Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
3828 postów 1806 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Senkaku czy Diaoyu?

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

LEKCJE HISTORII: W sporze o wyspy Senkaku/Diaoyu prawo i polityka stają po stronie Japonii, a historia i geografia biorą stronę Chin. Ale skąd bierze się sam spór i jakie są perspektywy jego rozwiązania?

 

 

Nie widać rozwiązania dla sporu wokół grupki 5 bezludnych wysepek i 3 nagich skał smaganych potężnym ciepłym prądem na Morzu Wschodniochińskim. Chiny, które wraz z Tajwanem domagają się ich zwrotu, nazywają je po swojemu Diaoyu albo Diaoyu-tai  Qundao (钓鱼 ). Japonia, która formalnie wydaje się nimi zarządzać, nazywa je Senkaku albo Senkaku Shoto (尖閣群島 ). Odkąd istnieją zapiski, wyspy te zawsze należały do Chin. W roku 1895, podczas wojny chińsko-japońskiej, wyspy te jednak, jako niezamieszkałe, zostały uznane przez Japonię za ziemie niczyją, zaanektowane i włączone do prefektury Okinawa. Po drugiej wojnie światowej przywłaszczyli je sobie Amerykanie, ale w 1972 roku wraz z Okinawą oddali je Japonii. Od tamtego czasu wysepki te są przedmiotem sporu  terytorialnego pomiędzy Japonią, Chinami i Tajwanem, bowiem pod koniec lat ’60-ych pojawiły się sygnały, że pod dnem morza wokół wysp zalegają wielkie złoża ropy naftowej i gazu.

Spór o wyspy Diaoyu/Senkaku zaostrzył się gwałtownie i nieoczekiwanie w kwietniu 2012 roku, kiedy ówczesny kontrowersyjny gubernator Tokio Shintaro Ishigara zapowiedział, że za publiczne pieniądze chce w imieniu rządu kupić od prywatnego właściciela – japońskiej rodziny Kurihara -  ostatnie trzy wysepki, których jeszcze wtedy rząd japoński nie miał. We wrześniu 2012 doszło do transakcji. Wywołało to fale protestów i not dyplomatycznych w Chinach, gwałtowny spadek importu japońskiego do Chin, wyraźny bojkot Japonii przez  chińskich turystów oraz pojawienie się chińskich i tajwańskich okrętów wojennych w pobliżu wysp. Jednym słowem: awantura. Wielu podejrzewa, że Ishigara został wtedy podpuszczony przez Amerykanów, którym zależy na zaostrzaniu konfliktów z Chinami przez inne kraje tego regionu i na izolowaniu rosnących chińskich wpływów na świecie.

 

Same wyspy mają łącznie 5,5 km kw. powierzchni i leżą na samym skraju chińskiego szelfu. Zaraz za nimi na wschód i na południe dno oceanu zapada się na kilometr w głąb rowu Okinawy. W teorii własność terytorium jest czymś stosunkowo łatwym do określenia. Ale nie na oceanie, gdzie sprawy nie wyglądają już tak prosto. Kwestia terytorialnej przynależności ośmiu samotnych, bezludnych kawałków ziemi na otwartym oceanie tonie we mgle historii i zawiłościach geografii, czyli zarówno kierunku prądów morskich jak i topografii dna. Obie strony sporu wysuwają argumenty z obydwu głównych dziedzin tj. historii i geografii.

Wyspy Senkaku były od niepamiętnych czasów znane żeglarzom z Okinawy i traktowane jako ich własne tereny połowowe, na które w zasadzie nikt inny się nie zapuszczał, a Okinawa, podobnie jak cały łańcuch wysp Riukiu, którego jest częścią, należy dziś do Japonii. Można by więc sądzić, że najnowsza historia i międzynarodowy porządek prawny przemawiają raczej za Japonią. No dobrze, ale Okinawa była przecież kiedyś, i to całkiem długo, niezależnym królestwem, pokojowym i bezbronnym, które leżąc na oceanie niczym kilka podłużnych ziaren ryżu między dwoma wielkimi kamieniami młyńskimi – Chinami i Japonią – żyło sobie cichutko płacąc trybut każdemu z nich i starając się żadnemu nie rzucać zanadto w oczy, aby nie zostać połkniętym albo zmielonym.

