Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
4001 postów 1864 komentarze

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Późny styl

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

QULTURA & COOLTURA (02): We wtorki na moim blogu refleksja nad pięknem, sztuką, kulturą… Dziś o tym, że na starość, w ostatnim okresie twórczości wielu artystów potrafi przejść samych siebie.

 

Kiedy przychodzi starość i czas na zaplanowane dokonania staje się coraz cenniejszy, niektórzy wielcy twórcy spieszą się, aby „z obfitości serca” wyrzucić jak najwięcej, często w skoncentrowanej, szczytowej formie. Różnie to jest w różnych dziedzinach. Pisarze i poeci potrafią zwykle swój zmierzch inteligentnie ukrywać do końca, ale u dramaturgów, malarzy, kompozytorów itp. – gdzie ekspresja emocji jest zazwyczaj silniejsza - jest on często na tyle widoczny, że wśród krytyków sztuki powszechnie przyjęło się pojęcie „późnego stylu”. Na myśl przychodzi tu choćby Henrik Ibsen, znakomity dramatopisarz norweski, który w ostatnim etapie swej twórczości, zwłaszcza już po powrocie w 1891 roku do Oslo (które wtedy nazywało się o wiele ładniej: Christiania)  miotał się z widoczną furią w swej ciasnej mieszczańskiej klatce. Albo późne prace wielu znakomitych malarzy...

 

Pomińmy tu na chwilę niedawną sugestię pewnego  badacza mózgu, że odrażająca abstrakcja późnych obrazów Willema de Kooninga odzwierciedla początek jego otępienia i zastanówmy się nad późnymi pracami np. Francisco Goyi, takimi jak pokazywana w madryckim Muzeum Prado upiorna seria czternastu „Czarnych obrazów” (Pinturas negras) starego i schorowanego mistrza, który był już wtedy głuchy i prawie ślepy, tak że pracował ze szkłem powiększającym. Jest w tych obrazach techniczne mistrzostwo, a dochodzi jeszcze wizjonerski w swej piekielności obraz ludzkości (przykład powyżej). Albo spójrzmy na dojrzale piękną serię „Drzewa oliwne” późnego van Gogha, którą namalował w 1889 roku, kiedy dożywał swoich dni w azylu w Saint-Rémy. Uprawiana wcześniej obserwacja ustąpiła w nich roztańczonej stylizacji wirujących pędzli, które oddają niesamowite wzory chmur, drzew, kwiatów i spęczniałych kłosów pszenicy (przykład poniżej). Dla tych dwóch malarzy "późny styl" oznaczał spotkanie – u jednego straszne, u drugiego radosne - z nadrealnością.

 

Określenie ‘późny styl’ (Spaeten Stil) ukuł żydowsko-niemiecki filozof  marksistowski Theodor Adorno jako etykietkę  dla swego doktrynerskiego spojrzenia na twórczość Ludwiga van Beethovena. Dla niego ostatnie dzieła Beethovena były tryumfalną odmową rozwiązywania konfliktów życiowych w sposób harmonijny. Ten pogląd poparł zresztą później Edward Said, palestyńsko-amerykański pisarz i uczony, który w opublikowanym pośmiertnie artykule w London Review of Books - twierdził, że "negatywność" Beethovena była w istocie jego siłą. "Ta ‘późność’ (lateness) jest cechą na własnych prawach", napisał z aprobatą Said - "a nie uwiądem lub zatarciem się innej cechy".

Temat ‘późnego stylu’ został ostatnio twórczo podjęty przez muzyków, czego dotąd u wykonawców jeszcze nie było. W serii recitalów w Wigmore Hall w Londynie w zeszłym roku Sir Andreas Schiff zagrał ostatnie sonaty Haydna, Mozarta, Beethovena i Schuberta. Ich nicią łączącą była kulminacja estetycznego mistrzostwa ich najpóźniejszych dzieł. Z kolei w tegorocznym cyklu recitali w Ameryce i Europie, Jonathan Biss, świetnie zapowiadający się młody amerykański pianista, prezentuje schyłkowe prace kameralne tychże trzech kompozytorów, ale także Carla Gesualdo, Roberta Schumanna, Benjamina Brittena i Johannesa Brahmsa. Obydwa koncerty są w kilku wersjach dostępne w internecie.

