Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
4365 postów 1977 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Kto jest Chińczykiem?

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Chińskie pojęcie ‘narodowości’ jest bardzo bliskie polskiemu, a więc zupełnie niezrozumiałe na Zachodzie. Niemniej, jest ono podstawą strategii w polityce narodowej Chin.

 

W słowniku polsko-angielskim słowo „narodowość” jest tłumaczone jako „nationality”, chociaż w rzeczywistości oznacza ono „obywatelstwo” (citizenship), podobnie jak słowo „nation” oznacza bardziej „społeczeństwo”, albo nawet „państwo”, a mniej „naród”, tak jak my to rozumiemy. Najbliższym znaczeniowo pojęciem narodowości w polskim rozumieniu jest „ethnicity”. Podobny dylemat ma język  niemiecki (Nationalität, Staatsbürgerschaft), francuski (nationalité, citoyenneté), hiszpański (nacionalidad, ciudadania), portugalski (nacionalidade, cidadania) albo włoski (nazionalità, cittadinanza) gdzie ten drugi termin jest zwykle urobiony od słowa oznaczającego miasto. Wiedząc, jak drażliwą jest kwestia narodowości dla współczesnej ideologii Zachodu, gdzie o nacjonalizmie wolno mówić albo źle albo wcale, można w tym zjawisku dostrzec wysiłki, aby znaczenie pojęcia „narodowość” raczej zatrzeć, niż aby je uwypuklić. Również język rosyjski ma kłopot z rozróżnianiem национальности od гражданства.Dodatkowo problemem dla Rosjan jest rozróżnienie kategorii народ oraz нация. Dopiero na Bałkanach, gdzie prawdziwe znaczenie tych terminów boleśnie zrewidowała historia i życie, pojawia się właściwe rozróżnienie „nacionalnosti” od „državljanstva” np. w języku serbochorwackim. Chyba najlepiej różnicę tę uchwycił dopiero język grecki: εθνικότητας, ιθαγένειας (ethnikótitas, ithagéneias), gdzie pierwszy termin swoją etymologią podkreśla poczucie plemiennej wspólnoty, a drugi – zasiedzenie pokoleń.

W języku chińskim też mamy kilka określeń. Naród to 国家[guójiā], a narodowość lub obywatelstwo to 国籍[guójí], gdzie ten pierwszy znak oznacza „kraj, państwo”, a ten drugi odpowiednio – „rodzina” oraz „przynależność, członkostwo”, czyli całość odpowiada polskiemu pojęciu obywatelstwa. Lepszym terminem na etniczne określenie narodu jest民族[mínzú], gdzie pierwszy znak znaczy „człowiek”, a drugi „rodzina, genealogia, więzy krwi”. Narodowość można więc przetłumaczyć jako etniczność -种族[zhǒngzú], gdzie pierwszy znak oznacza „gatunek”.  Są to terminy bardziej precyzyjne niż europejskie i widać z nich, że Chińczycy rozróżniają je tak jak my, tzn. albo prawniczo, albo antropologicznie. Spróbujmy wyjaśnić to bliżej i bardziej praktycznie, zaczynając od strony prawnej

Niedawna sprawa trzech księgarzy z Hongkongu, którzy zniknęli pod koniec roku 2015 rzuca światło na problem pojmowania narodowości w Chinach. Jeden został wywabiony i pojmany na terytorium HK przez agentów z Pekinu. Drugi został porwany w Tajlandii. Ostatecznie, wszyscy trzej znaleźli się w chińskich więzieniach oskarżeni o rozpowszechnianie złośliwych i szkodliwych publikacji na temat chińskich przywódców. Jeden z aresztowanych posiadał paszport brytyjski, a drugi miał obywatelstwo Szwecji, ale nie miało to dla chińskiego sądu żadnego znaczenia i proces oraz zarzuty miały tę samą siłę, co w przypadku zwykłych obywateli Chin, którzy coś przeskrobią w oczach swego rządu. Ambasady UK i Szwecji nie mogły przysłać swych przedstawicieli na proces ani też odwiedzać aresztantów w więzieniach. W oczach władz chińskich we wszystkich trzech przypadkach chodziło o ewidentnych Chińczyków, i żadne inne państwo nie miało do nich żadnego prawa. Jest to część ogólnego stosunku Pekinu do swej ludności: prawo chińskie dotyczy Chińczyków nie tylko w Hongkongu, ale odnosi się w ogóle do całej ogromnej chińskiej diaspory na świecie.

