzin pomiędzy Waszyngtonem a Moskwą, ta relacja ukazała się w prasie rosyjskiej zanim w ogóle rozpoczęto spotkanie.

Tym razem jednak postanowiono przesłuchać osobistą tłumaczkę Trumpa, bo próby wypytywania go podczas konferencji prasowej, o czym była mowa podczas czterogodzinnej rozmowy w cztery oczy tylko przy obecności dwojga tłumaczy, nie przyniosły niczego konkretnego. Podczas czterogodzinnej rozmowy! O czym oni gadali tyle czasu? A przecież w programie spotkania było omówienie najbardziej gorących spraw, jak Północna Korea, Iran, Syria, NATO, Zjednoczona Europa itd. Czy wystarczy zakończyć spotkanie stwierdzeniem, że było ono owocne i zakończyło się sukcesem dla obu stron?

Przesłuchanie tłumaczki będzie (jeśli w ogóle nastąpi) ewenementem i precedensem oraz „subtelnym" votum nieufności dla Trumpa. Tłumacz jest człowiekiem zaprzysiężonym, utajnionym i nie wolno mu/jej udzielać żadnych informacji na temat rozmów, w których uczestniczy. Przebieg rozmowy ma być natychmiast wyrzucony z pamięci tłumacza, a jeśli posiada jakieś notatki, powinny zostać zniszczone przed wyjściem z pomieszczenia.

Podczas takich rozmów przy drzwiach tłumacz jest do maksimum skoncentrowany na tym co robi, co sprawia, że paradoksalnie niewiele pamięta z tego, co się działo. Jego rola polega na natychmiastowym przestrajaniu się z jednego języka na drugi, umysł ma pracować niezmiernie szybko — tym szybciej, im jest szybsza wymiana zdań i rozmowa toczy się wartko, bez przerw na jakiekolwiek zastanowienie.

W takiej sytuacji pomyłki są nieuniknione, bo nie ma czasu szukać w pamięci lepszego synonimu, bardziej adekwatnej ekspresji lub właściwej frazy. Zmorą są idiomy w obu językach, bo nie da się ich przetłumaczyć dosłownie i wystarczająco szybko. Rozmówcy na ogół posługują się językiem potocznym, a nie naukowym, intelektualnym i literackim. Niewątpliwie Trump inaczej rozmawiał z generałami w Brukseli niż z Putinem w Helsinkach.

Trump mówi raczej wolno, często powtarza się i przekształca to samo zdanie, co stwarza wrażenie jakby brakowało mu koncentracji. Putin mówi płynnie i dość szybko, a mimo to każda jego wypowiedź jest przemyślana. Warto zapoznać się z analizą znawcy „języka ciała", który w bardzo fachowy i trafny sposób ocenił obu prezydentów. Według niego mowa Trumpa jest raczej prostacka, podczas gdy język Putina świadczy o dobrej edukacji. No i oczywiście Putin ma wiele lat obycia i dyplomatycznej praktyki, której brakuje Trumpowi. Pod tym względem są oni skrajnymi przeciwieństwami.

 

ZDRAJCA I NISZCZYCIEL AMERYKAŃSKIEJ DEMOKRACJI

Deep state (dosłownie „głębokie państwo"), co należy tłumaczyć jako „rząd cieni", albo jako to bagno, które Trump chciał „osuszyć" po dojściu do władzy, składające się z neokonserwatywnych, neokolonialnych demokratów i republikanów pospołu, posiadających bliskie afiliacje z niewyobrażalnie nadzianymi kołami przemysłu zbrojeniowego i armii, sowicie obsypało go wyzwiskami już w poniedziałek wieczorem, gdy tylko pierwsze doniesienia dostały się do zachodnich mediów. Establishment oczekiwał, że Trump będzie twardy i „postawi się" Putinowi, a tu się nagle okazało, że Trump nie spełnił oczekiwań, był miękki i nie tylko się nie postawił, ale „podłożył się" Putinowi. Co za skandal! Zamiast panować nad sytuacją i samemu nadać ton rozmowie, zacząć stawiać warunki i ultimata, Trump znalazł się u Putina „w kieszeni" i stał jak „grzeczny uczniak" w obliczu nauczyciela.