Geografia i geologia archipelagu Senkaku/Diaoyu jest jeszcze bardziej skomplikowana niż ich historia, ale ona najwyraźniej przemawia na korzyść Chin. W linii prostej wyspy Senkaku leżą wprawdzie bliżej współczesnych granic Japonii (Riukiu) niż Chin, ale w odróżnieniu od Okinawy leżą  jeszcze na chińskim szelfie kontynentalnym, tuż na jego krawędzi, blisko miejsca, gdzie  zapada się on stromo w gigantyczny rów oceaniczny Okinawa o głębokości do 2300 metrów. Chińczycy twierdzą, że to dowodzi, iż masywy lądowe Chin i Japonii są geologicznie rozdzielone (a przecież właśnie o geologię, czy ściślej -  o zasoby geologiczne, chodzi tu najbardziej) i że ten rów tektoniczny „służy jako podmorska granica pomiędzy nimi”. Japońska interpretacja geografii jest w tym miejscu odmienna. Tokio uparcie widzi ówże Rów Okinawski po prostu jako „przypadkową depresję dna”.

 

Japońscy dyplomaci utrzymują również, że to ich kraj „odkrył” te wyspy w roku 1884. Na początku roku 1895, uznawszy archipelag za terra nullius  (ziemia niczyja) rząd Japonii po prostu je zaanektował w okolicznościach wojny z Chinami, o czym za chwilę . Misję ich zagospodarowania dostał przedsiębiorca z Fukuoka, niejaki Tatsushiro Koga, który zatrudnił  tam około 200 osób z Okinawy, osiadł z nimi na wyspie Uotsurijima i rozpoczął rabunkową eksploatację miejscowej przyrody. Zaczął od wyzbierania cennych muszli wielkiego zielonego ślimaka Turbo marmoratus(ang. Giant green turbo), używanych do produkcji macicy perłowej do inkrustacji, guzików itp.  Chińczycy nazywają tego ślimaka 夜光  [yèguāng róng luó],a Japończycy yakōgai.

 

Zaraz potem Koga zabrał się za polowania na ahodori, kusego endemicznego albatrosa (Phoebastria albatrus), który się tam licznie rozmnażał. Zjadano jego mięso i jaja, ale zwłaszcza wyskubywano jego pióra puchowe, cenione prawie tak samo jak w Europie legendarny „gorący puch” subarktycznych kaczek-edredonów (Somateria mollissima). W wyniku takich polowań ten bardzo liczny kiedyś ptak, szybko znalazł się na granicy wytępienia, bo tak jak wszystkie albatrosy, znosi on tylko jedno jajo raz na kilka lat i rozmnaża się bardzo słabo. Już po kilku latach, w roku 1903 misja naukowa z Uniwersytetu Tokijskiego uznała, że gatunek ten był już na granicy wytępienia. Koga zabrał się tymczasem za produkcję katsuobushi, zwanej także okaka, czyli suszonej, uwędzonej i sprasowanej w kostki ryby bonito (Katsuwonus pelamis). Z tego robi się dashi, jeden z najważniejszych i do niedawna podstawowych składników tradycyjnej japońskiej kuchni codziennej. Intensywne połowy bonito przetrzebiły i ten gatunek na tyle, że do roku 1937 stały się nieopłacalne.  Ostatni pracownicy firmy Koga opuścili Senkaku dopiero w roku 1940. Rzadko kiedy nazwisko jednej tylko rodziny można tak bezpośrednio powiązać z niemal-eksterminacją jakiegoś gatunku, przynajmniej jeśli chodzi o albatrosa.

 

Po klęsce Japonii w II wojnie światowej, Amerykanie zajęli prefekturę Okinawa jako łup wojenny. Japończycy wolą, zwłaszcza ostatnio, określać cały archipelag nazwą Okinawa zamiast Ryukyu, ponieważ to drugie jest fonetyczną przeróbką chińskiej nazwy Liuqiu (Wyspy Rybackie), a więc także niepożądanym dowodem na historyczną  podległość, jeśli zgoła nie przynależność tych wysp do Chin. Wraz z Okinawą Amerykanie milcząco zagarnęli sobie bezludne  wyspy Senkaku, które od czasu do czasu służyły im odtąd jako poligon dla ćwiczebnych bombardowań lotniczych, oczywiście znowu bez zwracania najmniejszej uwagi na ich przyrodę, czyli lęgowiska resztek albatrosów i innych  ptaków morskich. Dopiero w roku 1972 całość wysp Ryukyu została zwrócona Japonii, która już wtedy zaznaczyła przezornie, że posiada „szczątkową suwerenność” wobec wysp Senkaku. Zdaniem Tokio to marginalne stwierdzenie raz na zawsze zamyka sprawę: sporu terytorialnego nie ma. Argumenty japońskie są wyrażane twardym, suchym językiem współczesnych umów prawnych.