Chińskie MSZ orzekło, że Lee Bo, posiadacz brytyjskiego paszportu, był „przede wszystkim i w pierwszej kolejności obywatelem chińskim”. Rząd uważa, że dokument o nazwie回国许可证 [huíguó xǔkězhèng], dosłownie „zezwolenie na powrót do domu”, wydane stałym tj. żółtym i skośnookim mieszkańcom Hongkongu, ma wyższość i pierwszeństwo wobec dokumentów wydawanych za granicą. Ponieważ terytorium Hongkongu powróciło pod władzę Pekinu w 1997 r., Chiny uważają, że zarówno w Hongkongu jak i Makau, wszyscy tamtejsi mieszkańcy rodzimego tj. chińskiego pochodzenia są obywatelami chińskimi. Także Gui Minhai, obywatel Szwecji uprowadzony z Tajlandii, powiedział w chińskiej telewizji: że „tak naprawdę czuje się Chińczykiem" (我真的觉得我是中国人 [Wǒzhēn de juédé wǒshì zhōngguórén]), co w powszechnej opinii było prawdopodobnie wyznaniem wymuszonym.

Chiny uważają, że są w prawie tak postępować, ponieważ Pekin nie uznaje podwójnego obywatelstwa. Prawo jest jednak niejednoznaczne. W pierwszej kolejności  stanowi ona, że​​osoba przyjmująca paszport zagraniczny "automatycznie" traci obywatelstwo chińskie, a następnie, w sposób sprzeczny postanawia, że dana osoba musi "zrzec się" obywatelstwa (złożyć dokumenty rejestracyjne gospodarstwa domowego i paszport), a zrzeczenie takie musi zostać oficjalnie zatwierdzone. Według córki pana Gui przeszedł  on formalną procedurę oddania swojego chińskiego obywatelstwa przyjmując paszport szwedzki. Jednak władze chińskie uznały, że ten paszport nie przeważył, ani nie zastąpił cech, które nabył wcześniej przez urodzenie i pochodzenie etniczne: zarówno pan Gui, jak i pan Lee to członkowie narodowości Han, nadrzędnej grupy etnicznej Chin.

Podstawą dla chińskiego pojmowania narodowości i odczuwania swej tożsamości jest bowiem etniczność -种族[zhǒngzú]. Jakieś 1,2 mld mieszkańców Chin kontynentalnych, określanych jako Chińczycy, określa samych siebie i poczuwa się do narodowości Han, a nie do którejś z mniejszości w tym wielkim kraju, które łącznie ocenia się na 110 mln osób. Pochodzenie etniczne (Han) i obywatelstwo chińskie stały się pojęciami prawie wymiennymi, jak wskazuje James Leibold z La Trobe University w Melbourne w Australii. W optyce Zachodu jest to zmieszanie pojęć, ale w optyce chińskiej dopiero to jest klarownym rozróżnieniem, które ma znaczenie fundamentalne. Określa ono bowiem relacje między Han a innymi grupami etnicznymi. Poprzez zawężenie legalnego rynku pracy niemal wyłącznie do osób pochodzenia Han, etniczność kształtuje również gospodarkę i rozwój kraju. I to także obciąża stosunki z zagranicą. Etniczny Han, nawet z rodziny, która wyjechała do​​innego kraju wiele pokoleń temu, uważany jest zwykle za część jednolitej grupy narodowej, zarówno przez chiński rząd, jak i przez zwykłych ludzi.

Narodowość Han bierze swą nazwę od dynastii o tym imieniu z III wieku pne. Frank Dikötter z Uniwersytetu w Hongkongu uważa jednak, że zbiorowość dziś określana jako Han to konstrukt, który ukształtował się dopiero na początku XX wieku. Przez ponad połowę z ostatnich 650 lat większość terytoriów zwanych obecnie Chinami była bowiem okupowana przez żywioły etnicznie obce (najpierw przez Mongołów z północy, a następnie przez Mandżurów z północnego wschodu). Wprawdzie chińska historia przedstawia Mandżurów, i okres Qing jako „schińszczoną dynastię” (中国化的王朝[zhōngguó huà de wángcháo]) ostatnich cesarzy Chin, ale najnowsze badania sugerują, że zachowali oni swój własny język i kulturę, oraz że Chiny za Qingów były częścią większego, wieloetnicznego imperium.