Dla każdego z tych kompozytorów „późny styl” oznaczał coś innego. Gesualdo, który zamordował swą żonę i jej kochanka, spędził swe ostatnie dni w męczarniach, które można wyczuć w jego rozpaczliwie chaotycznych kompozycjach. Emocjonalna dewastacja ostatnich dni Schumanna staje się wyraźnie widoczna w jego bezwzględnie i kanciasto sparowanej Gesänge der Frühe ("Pieśni o świcie"). Wybrany przez Bissa kwartet smyczkowy Brittena ukazuje kompozytora rozkoszującego się ekstremalną - a dla niego zupełnie nową ekonomią ekspresji. Z kolei chaotyczna, zwłaszcza w środkowej części, sonata Schuberta, który umierał na syfilis, wyraża kompozytora rozdartego między gniewem a strachem. Późne prace Brahmsa ukazują człowieka, u którego emocjonalna energia już wyschła. Natomiast u Beethovena przeciwnie – emocje eksplodują jak supernova przed implozją. Jak podkreśla Biss, tym, co łączy tych kompozytorów, jest to, że  „z każdym z nich pod koniec zdarzyło się coś, co całkowicie zmieniło jego styl".

Czymże jest to coś? Wydaje się, że jest to szczególny amalgamat okoliczności i psychologii. Żaden kompozytor nie ilustruje tego swą twórczością lepiej niż Beethoven. Głuchota na świat dźwięków rzeczywistych, na którą cierpiał w starości, dała na koniec Beethovenowi swobodę tworzenia nieistniejących dotąd nowych światów dźwiękowych, które pojawiły się wraz z ambicją, aby także w ten sposób zaimponować potomności. Im późniejsze są jego dzieła tym bardziej stają się symboliczne, czasami pozornie, poprzez zwykły techniczny iluzjonizm, którym stara się unieruchomić czas – tak jakby w ten sposób chciał wydłużyć swoje życie. W książce „Late Beethoven" (2003) amerykański muzykolog Maynard Solomon wskazuje na próby – najlepiej dostrzegalne w sonatach Hammerklavier i w IX Symfonii - którymi kompozytor napoczyna całe serie tematów i niecierpliwie je odrzuca, zanim trafi na właściwy, aby rozpocząć finał. Solomon porównuje ten proces do poszukiwania nici w celu wyjścia z labiryntu, a wyzwolona lekka frywolność końcowych bagatel wskazuje, że Beethoven rzeczywiście ten wątek znalazł.

Jak zauważa Fiona Maddocks w "Music for Life", eleganckiej kolekcji mini-esejów opublikowanych w zeszłym roku, ludzie mają tendencję do nadmiernego romantyzowania ostatnich prac i w tym jest dużo prawdy. Ale wielu wspaniałych artystów doświadcza rzeczywistej psychologicznej i artystycznej przemiany na ostatniej prostej życia. Z ich życiem i twórczością jest tak jak ze świecą: świeci najjaśniej wtedy, kiedy ma wkrótce zgasnąć. (BJ)

 

KOMENTARZE

  • @Autor
    Ciekawe są te pańskie spostrzeżenia; godne wieku.
    Ale warto je trochę rozszerzyć. Bo wiek "przejrzały" to także czas refleksji nad osiągnięciami i dokonaniami. I konstatacja: czy zostawię po sobie jakiś ślad?
    Wielu chce tego za wszelką cenę, bo przecież dysponujemy doświadczeniem całego życia, aktywnością itd. Jeśli nie zostawiamy dzieł materialnych - chce się chociaż przekazać doświadczony stosunek do świata.
    A tymczasem okazuje się, że nasze doświadczenia są tylko własnym bogactwem z którego inni nie bardzo chcą korzystać preferując własne. Nawet jeśli są podszyte wyraźnymi (dla doświadczonego) błędami.

    "Późny styl" jest piękny jeśli potrafi wyzbyć się tych naleciałości, a jest wyrazem radości współistnienia.
  • @Krzysztof J. Wojtas 09:31:43
    Myślę, że nie warto wysuwać jakichkolwiek oczekiwań pod adresem 'późnego stylu'. Zjawisko to nie da sie oswoić ani wyregulować, bo jest po prostu naturalnym przedśmiertnym spazmem twórczej weny. Jedni doznają go silnie, inni wcale, ale na to żadnego wpływu nie mają. Pozdrawiam po starej przyjaźni. BJ

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930