Nie wspomina się w nich jednak o rzeczy historycznie najważniejszej. Przywłaszczenie sobie wysp Diaoyu przez Japonię w roku 1895 nastąpiło w kontekście i w wyniku wszczętej przez Japonię agresywnej wojny z Chinami nazwanej potem Pierwszą Wojną Chińsko-Japońską (1894-95), chociaż w rzeczywistości wcale pierwszą nie była. Niezwykła epoka Meidzi, która trwała w Japonii w latach 1868-1912 i była okresem burzliwej, a bardzo płodnej rewolucji cywilizacyjnej, technicznej i organizacyjnej, przyniosła także niebywały wzrost nastrojów i ambicji imperialnych Japonii. Ich ofiarą padły właśnie Chiny, które z kolei pozostawały wtedy pod władzą cesarzy z ich ostatniej, słabej i fatalnie przestarzałej Dynastii Mandżurskiej (Qing). Warto by kiedyś  o tej epoce obszerniej napisać, bo niesie ona wiele cennych lekcji dla każdego narodu na świecie, ale na razie tu wystarczy powiedzieć, że wojnę z Japonią Chiny przegrały wówczas sromotnie i totalnie. Właściwie przetrącono im strategiczny kręgosłup, utraciły swój historyczny prestiż i kontrolę nad Koreą (bo to o nią głównie poszło), a Japonia zajęła wtedy nawet Tajwan i to na całe  pół wieku (1895-1945). Aneksji wysepek Senkaku nikt prawie wtedy nie zauważył, ale gdyby akt z 1895 roku miał zostać dziś uznany za prawomocny, to logicznie równie zasadne byłyby dziś japońskie roszczenia do Tajwanu i Korei. Był to klasyczny, brutalny zabór wojenny o cechach rabunku.

 

Jakby dla kontrastu, historyczne dowody i roszczenia chińskie odnoszą się do epoki wcześniejszej, dla której owa tzw. Pierwsza Wojna Chińsko-Japońska  oznaczała koniec starego świata. A był to przedtem świat, w którym status i stabilność wzajemnych stosunków w całej Azji wschodniej i centralnej (aż by się chciało powiedzieć w Azji Żółtej, ale już z daleka widać, że jest to termin bardzo niepoprawny politycznie) regulował system lennej hierarchii państw i państewek,  które uznawały centralną nadrzędność Państwa Środka, czyli cesarza Chin. W  tym starym, uładzonym świecie wszystko miało swoje stałe i określone miejsce, nawet wyspy Diaoyu. W roku 1893 słynna chińska caryca Dowager Cixi, charyzmatyczna władczyni, która jako regentka de facto  kontrolowała władzę dynastii mandżurskiej przez 47 lat (od 1861 do swej śmierci w 1908 roku)  przyznała swemu nadwornemu lekarzowi prawo zbierania z wysp Diaoyu cennych słonolubnych ziół o leczniczym korzeniu. Chodziło o endemiczny podgatunek zatrwiana (łac. Limonium sinense,ang. sea lavender, chiń.钻石花 zuàn shí huā), z rodziny ołownicowatych, z rzędu goździkowców, którym do dziś leczy się np. opryszczkę (herpes). Chyba tylko w Chinach jest możliwe, że wynikłe z cesarskiego nadania prawo zbierania ziół leczniczych może służyć jako dowód własności wysp. Logicznie jednak biorąc, jest to akurat dowód dość twardy. Tu wspomnę jeszcze tylko „dla porządku o porządku”, czyli o tym, że tradycyjna chińska farmakopea (superciekawy i bardzo obszerny temat, do którego dopiero zbieram materiały) dzieliła wszystkie leki na trzy wielkie kategorie (roślinne, zwierzęce i mineralne) i przywiązywała ogromną  wagę do ich geograficznego pochodzenia, rygorystycznej autentyczności surowca, czasu i sposobu jego pozyskania, metody zakonserwowania, stopnia czystości itp.

 

Chińczycy słusznie twierdzą zresztą, że wyspy Diaoyu były częścią chińskiego świata wasalnych podległości przynajmniej od czasów ich przedostatniej i bodaj najwspanialszej ze wszystkich, wielkiej i niezwykłej dynastii Ming, rodzimego tj. rdzennie chińskiego pochodzenia. Rządziła ona Chinami przez  276 lat (1368-1644) i jest dość zgodnie uznawana przez historyków za „jedną z największych epok legalnej władzy i porządku społecznego w historii cywilizacji”. W tamtym właśnie czasie wyspy Diaoyu są dość dobrze opisane w starym chińskim portulanie z prowincji Fujian z 1403 roku pt. Shunfeng Xiangsong 順風相 (Podróż z wiatrem w rufę), a także w kronice pt. Shi Liuqiu Lu 使琉球 (Sprawozdanie posła z wizytacji wysp Ryukyu) z roku 1534. Wysepkom i skałom Diaoyu nadano wtedy indywidualne chińskie nazwy.