Za czasów panowania i wpływów zachodniego imperializmu rasa była często wykorzystywana do dzielenia ludzi. Jednak po upadku dynastii Qing w 1911 roku nowa elita dążyła do stworzenia nadrzędnego uzasadnienia dla chińskiego państwa narodowego gdzie poddani mówili językami wzajemnie niezrozumiałymi, a ponadto wywodzili się z  różnych tradycji i przekonań. W tym czasie w znacznej części Chin bardzo silna była już tradycja wywodzenia genealogii w linii ojca (patrylineat): klany, rozpoznawalne po jednosylabowym nazwisku (zawsze pierwszym w trójczłonowym określeniu osoby) wierzyły, że mogą wyśledzić swoją linię aż do pierwszej grupy wspólnych przodków. To pomogło chińskim nacjonalistom rozwinąć i wpoić ludziom ideę, że wszyscy Hanowie pochodzą od Huangdi, „żółtego cesarza", sprzed 5000 lat.

Rasa stała się więc podstawą zorganizowania narodu w republikańskich Chinach. Sun Yat-sen, który założył Kuomintang, chińską partię nacjonalistyczną i jest szeroko postrzegany jako ojciec narodu chińskiego (华民族之父[zhōnghuá mínzú zhī fù]), uporczywie lansował ideę „wspólnej krwi” (共同的血液[gòngtóng de xiěyè]). Sto lat po nim prezydent Xi Jinping nadal robi to samo. Jednym z uzasadnień jego twierdzenia, że​​Tajwan jest częścią Chin jest to, że „krew jest gęściejsza od wody” (血液比水厚 [xiěyè bǐshuǐhòu]). W przemówieniu z 2014 roku rozwinął on tę myśl bardziej szczegółowo:几代海外华人永远不会忘记他们的祖国,他们的起源,还是中华民族血脉流淌的血脉” [Jǐdài hǎiwài huárén yǒngyuǎn bùhuìwàngjìtāmen de zǔguó, tāmen de qǐyuán, háishìzhōnghuámínzú xiě mài liútǎng de xuèmài]) – co się tłumaczy jak: „Pokolenia zamorskich Chińczyków nigdy nie zapominają o ojczystym kraju, o swoim pochodzeniu ani o krwi chińskiego narodu płynącego w ich żyłach".

Większość Chińczyków do dziś uważa, że Chińczyka rozpoznaje się od pierwszego wejrzenia i że etniczny Han musi w istocie być jednym z nich. Małe dziecko w Pekinie bez skrępowania pokazuje na ulicy osobę o białej skórze i głośno stwierdza, że jest to cudzoziemiec 外国人[wàiguó rén], albo dosłownie „osoba z zagranicy”.  Chińczyk urodzony za granicą, ale zamieszkały w Chinach, jest stale upominany, że jego mandaryński powinien być lepszy (w przeciwieństwie do każdego nie-Chińczyka, który słyszy same pochwały i zachwyty nad jego chińszczyzną, nawet jeśli tylko ogranicza się ona do paru grzecznościowych zwrotów. Od „swoich” zawsze wymaga się dużo więcej. To zresztą ważna cecha każdego nacjonalizmu. 

Dzisiejsze Chiny sa nadzwyczajnie jednorodne. Stan ten utrzymuje się przez to, że pozostają one prawie całkowicie zamknięte dla nowych poddanych, z wyjątkiem tych, którym „chińskość” przysługuje z urodzenia. O ile ktoś nie jest dzieckiem obywatela chińskiego (a chodzi tu zwłaszcza o ojca), to bez względu na to, jak długo tam mieszka, ile pieniędzy zarabia lub jakie płaci podatki, praktycznie nie może zostać obywatelem. Ktoś, kto poślubi Chińczyka lub Chinkę może teoretycznie uzyskać obywatelstwo; w praktyce niewielu to osiąga. W rezultacie, według spisu ludności z 2010 r., najludniejszy kraj na Ziemi ma tylko 1448 naturalizowanych Chińczyków w ogóle. Nawet Japonia, która jest dość powszechnie znana z wrogości wobec imigracji, każdego roku naturalizuje około 10 000 nowych obywateli. Dla porównania: w Ameryce liczba ta wynosi około 700 000 rocznie!

