Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
3828 postów 1806 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

DNA z dna

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

RYBY MAJĄ GŁOS (08) Aby móc lepiej chronić zasoby ryb morskich, trzeba je jak najdokładniej policzyć w oceanie. A nie jest to łatwe zadanie…

 

 

Zasoby ryb i łownych zwierząt morskich są na wyczerpaniu. Ocenia się, że około 90% gatunków dziko żyjących albo już uległo przełowieniu, albo jest na granicy limitów połowowych, co oznacza, że ich populacje są poniżej notowanego stanu wyjściowego. Aby móc chronić to, co jeszcze zostało, potrzebne są wiarygodne dane o liczebności populacji w poszczególnych gatunkach, a to bynajmniej nie jest łatwe. Oficjalne dane są często niekompletne i mało wiarygodne. Co więcej, duże obszary morza nie są w ogóle badane i monitorowane. Aby wiedzieć, które ryby i gdzie chronić lepiej, przydałoby się móc tanio i niezawodnie ustalać liczebność poszczególnych gatunków. W artykule zamieszczonym w PLOS ONE dr Philip Thomsen z duńskiego Muzeum Historii Naturalnej w Kopenhadze uważa, że wraz z kolegami wykonali właściwy krok w tym kierunku. (PLOS ONE jest recenzowanym internetowym czasopismem naukowym gdzie wszelkie prace badawcze publikuje się na zasadzie wolnego dostępu, pomijając zbyt sformalizowane kryteria kwalifikacyjne stosowane przez pisma wysokoprestiżowe).

Większości takich pomiarów dokonuje się trałując dno. Oznacza to przeciąganie obciążonym włokiem po dnie morza przez określone i porównywalne odległości, a następnie wyciąganie go, aby policzyć to, co się złowiło. Po odpowiednim uwzględnieniu wielkości rozwarcia sieci, daje to  z grubsza liczbę każdego gatunku ryb na kilometr kwadratowy.

 

Każdego roku statek połowowo-badawczy o nazwie Paamiut dokonuje takich połowów i pomiarów w Cieśninie Davisa na południowy zachód od Grenlandii. W tym roku miał on na pokładzie jednego z kolegów dr Thomsena. W każdym z 21 miejsc próbkowania gdzie Paamiut zarzucił sieci, badacz ten pobrał dwa litry wody morskiej z dna. Celem zespołu nie było bezpośrednie badanie życia morskiej fauny przydennej, lecz zbadanie fragmentów pływającego DNA, które ryby zrzucając jako śluz skórny albo łuski, lub wydalają do wody. Badacze mieli w tym przypadku nadzieję, że uda im się zidentyfikować i porównać ilość takiego „środowiskowego” DNA z liczebnością gatunków, policzonych po zaciągu włokiem.

I tak mniej więcej zrobili. Biorąc pod uwagę fragmentaryczną naturę DNA środowiskowego, łatwiej było rozpoznać rodziny niż gatunki (rodzina w tym kontekście jest poziomem taksonomicznym o jedno oczko wyższym od rodzaju. Np. śledzie, sardynki, alozy i parposze - wszystkie należą do rodziny Clupeidae). We włoki złowiły się ryby z 28 rodzin. W próbkach DNA zespół zidentyfikował 26 z nich, ale dodatkowo także wykrył trzy rodziny, których nie było w sieciach Paamiut.

 

Wyjątkowo wielki okaz halibuta grenlandzkiego

 

 

Z obydwu metod wynika, że najbardziej popularnym gatunkiem był tam grenlandzki halibut z rodziny Pleuronectidae, czyli flądr prawoocznych, która jest tam zarazem rodziną najliczniej reprezentowaną w ogóle. Drugą według danych z włoków, a trzecią według analizy DNA najliczniejszą rodziną  jest Sebastidae, z rzędu skorpenokształtnych, blisko spokrewnionych z okoniami. Natomiast według analizy DNA, DNA drugie miejsce zajmują rekiny grenlandzkie z rodziny Somniosidae, ale tylko jeden taki rekin został złapany we włoki. Mimo to obraz namalowany przez DNA wydaje się tu bardziej dokładny. Rekiny Grenlandii uważane są za mistrzów ucieczki z sieci i mogą być w rzeczywistości obecne w dużo większej liczbie niż wskazują tradycyjne badania.

 

Rekin grenlandzki

 

Razem wziąwszy, wyniki te sugerują, że technika dra Thomsena ma duży potencjał jako  metoda  badania pogłowia i zasobności gatunków ryb. Ogólnie rzecz biorąc, korelacja między stężeniami DNA a wielkością połowów włokiem była zbyt słaba, aby jedno wywnioskować z drugiego. Ale, jak wskazują dane z rekinów grenlandzkich, jest raczej prawdopodobne, że to włoki, a nie DNA daja dane bardziej zawodne. Włoków nie można przeciągać po dnie zbyt piaszczystym lub zbyt skalistym, co może pomijać ważne siedliska. A ponadto  inne ryby, nie tylko rekiny, mogą je wykryć i ich unikać.

Dr Thomsen przyznaje, że jest jeszcze sporo do zrobienia, zanim jego metoda pozwoli rzeczywiście na dokładną ocenę zasobności oceanu. Należy rozważyć temperaturę i zasolenie wody morskiej, wpływające na trwałość DNA. A duże ryby nie mogą, tak jak można by się spodziewać, wydalać do wody proporcjonalnie więcej DNA niż małe ryby. Mogłoby to doprowadzić w niektórych przypadkach do niedoszacowania populacji. Dr Thomsen chciałby zatem przeprowadzić swój eksperyment na większym obszarze i wielokrotnie powtarzać pomiary w ciągu tygodnia lub dwóch. Chciałby również spróbować mało badanych stref między dnem oceanu a jego płyciznami, a także sięgnąć do nowych głębokości.

 

Osada rybacka na Grenlandii

 

 

 

W otwartym cyklu RYBY MAJĄ GŁOS  na moim blogu pojawiły się dotąd następujące pozycje:

 

01.Rekiny z Wyspy Wielkanocnej (7.03.2013) /film/

02.Wolność dla złotej rybki (22.12.2013)

03.Zdrów jak ryba? (5.05.2015)

04.Ryby wstępu nie mają (4.06.2015)

05.Arapaima, królowa Amazonii (26.10.2015)

06.Łosoś na lepszej diecie (12.11.2015)

07.Śledź albo matias (24.12.2016)

08.DNA z dna (28.08.2017)

 

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930