Co jednak jest jeszcze ważniejsze, zwłaszcza w kontekście dzisiejszego sporu, to na mapie, którą w 1785 roku sporządził Shihei Hayashi, wielki japoński teoretyk sztuki wojennej, autor i reformator wojskowości, nazywany „japońskim von Clausewitzem” (choć moim zdaniem porównanie jest niesłuszne, bo Shihei Hayashi był jednak także z urodzenia i formacji samurajem hatamoto  i rzeczywiście świetnym praktykiem walki na morzu, a Karl von Clausewitz był kompletnym nieudacznikiem wojskowym w polu i beznadziejnym pruskim nudziarzem w piórze), zaznaczył on wyspy Senkaku tym samym różowym kolorem, co ląd chiński i nadał im chińskie nazwy, czyli de facto uznał za część Chin. Mapę tę Hayashi zamieścił w swoim słynnym dziele pod japońskim tytułem Sangoku Tsuran Zusetsu (Ilustrowany opis trzech krajów).

 

Cóż jest takiego szczególnego w tych cholernych, bezludnych skałach, że oba kraje – Chiny i Japonię - aż tak groźnie do nich ciągnie? Nie są to wyspy, o których dziś da się coś z pierwszej ręki dowiedzieć. Obie strony, choć brną w konflikt, liczą na to, że najgorszego uda się im uniknąć. Japońska straż przybrzeżna odpędza od wysp nie tylko okręty i kutry z Chin i Tajwanu, ale także ich własne wycieczki  gorących głów i japońskich patriotów, którzy byliby radzi zatknąć na brzegu Sztandar Wschodzącego Słońca. Wyspy Senkaku stanowią więc nadal wymuszoną terra nullius, poza praktycznymi granicami cesarstwa. Z kolei Pekin włączył ostatnio obszar nad wyspami Diaoyu do swojej strefy kontroli lotów.    

Opisy tych wysp z przeszłości są jednak rzadkie. W marcu 1845 odwiedził je kapitan Edward Belcher (późniejszy admirał brytyjski) na statku HMS Samarang. Wyspy go przeraziły. W swoim dzienniku pokładowym zapisał: „Miały one wygląd wzniesionej, a następnie gwałtownie zapadłej masy zwartego szarego bazaltu kolumnowego, stromo zadartego w ostre jak igły wierzchołki, gotowe rozpaść się od pierwszego mocniejszego powodu, bądź to wichury bądź trzęsienia ziemi”.  Jego opis dał początek angielskiej nazwie tych wysp – the Pinnacle Group  (Iglice). Pół wieku później nazwę tę podjęli Japończycy i przetłumaczyli na swoje Senkaku, co można przetłumaczyć jako „Stożkowe pawilony”

Wysp bronił głównie huk przyboju i wrzask ptaków, które miały tu swoje odwieczne tereny lęgowe. Były tu głuptaki (rodzaj Sula), rybitwy (rodzaj Sterna) i „olbrzymie petrele”, za które Belcher prawdopodobnie wziął  owe legendarne już  miejscowe kuse albatrosy ahodori(rodzaj Phoebastria). Podniecony tym ostatnim odkryciem – co dowodzi, że jednak bardzo słabo znał się na ptakach – sądził nawet, że odkrył w nich ponownie słynnego dronta dodo, czyli Raphus cucullatus  - wytępiony już wtedy doszczętnie gatunek olbrzymiego, nielotnego, endemicznego gołębia z wyspy Mauritius na Oceanie Indyjskim. Znalazł także na brzegu stare wraki i szczątki rozbitych chińskich dżonek oraz szałasy dawnych rozbitków i wypędków budowane z palmirowych liści.