Zbieżność pojęcia „Chińczyk” i „Han” leży u podłoża niełatwych relacji między tak określoną większością, a obywatelami chińskimi z mniejszości etnicznych. Teoretycznie władze traktują mniejszości jako równe, a nawet przyznają im pewne przywileje. Np. nie były one objęte słynną „polityką jednego dziecka” (独生子女政策  [dúshēngzǐnǚzhèngcè]) obowiązującą etnicznych Chińczyków w latach 1979-2015. Jednak w praktyce grupy etniczne, szczególnie te z pogranicza Chin, które wizualnie wyróżniają się najbardziej, są dyskryminowane i coraz bardziej marginalizowane, ponieważ do ich regionów masowo przesiedlili się etniczni Chińczycy-Han. W wyniku takich przesiedleń, sponsorowanych i wspieranych przez państwo, ludność Han w Turkiestanie chińskim (Xinjiang), dawniej zamieszkanym głównie przez Ujgurów wzrosła z 4% w 1949 roku do 42% obecnie. Także etniczni Mongołowie stanowią obecnie już tylko 17% ludności Mongolii Wewnętrznej.

W najlepszym razie grupy nie-Han są traktowane w Chinach jako folklorystyczne ciekawostki. Prowincja Junnan zbudowała dobrze prosperujący przemysł turystyczny wokół takich kultur mniejszościowych. Mniejszości są zwykle przedstawiane jako rozmiłowane w archaicznych obyczajach i tradycjach w przeciwieństwie do Hanów, którzy są nowocześni i technologicznie zaawansowani. Na wystawie pt. „Narodowości Sinkiangu Ujgurskiego" w muzeum w Urumczi, stolicy prowincji, jedyną osobą w nowoczesnym stroju jest Han; napisy chińskimi znakami głoszą, że chińscy Ujgurowie „mają szczególne upodobanie do wszelkiego rodzaju małych okrągłych czapeczek” (对各种小帽子有特殊的喜好 [duì gè zhǒng xiǎo màozi yǒu tèshūde xǐhào]),  a życie chińskich Kazachów jest „pełne piosenek i rytmów" (满歌曲和节奏[chōngmǎn gēqǔhéjiézòu]).

Nieczułość na różnice kulturowe rodzi napięcia i grozi w Chinach tarciami etnicznymi. Zwykłe przejawy lokalnej kultury w regionach przygranicznych zostały uznane za przestępcze. W Xinjiangu Ujgurom nie wolno nosić długich bród, a muzułmanom utrudnia się post w czasie ramadanu. Nomadzi w Mongolii Wewnętrznej i w Tybecie zostali przymusowo osiedleni w stałym miejscu. W Tybecie i Xinjiangu wiele szkół uczy w ogólnochińskim języku mandaryńskim, nawet jeśli brakuje tam wystarczającej liczby osób mówiących po mandaryńsku.

Wynikają z tego konflikty i uprzedzenia odczuwalne na co dzień. „Uważają nas za dzikusów” - mówi tybetański przewodnik w Xining, zdominowanej przez Hanów stolicy prowincji Qinghai na tybetańskim płaskowyżu; tylko jeden z jego sąsiadów Han mówi mu 你好[nǐhǎo] czyli „cześć”. Ponieważ chińskie dowody tożsamości zawierają pozycję „pochodzenie etniczne” (种族[zhǒngzú]) Tybetańczykom i Ujgurom zwykle odmawia się miejsca w hotelach w innych częściach Chin. Reza Hasmath z kanadyjskiego University of Alberta stwierdził, że w Pekinie pracownicy pochodzący z mniejszości narodowych byli zazwyczaj lepiej wykształceni, ale opłacani gorzej niż ich odpowiednicy narodowości Han. W prowincjach zamieszkanych przez mniejszości narodowe, najlepsze miejsca pracy należą do Hanów.