 

 „JASTRZĘBIE" MIAŁY RACJĘ

Czyż zatem „rząd korporacyjnych cieni" nie miał racji, gdy wraz z „jastrzębiami" senatu i Pentagonu żądał odwołania rozmów na dzień przed spotkaniem w Helsinkach? Establishment jest głęboko zaniepokojony i wcale nie podziela zdania obu prezydentów, że spotkanie było sukcesem obu stron, i że nawet jeśli niektóre sprawy zostały jedynie „dotknięte", zostały położone podwaliny pod dalsze ich rozwinięcie w jakimś dalszym terminie.

Dla establishmentu dzięki zachowaniu Trumpa, spotkanie zakończyło się totalną klęską i wielu członków kongresu i senatu uważa, że popełnił zdradę stanu. I mają rację, bo nie patrząc na przyszłość ewentualnej „Wielkiej Ameryki", dla której zgoda i pokojowa współpraca obu mocarstw może doprowadzić również do „Wielkiej Rosji", dla nich Trump poniósł polityczną klęskę, wpędzając establishment w kłopoty oraz olbrzymie straty finansowe.

 

JAK TO NA WOJENCE ŁADNIE…

Upłynęło parę tygodni od helsińskiego „szczytu", po którym spodziewaliśmy się tak wiele. I znowu pod pozorem „walki o pokój" faktycznie walczymy o wojnę. Tak pokojowo nastawiony Trump szykuje się do bombardowania Iranu. Niczego innego nie potrafi. Niczego innego nie chce. Dla prostaka pokój jest nudny, a w czasie wojny zawsze coś się dzieje. Adrenalina, dreszczyk przygody.

„Nie ma jak Afganistan" — napisał mi taki jeden NATO-wiec o ksywie „polski żołnierz" — drinki, zioło, dzi*ki na zawołanie. A jak wrócę, to kupię se furę i będę szukał żony. Na bogatego każda poleci." No,  a jeśli nie wróci? O tym dwudziestolatek dzisiaj nie myśli. Nie myśli o tym, że będzie strzelać — nie ważne czy ktoś jest z bronią, czy bez broni. „Bye, bye american pie" śpiewał taki sam, tyle że amerykański gó*niarz, strzelając do bezbronnych cywili z helikoptera wiszącego nad placem irackiego miasteczka.

 

KOMENTARZE

  • @
    //...Tłumacz jest człowiekiem zaprzysiężonym, utajnionym i nie wolno mu/jej udzielać żadnych informacji na temat rozmów, w których uczestniczy. Przebieg rozmowy ma być natychmiast wyrzucony z pamięci tłumacza, a jeśli posiada jakieś notatki, powinny zostać zniszczone przed wyjściem z pomieszczenia.
    Podczas takich rozmów przy drzwiach tłumacz jest do maksimum skoncentrowany na tym co robi, co sprawia, że paradoksalnie niewiele pamięta z tego, co się działo. Jego rola polega na natychmiastowym przestrajaniu się z jednego języka na drugi, umysł ma pracować niezmiernie szybko — tym szybciej, im jest szybsza wymiana zdań i rozmowa toczy się wartko, bez przerw na jakiekolwiek zastanowienie.
    W takiej sytuacji pomyłki są nieuniknione, bo nie ma czasu szukać w pamięci lepszego synonimu, bardziej adekwatnej ekspresji lub właściwej frazy. Zmorą są idiomy w obu językach, bo nie da się ich przetłumaczyć dosłownie i wystarczająco szybko. Rozmówcy na ogół posługują się językiem potocznym, a nie naukowym, intelektualnym i literackim.//

    Bardzo prawdziwa ocena pracy tłumacza. Miałem dziesiątki takich rozmów na bardzo wysokim szczeblu i setki nieco mniej ważnych, i znam te sytuacje z autopsji. Tłumacz jest tak skupiony na szybkim i bezpośrednim przetwarzaniu tekstu, że po wyjściu z tłumaczenia nie jest w stanie odtworzyć nawet najważniejszych zdań, nie potrafi streścić rozmowy, a czasem nawet nie pamięta jej tematu!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031