 

Belcher doniósł również o istnieniu szczególnie silnego prądu morskiego, który przerzynał się przez te wyspy z taką siłą, że groził rozgnieceniem Samaranga o rafę. Jest to słynny Kuroshio (lub Kurosiwo) „Czarny Prąd”, jak go nazywają Japończycy z uwagi na ciemny kolor ogromnej masy niesionych przezeń na północ ciepłych wód i w tej części oceanu Spokojnego odgrywający taką rolę jak Golfsztrom na północnym Atlantyku. Stare chińskie zapiski mówią raczej o Heishuigou (Rów Czarnej Wody) za wyspami Diaoyu, czyli o wielkim Rowie Okinawskim. Była to odwieczna granica chińskiej strefy morskiej, groźny próg, który nawet wytrawni żeglarze bali się przekraczać. Występowała tam  zawsze wysoka fala i gwałtowne turbulencje, jako że pod powierzchnią  prąd morski kłębił się, wirował, skręcał i odbijał w głębokiej skalnej rynnie wzdłuż stromej krawędzi szelfu. W dawnych czasach zwyczajem żeglarzy z Okinawy wożących cennego chińskiego posła tam i z powrotem było zawsze poświęcenie świni albo kozy bogom czy duchom morza przed albo po szczęśliwym przepłynięciu niebezpiecznych czarnych wód Heishuigou.

Na małych wyspach Yaeyama, szmaragdowych klejnotach tropikalnej zieleni, w oprawie białych raf koralowych, które stanowią najbardziej południowe ogniwa łańcucha Ryukyu, garstka ogorzałych starych rybaków też zna wyspy Senkaku z doświadczenia. Jeszcze 50 lat temu, kiedy granice morskie były dużo luźniejsze, pływali oni motorowymi kutrami na północny zachód forsując mocny Czarny Prąd. Po około 14 godzinach docierali w pobliże samotnych iglicowych skał  i zarzucali włóki w kłębiącą się ciemną wodę. Podobno nigdzie nie łowiło się tak jak tam. Z kipieli wyciągało się albo sieć pustą i chudą jak zmierzwiony sznur, albo pękającą w szwach długą i grubą kichę pełną najlepszych ryb z najcenniejszej rodziny tuńczykowatych: bonito (łac. Kastuwonus pelamis lub Sarda chiliensis, ang. skipjack, jap. katsuo), tuńczyków wielkookich (łac. Gymnosarda nuda, ang. dogtooth tuna, jap. maguro) i pacyficznych makreli (łac. Scomber australasicus, ang. blue mackerel, jap. saba). Za każdym zaciągiem sieci obowiązywała ta sama zasada: wszystko, albo nic. Żadnych opcji pośrednich. W jednej chwili wszystko mogło się tam odmienić.    

W sumie była z tego nawet niezła kasa, ale tylko 4-5 rybaków z wysp Ryukyu miało wystarczająco silne nerwy i dość twardy charakter, aby tam regularnie pływać. Jednym z nich był Chotaro Tamori, z maleńkiej wyspy Iriomote, dziś mający 79 lat. W życiu pływał do Senkaku około 40 razy, zawsze umówiony po dwie-trzy łodzie z innymi. Bywało, że spotykali tam rybaków z Tajwanu, ale nigdy z Chin kontynentalnych. Można się było z nimi porozumieć na migi albo łamaną japońszczyzną, którą starsi Chińczycy z Tajwanu trochę jeszcze pamiętali z czasów japońskiej okupacji.

Nawet przy dobrej pogodzie łodzią bujało i miotało tam zawsze jak łupinką orzecha, ale przecież i tak pogoda mogła gwałtownie ulec załamaniu i często tak bywało. Kiedy kapryśny sztorm zaskakiwał Tamoriego między wyspami, wyrzucał on wszystkie trzy kotwice pod rafę od nawietrznej i podskakiwał potem na fali skulony na dnie swojej  łodzi i „przerażony niemal na śmierć”, czekając aż się to skończy. Bywało, że zdążył prześliznąć się za wiatr do samego brzegu którymś z przesmyków przez rafę, wyrwanych w dawnych czasach dynamitem jeszcze przez ludzi Kogi. Czasami wybierał wtedy jaja z gniazd albatrosów ahodori. W każdym razie wyspy Senkaku były dla Tamoriego częścią jego świata z Ryukyu, a nie oddzielnego świata z zewnątrz. Ale o warunkach pływania i połowów wokół wiszących nad morską przepaścią skalistych wysp Senkaku/Diaoyu wspominam tu dlatego, że obecny konflikt zakłada, iż ostateczny zwycięzca, czyli przyszły właściciel wysp dobierze się do ropy, jaka najprawdopodobniej czeka tam pod bazaltowym dnem oceanu. Jak to zrobi w takich warunkach żeglugi i kotwiczenia - trudno sobie jeszcze dziś technicznie wyobrazić. Gdyby jednak o tak niepewny łup miała wybuchnąć wojna, lub choćby tylko ostrzejszy konflikt lokalny, byłby to kolejny dowód na to, że bardziej niż zdrowym rozsądkiem ludzie kierują się agresją i chciwością.  