W Chinach powstają obecnie liczne organizacje społeczne dla obrony rozmaitych interesów grupowych, takich jak prawa pracownicze, prawa homoseksualistów albo ochrona środowiska, ale niewiele wskazuje na to, żeby Hanowie chcieli bronić swoich etnicznych rówieśników. Nie jest to zaskakujące, biorąc pod uwagę, że może to zostać uznane za wspieranie separatyzmu, który rozbija jedność państwa. Wydaje się, że jest nawet odwrotnie i to właśnie retoryka rządu, szczególnie w odniesieniu do islamu, który jest traktowany jako niebezpieczeństwo, zaostrzyła istniejące podziały.

W chińskiej wielokulturowości muzułmańska mniejszość, zwana w Chinach Hui (co czyta się Huej), od dawna odnosi stosunkowo niemałe sukcesy: są oni rozproszeni i lepiej zintegrowani z kulturą Han i, co ważne, mówią także między sobą po mandaryńsku i zwykle w niczym nie różnią się wyglądem. Islamofobia jednak szybko rośnie, szczególnie w Internecie, a posty społecznościowe wzywają muzułmanów Hui żeby „wrócili sobie na Bliski Wschód". Prezydent Xi Jinping w czasie swej wizyty w prowincji Ningxia, regionie Hui, ostrzegł chińskich muzułmanów przed  „nielegalną infiltracją religijną" i zalecił, aby „kontynuowali tradycję patriotyczną", co jest oznaką, że postrzega on tę grupę z podejrzliwością, a także jako sytuującą się na obrzeżu „chińskości” i mającą historię dążeń separatystycznych.

Chociaż wielu obywateli Chin należących do takich mniejszości nie jest traktowanych na równi z Chińczykami Han, to Hanowie z zagranicy są w Chinach mile widziani, postrzegani jako rodacy i mają specjalny status. Każdy, kto ma chińskie pochodzenie korzysta z prawnej przewagi w uzyskaniu wizy pracowniczej, a urodzone za granicą dzieci Chińczyków mają prawo wstępu na chińskie uczelnie państwowe.

Podejście to dobrze służy chińskiej gospodarce. Przez ostatnie kilkanaście lat  znaczna część inwestycji pochodzi z zagranicy. Wielu Chińczyków żyjących już drugie pokolenia w Ameryce zakłada firmy w Chinach. Jednak bycie członkiem „wielkiej chińskiej rodziny"  (中国大家庭  [zhōngguó dà jiātíng]), jak to ujął  prezydent Xi, również niesie ze sobą oczekiwania. W San Francisco w grudniu zeszłego roku na przyjęciu dla amerykańskich rodzin, które adoptowały chińskie dzieci, konsul Chin przypomniał tym dzieciom, że „nadal jesteście Chińczykami" (你仍然是中国人 [nǐréngrán shìzhōngguórén]), a przywołując ich „czarne oczy, czarne włosy i ciemną skórę" (黑色的眼睛,黑色的头发和黑暗的皮肤 [Hēisè de yǎnjīng, hēisède tóufǎhéhēi'àn de pí]) zachęcał ich do rozwijania w sobie „chińskiego ducha" (发展中国精神[fāzhǎn zhōngguójīngshén]).

W oczach chińskiego rządu obowiązki chińskie wykraczają poza więzy kulturowe i obejmują lojalność nie tylko wobec Chin, ale także wobec Komunistycznej Partii Chin. Wielu Chińczyków będących obywatelami innych krajów potwierdza, że czują na sobie presję środowiska, a i sami też czują się w obowiązku występowania w imieniu Chin. Kilka lat temu chińscy imigranci w Australii byli zachęcani do przyjęcia "właściwej postawy"  (正确的态度[zhèngquè de tàidù]), aby wspierać "ojczyznę" w roszczeniach do spornych wysp i skał na Morzu Południowochińskim. Były australijski ambasador w Chinach napisał niedawno, że władza Chin w tym kraju rozciąga się na „nadzór, kierowanie a czasami nawet przymus" (监视,指导,有时甚至是胁迫  [jiānshì, zhǐdǎo, yǒushíshènzhìshìxié]) wobec chińskich studentów i próby pozyskania australijskich biznesmenów pochodzenia chińskiego do spraw służących interesom Chin. Trzeba też zauważyć, że chińskojęzyczne media w Australii, które prawie powszechnie były krytyczne wobec ChRL jeszcze na początku lat 90. XX wieku, dziś są w większości bardzo propekińskie i unikają drażliwych tematów, takich jak Tybet i Falun Gong.