Archipelag wysp Okinawa/Ryukyu, nanizanych jak paciorki na cienki i kruchy łańcuszek pomiędzy Japonią i Tajwanem  przez wiele stuleci był spokojnym, zamożnym i pod wieloma względami naprawdę niepodległym królestwem. Jego mieszkańcy, podobnie jak Holendrzy lub Portugalczycy,  nie mając ani dość ziemi, ani bogactw naturalnych, musieli polegać na swej żeglarskiej dzielności i zmyśle handlowym. Pływali nie tylko do Japonii, Korei i Chin, krajów które leżały najbliżej, ale także do Indonezji, Malakki a nawet do Syjamu (dziś Tajlandia). Magazyny portowe w Naha, stolicy Okinawy, były pelne egzotycznych gatunków drewna, korzeni, jedwabiu, celadonu (błękitno-zielonej chińskiej porcelany), laki, parawanów z papieru, oraz leków i magicznych ingrediencji potrzebnych alchemikom. Wspólnoty okinawskich handlarzy można było spotkać we wszystkich większych portach Dalekiego Wschodu aż po Bengal.  Największy historyk Okinawy zauważa: „Nie było wśród nich gorliwców, którzy chcieliby ogniem i mieczem szerzyć jakąś wiarę. Wyciszano i potępiano wszelkie kłotnie i spory. Nie mogli sobie pozwolić na żadne wojny, bo nie mieli ani dość ludzi po temu, ani rezerw, które mogliby wydać na broń”. Mogli się albo dostosować, albo wycofać. Kiedy w południowo-wschodniej Azji pojawili się znani z gwałtowności Europejczycy – np. gdy w 1511 Portugalczycy zniszczyli Malakkę – Okinawianie wycofali się i przyjęli protektorat Chin.

Po raz pierwszy Okinawa pojawia się w chińskiej świadomości za panowania Qin Shihuangdi, pierwszego wielkiego cesarza, który zjednoczył Chiny w 221 r. pne. Wysłał on szereg ekspedycji na Wschodnie Morze, aby przywiozły metale, które alchemicy mieli zamienić potem w złoto, oraz po eliksir nieśmiertelności. Jedna z takich misji składała się z 3000 młodych mężczyzn i kobiet, dużej grupy rzemieślników różnych specjalności oraz wielkiego zapasu nasion różnych roślin uprawnych. Z ich pomocą cesarz chciał zawojować serca tzw. 乐仙境 [kuàilè xiānjìng] – „Szczęśliwych Nieśmiertelnych”, którzy jakoby tam zamieszkiwali. Legenda głosi, że wyprawa ta dotarła do na wysp Ryukyu i szczęśliwie tam osiadła.

Od roku 1439 ludzie z Okinawy (琉球人 [Liúqiú rén]) mieli już swoją formalną placówkę w wielkim konsopolitycznym porcie Quanzhou w prowicji Fujian, a w niej swoje składy celne i sale przyjęć, gdzie stykali się z kupcami indyjskimi i arabskimi. Był to oficjalny port wejścia do Chin, poprzez który do Pekinu docierały poselstwa z Okinawy wiozące daniny chińskiemu cesarzowi. Z czasem władcy Chin zaczęli postrzegać Okinawian jako swych najbardziej lojalnych poddanych. Chińskie poselstwa regularnie pływały do Naha, aby postawić cesarską pieczęć na akcie inwestycyjnym każdego nowego króla wysp Ryukyu.  Wtedy też na chińskich mapach pojawiły się trwale wyspy Diaoyu jako przystanek w drodze z Quanzhou do Naha i z powrotem. Zatrzymywały się tam zwłaszcza załogi okinawskie.

Stosunki poddańcze z imperium chińskim są często fałszywie przedstawiane jako jarzmo lenne. W rzeczywistości standardem panowania dawnych Chin nad peryferiami imperium było raczej hojne obdarowywanie takich poddanych zwykle prezentami o wyższej wartości niż płacone daniny. Jednocześnie, z uwagi na pogardę jaką Chińczycy żywili wobec handlu z obcymi, towary którymi handlowali ludzie z Okinawy, mające reputację towarów własnych, wewnętrznych, były bardzo pożądane. Za plecami poselstw z daninami odbywał się więc ożywiony handel i misja okinawska prosperowała znakomicie w Quanzhou aż do ostatniej delegacji z Naha w 1875 roku.