Chiny z trudem przyjmują do wiadomości, że potomkowie chińskich emigrantów mogą nie czuć się zobowiązani do reprezentowania interesów Chin. Gary Locke, pierwszy amerykański ambasador w Pekinie w latach 2011-2014, półkrwi Chińczyk, był wielokrotnie krytykowany przez chińskie media państwowe za to, że w swojej pracy reprezentował on interesy amerykańskie także wtedy, gdy kolidowały one z Chinami. Zagraniczni dziennikarze chińskiego pochodzenia akredytowani w Chinach często spotykają się z oskarżeniami o nielojalność ze strony Biura Bezpieczeństwa Publicznego (chińskiej bezpieki) i z przypominaniem o ich „chińskiej krwi"  (中国血[zhōngguó xuètǒng]).

Aspekt etniczności ma również duże znaczenie w trudnych relacjach Pekinu z Hongkongiem (który mu podlega) i z Tajwanem (do którego Pekin rości sobie pretensje). Na obu tych terytoriach dominują Hanowie, ale coraz częściej określają oni swoją tożsamość lokalnie, a nie ogólnie jako „chińską". Ankieta przeprowadzona przez chiński uniwersytet w Hongkongu wykazała, że tylko 9% respondentów określa sięobecnie wyłącznie jako Chińczycy, podczas gdy w roku  1997 kiedy ta brytyjska kolonia powróciła pod jurysdykcję Pekinu deklarowało się tak 32% jej mieszkańców. Podobny trend obserwuje się na Tajwanie. Z perspektywy Pekinu jest zjawisko niekorzystne i niepokojące.

Domagając się jurysdykcji nad etnicznymi Hanami za granicą Pekin ryzykuje nawet konflikt  z obcymi rządami. W roku 2015 rząd Malezji, gdzie populacja chińska wynosi 25% ogółu, potępił ambasadora ChRL, gdy ten oświadczył, że Chiny „nie będą siedzieć bezczynnie", jeśli naruszone zostaną „interesy narodowe obywateli chińskiego pochodzenia". Zagrożeniem, które wtedy dostrzegł ambasador był potencjalnie gwałtowny wiec pro-malajski, zaplanowany na obszarze, gdzie prawie wszyscy kupcy byli Hanami, mimo, że niewielu z nich było obywatelami chińskimi. (2/3 ludności Malezji to tzw. bhumiputra - „dzieci tej ziemi”, czyli Malajowie-muzułmanie. Chińczycy to warstwa z reguły bardziej przedsiębiorcza, pracowita, lepiej wykształcona i zamożniejsza. Historia zna przypadki antychińskich pogromów na tym terenie i w sąsiedniej Indonezji.) W pojedynczych przypadkach takie interwencje ze strony Pekinu idą dalej. Np. aresztowanie i przetrzymywanie naturalizowanych obywateli amerykańskich urodzonych w Chinach od dawna silnie zadrażnia relacje między oboma krajami.

„Hano-centryczny” światopogląd i postawa Chin rozciąga się także na uchodźców. W serii konfliktów od 2009 r. między etnicznymi bojówkami a siłami rządowymi, chiński rząd zrobił o wiele więcej, aby dopomóc w ucieczce do Chin tysiącom mieszkańców Kokangu na granicy Myanmaru, gdzie 90% ludności stanowią Hanowie, niż w podobnej sytuacji pomagał tym, którzy opuszczają sąsiednią prowincję Kachin, ale Hanami nie są. Wydaje się zresztą, że także nie-Chińczycy milcząco uznali punkt widzenia Pekinu gdyż rządy i organizacje pozarządowe nigdy nie sugerują, aby Chiny przyjęły uchodźców z innych miejsc na świecie. Jedyny duży napływ uchodźców, jaki Chiny zaakceptowały od roku 1949 także dotyczył Hanów. Chodziło o około 300 000 obywateli Wietnamu, którzy w czasie konfliktu zbrojnego  w latach 1978-79 uciekli za północną granicę, obawiając się prześladowań jako etniczni Chińczycy. W praktyce Chiny niemal całkowicie zamknęły swoje drzwi przed innymi. Oprócz wspomnianej grupy z Wietnamu Chiny mają w swoich rejestrach tylko 583 obcych uchodźców. W kraju tym mieszka dziś więcej miliarderów.

Żelazne reguły chińskiej polityki emigracyjnej i uchodźczej prawdpodobnie dlatego nie budzą większego zainteresowania, że tylko bardzo niewielu ludzi ubiega się o przywilej zostania Chińczykiem. Wenezuelczyk Victor Ochoa opisuje siebie jako „czerwone niemowlę", tj. dziecko zagranicznych ekspertów, którzy w latach sześćdziesiątych wyjechali do Chin, aby pomóc budować socjalizm. Urodził się tam, wrósł w kulturę i język, studiował architekturę w Pekinie i pozostał w Chinach. Mimo to co roku przez 40 lat musiał ubiegać się o pozwolenie na pracę, aby mógł pozostawać w Chinach. Dziś, kiedy chce przejść na emeryturę, nie ma na to podstawy prawnej ani środków na utrzymanie. Skarży się więc tak: "Zbudowałem tutaj szpitale, teraz chcę tylko usiąść w mieszkaniu i czytać. Ale tego mi tu nie wolno".

Wielu ludzi z zewnątrz postrzega Chiny jako kraj dużych możliwości biznesowych. Niektórzy próbują tam osiąść. Jednak rząd cghiński był, jest i staje się coraz bardziej nieugięty wobec takich grup. Dziesiątki tysięcy Chińczyków ma nieudokumentowane małżeństwa z kobietami z Wietnamu, Myanmaru i Laosu, często z obcej (tj. nie-Han) grupy etnicznej. Po latach oficjalnego przymykania oka, wiele z tych kobiet jest teraz odsyłanych do krajów swego pochodzenia, a ich chińskie dowody tożsamości są konfiskowane. Rząd regionalny w Guangzhou rozpoczął trzyletni plan walki z nielegalną imigracją. Formalnie nie postawił sobie żadnego konkretnego celu, ale wydaje się że ma na celowniku 500 000 Afrykanów, z których wielu – mimo iż wygasły im wizy - przedłużyło sobie pobyt w części Guangzhou, nazywanej przez miejscowych巧克力城[qiǎokèlìchéng] (CzekoladoweMiasto).

Kilkadziesiąt lat temu rząd Chin mógł twierdzić, że kraj ten jest zbyt ludny lub zbyt biedny, by przyjmować migrantów z zewnątrz. Obecnie jednak przeciętna Chinka ma średnio mniej niż 1,6 dziecka, czyli znacznie poniżej demograficznej zastępowalności, a w roku 2012 liczba ludności w wieku produkcyjnym po raz pierwszy uległa zmniejszeniu. Chiny podlegają tym samym procesom i problemom, z którymi wiele krajów boryka się w miarę, jak się bogacą, a ich pracownicy są lepiej wykształceni. Mają mianowicie poważny niedobór pracowników socjalnych, personelu opiekuńczego i pielęgniarek, czyli miejsc pracy, których większość Chińczyków nie kwapi się obsadzać. Deficyt ten wzrośnie w następnej dekadzie wraz ze starzeniem się populacji Chin. Większość bogatych krajów do pełnienia takich funkcji przyciąga imigrantów, jednak we wrześniu ubiegłego roku rząd Chin znów powtórzył, że wizy dla niewykwalifikowanych pracowników lub pracowników sektora usług będą 严格限制 [yángé xiànzhì](ściśle ograniczone).

Zamykając się na zewnętrzny świat, Chiny na własne życzenie zawężają sobie dostęp do światowej puli zawodowych kwalifikacji i talentów. Władze chińskie przyznają zaskakująco mało pozwoleń na pracę dla obcokrajowców. Według Banku Światowego stanowią oni w Chinach tylko 0,05% populacji w porównaniu z 13% w Ameryce. Po roku 2000 uruchomiono system „zielonej karty" (绿卡, [lǜkǎ]) aby przyciągnąć takie talenty, ale dotąd zakwalifikowało się na nią tylko około 8000 osób. Wielu, jeśli nie większość z nich to nadal tylko Chińczycy z zagranicznymi paszportami, jak zauważa Wang Huiyao z Centrum Chin i Globalizacji w Pekinie.