Chiny mocno wsiąkły w kulturę Okinawy, na pewno o wiele głębiej i trwalej niż w kulturę Japonii. Na dworze krolów Okinawy oficjalnym wyznaniem był konfucjanizm. Do dziś wpływy chińskie są tam kulturowo silniejsze od japońskich. Domowy kult przodków zastępuje tam japoński kult cesarza.  Groby mają kształt żółwi, tak jak w południowych Chinach, a najważniejszym i najsmaczniejszym mięsem jest dla wyspiarzy wieprzowina.

Złoty wiek sielskiej podległości Chinom skończył się jednak gwałtownie w latach 1590-ych. Wielki generał Toyotomi Hideyoshi, który zjednoczył Japonię i któremu sukcesy pod koniec kariery tak mocno uderzyły do głowy,  że zapragnął zawojować cały żółty kontynent czyli zwłaszcza Chiny, gdzie panowała wówczas najświetniejsza rodzima dynastia Ming, zażądał od Okinawian  zaprzestania wożenia danin do Chin i dostarczenia mu ludzi i broni. Maleńkie królestwo znalazło się w trudnej sytuacji, z którą sobie nie poradziło: zignorowało japońskie żądanie i ostrzegło Pekin o zamiarach Hideyoshiego. Wprawdzie Hideyoshi wkrótce potem umarł, ale jego następca Tokugawa Ieyasu, założyciel potężnego szogunatu Tokugawa, nie zapomniał Okinawie tego niepusłuszeństwa. Oddał wyspy Ryukyu pod zarząd lenny potężnemu i bezwzględnemu klanowi samurajów z Satsuma z południowej wyspy Kiusiu.  A ci już wiedzieli jak z bezbronnych wyspiarzy wycisnąć wszystkie soki.

Od tego momentu Okinawa musiała płacić wysoki, morderczy trybut Japonii – o wiele większy niż kiedyś Chinom, a także służyć jako dodatkowa, pierwsza bariera dla następujących coraz wyraźniej Europejczyków. Ale chociaż sama Japonia zamknęła się wtedy przed nimi na ponad dwa wieki izolacji, to królestwo Okinawy w tym czasie nadal prowadziło handel z Chinami przynosząc sowite zyski klanowi Satsuma z Kiusiu. Któryś z chińskich historyków porównał wtedy Okinawian w charakterystyczny sposób: „Byli jak tresowane kormorany znad rzeki Nagara: kazano im łowić ryby, ale zabroniono je połykać” (们就像长噶拉河训练有素的鸬鹚 们被捕获不允许吞下的鱼[Tāmen jiù xiàng zhǎng gálāhéxùnliàn yǒu sùde lúcí. Tāmen bèi bǔhuòbùyǔnxǔtūn xiàde yú])

Było to osobliwe rozwiązanie. Okinawianie starali się utrzymać zarówno Japonię jak i Chiny w niewiedzy o ich wzajemnej roli wobec swoich wysp. Płacili daniny i jednym i drugim, i kultywowali swój niezmiennie pokojowy wizerunek. Nie nosili broni  (mało kto wie, że karate wywodzi się ze sztuki walki gołymi rękami, którą wypracowano właśnie na Okinawie!). Odrębność Okinawian odpowiadała zresztą wszystkim. Statki europejskie, które w XIX wieku zawijały do Naha próbując przebić się przez hermetyczną skorupę do Japonii, spotykały tam  dziwnie staromodnych ludzi, z włosami upiętymi w kok, nasmarowanymi pastą z wodorostów i umocowanymi złotymi szpilami. Choć pełni obaw w związku z przybyciem cudzoziemców - bali się japońskich represji z tego tytułu – Okinawianie byli jednak zbyt uprzejmi, aby to okazywać. Kapitan Basil Hall, który odwiedził Okinawę w roku 1816, napisał, że „nie mógłby sobie wyobrazić ludzi bardziej przyjaznych, łagodnych i dobrze wychowanych”. W drodze powrotnej do Anglii Hall zawinął na wyspę św. Heleny, gdzie odwiedził Napoleona w niewoli. Napoleon był bardzo ciekaw informacji na temat Okinawy, ale ogromnie go zdziwił i rozbawił fakt, że tamtejsi wyspiarze nigdy o nim nie słyszeli. A już zupełnie osłupiał, gdy się dowiedział, że na Okinawie nie mają i nie noszą broni. „Point d’armes? Mais sans armes, comment se bat-on?”  (Ejże, to jak się bić bez broni?) – wykrzyknął z niedowierzaniem upokorzony w niewoli rzeźnik Europy. Te dwa głośne zdziwienia ilustrują chyba najlepiej, jakiego to pyszałkowatego głupka mieli Francuzi tak długo na cesarskim tronie.