W tym samym czasie setki tysięcy Chińczyków każdego roku wyjeżdża na studia lub za granicę, także korzystając z chińskich stypendiów państwowych. Wielu z nich wraca potem do Chin, aby pracować i są siłą napędową innowacji i rozwoju zaawansowanych technologii. Znacznie więcej jednak nie wraca: jak podaje chińskie Ministerstwo Edukacji, z czterech milionów Chińczyków, którzy wyjechali na studia zagraniczne od roku 1978, połowa nie wróciła. Ponieważ Chiny nie uznają i zakazują podwójnego obywatelstwa, ci, którzy kwalifikują się do obcego paszportu, z urodzenia,  majątku lub miejsca zamieszkania, stają przed trudnym wyborem. Powoduje to, że w większości przypadków drenaż mózgów jest jednokierunkowy. Każdego roku tysiące Chińczyków zrzekają się chińskiego obywatelstwa, ale ponieważ zostanie Chińczykiem jest dla obcokrajowca prawie niemożliwe, ubytki kadr – po chińsku 为损失[rénwéi sǔnshī] (dosł. „straty w ludziach”)w różnych kategoriach ważnych kwalifikacji pozostają niezbilansowane.

Chińska mentalność etnocentryczna jest nie tylko historyczną i kulturową ciekawostką. Przywrócona przez nią duma i silna tożsamość zbiorowa to jak dotąd strategicznie decydująca siła w procesie budowania rosnącej potęgi Chin na świecie. Gra jest jednak otwarta. Patrząc zwłaszcza daleko wstecz Chiny popełniły kilka poważnych błędów strategicznych, które zaważyły na ich rozwoju i pogrążyły je w zastoju, ale jak widać, obecnie Chiny potrafiły się z nich wydostać. Ich strategia jest tak odrębna od zachodniej, że budzi lęk i niechęć. Eksperci zachodni uważają chińską politykę narodową za błąd i skwapliwie wytykają Chinom jej zagrożenia w dłuższej perspektywie stosowania. Twierdzą, że pod względem gospodarczym Chiny wkrótce odetną się od ważnego źródła wzrostu gospodarczego, zmarnują zasoby na dyskryminację mniejszości etnicznych i nie wykorzystają swoich ludzkich talentów, aby osiągnąć lepszy efekt. Nasilenie konfliktów etnicznych może pobudzić separatyzm, którego się Pekin obawia. A poprzez sortowanie obywateli za granicą ze względu na ich tożsamość etniczną, poprzez twierdzenie, że bronią „swoich" lub nawet próbując karania Hanów za nielojalność - Chiny ryzykują konflikty z innymi krajami. W ciągu ostatniego stulecia mit założycielski Chin i wielkochiński nacjonalizm były źródłem siły. Proste rezerwy jednak się kończą. Czy także na dłuższą metę Chiny udowodnią Zachodowi kto ma więcej racji? (BJ)

KOMENTARZE

  • 我是波兰人
    Jestem Polakiem i... zgadzam się z Hanami.

    http://arjanek.neon24.pl/post/125843,chinski-nacjonalizm-hitler-to-wielki-przywodca
  • @ Autor
    "W oczach chińskiego rządu obowiązki chińskie wykraczają poza więzy kulturowe i obejmują lojalność nie tylko wobec Chin, ale także wobec Komunistycznej Partii Chin."

    Jeszcze im nie przeszło z tym komunizmem? Nie widzą czym to się może skończyć? Ma być jak w UE?
    Kierowców już chcą czipować. Ja rozumiem, patriotyzm patriotyzmem, obywatelstwo obywatelstwem, ale inwigilacja to inwigilacja. Czipy szpiegujące zaczęli już montować w czajnikach bezprzewodowych i żelazkach na export. Swojego czasu było głośno o siedzibie bodajże OJA, gdzie namontowali tyle pluskiew, że to pojęcie przechodzi. I to miał być dar ;-DDD Co to ma być ja się pytam...

    A to wszystko najczęściej kończy się tendencjami odśrodkowymi jak zabraknie partyjnych...

    Lubię Chińczyków.

    Serdecznie pozdrawiam.

    5*
  • @Arjanek 17:57:28
    Co do wielkości Hitlera, to wolę podejście Michalkiewicza. On opisał czym się ta wielkość dla Niemiec skończyła....

    Pozdro!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031