Jego pytanie o broń miało jednak trochę sensu. Okinawian urzekła pacyfistyczna cywilizacja i kultura Chin, chociaż ich położenie geopolityczne wcale ich do tego nie przysposobiło. Podobnie jak w Państwie Środka, elita Okinawian uprawiała klasyczną poezję wiosną (poezję w Chinach porównywano do kwiatów), a formalne opowiadania, często o bogatej treści dydaktycznej – jesienią, kiedy porównywano je do owoców. Łagodne społeczeństwo pięknoduchów było kompletnie nieprzygotowane na nadchodzące nowe siły, które miały wkrótce rozwalić i przenicować cały region. W roku 1853 czarna flota okrętów wojennych komandora Matthew Perry’ego zarzuciła kotwice w Naha i  stała tam, dopóki przerażeni wyspiarze nie podpisali traktatu otwierającego pierwszą amerykańską okupację wysp Ryukyu. Perry popłynął wtedy stamtąd do Zatoki Tokijskiej i przy pomocy dział okrętowych wymusił otwarcie Japonii dla handlu. Wynikły wtedy szok ogromnie przyśpieszył rozpad feudalnej Japonii i spowodował gwałtowne procesy industrializacji i militaryzacji cesarstwa.   

Nadchodził koniec małego wyspiarskiego królestwa. Okinawianie zwrócili się o pomoc do Chin, które też już wtedy leżały powalone niemocą. Za nimi wstawiał się nawet ostatni król Hawajów imieniem Laʻamea Kamananakapu Mahinulani Naloiaehuokalani Lumialani Kalākaua, któremu również groziła aneksja przez wielkie mocarstwo i który przysłał poselstwo do Pekinu. Wkrótce potem Tokio ukarało krnąbrne wyspy Ryukyu w roku 1879  likwidując starożytne wyspiarskie królestwo i anektując terytorium archipelagu do końca. Zredukowane do szczebla prefektury zostało włączone do Japonii i poddane przymusowej japonizacji. Stopniowo zacierano zakazami wszelkie odrębności: tatuaż kobiet, tradycyjne stroje i fryzury, bogaty i odrębny język okinawski itd.  

W ten sposób Okinawa stała się więc pierwszą kolonią imperialnej Japonii i pierwszą w szeregu coraz bardziej brutalnych okupacji przez wojska rosnącego imperium: Tajwan (1895),  Korea (1910), Chiny kontynentalne (1931-45). Była też główną ofiarą przegrywającego mocarstwa. W ostatnich miesiącach II wojny światowej Japonia poświęciła Okinawę w nadziei uratowania głównych wysp archipelagu. W następstwie amerykańskich bombardowań i desantów zniszczono wszystkie zabytki Okinawy, wybito czwartą część jej ludności a resztę zamknięto w obozach przejściowych. Kiedy ich stamtąd wypuszczono już nie poznali swoich pól i swojej wyspy. Zabetonowane i pokryte asfaltem pola zamieniono w wielką bazę wojskową, którą Okinawa pozostaje do dziś.   Jest to więc druga okupacja w wykonaniu Amerykanów. W miarę jak na morzach wokół Chin a zwłaszcza wokół wysp Senkaku/Diaoyu narasta napięcie, także na Okinawie jej rdzenni mieszkańcy – tradycyjnie niechętni wojnie i militaryzacji – coraz bardziej mają się czego obawiać. „Idaina-ryoku ga fuantei ni naru to, wareware wa fumitsubusa reru kanōsei ga takai” (Kiedy wadzą się wielkie mocarstwa, nam grozi stratowanie) – mówią smętnie rybacy z ostatniego raju na Yaeyama.

Bogusław Jeznach

 

 

KOMENTARZE

  • Aż by chciało się tam być
    5+
  • @Husky 16:50:21
    Iii... A po co?
  • Do B.Jeznacha
    Bardzo dobre, pierwszy raz czytam tak kompetentną info o Senkaku. Ciekawe co z tego wyniknie dla Chin i Japonii. Ja sam stawiam na Chiny - są zdeterminowane (surowce) i silniejsze. Czy zagarną przy okazji Okinawę to pytanie do USA. Jednym słowem zagadka. Pozdrawiam.
    Excalibur

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930