Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
3828 postów 1806 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Sobota, 6 maja 2017

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

ACTA DIURNA (1033). Zapowiada się zimny tydzień, pełen ważnych wydarzeń. Zapraszam na serwis ze świata.

 

* W najbliższych dnaich synoptycy zapowiadają gwałtowne załamanie pogody w naszej części Europy. Wiać będą silne wiatry, gwałtownie się ochłodzi, przyjdą deszcze, a  niewykluczone są także opady śniegu, być może całkiem obfite. Synoptycy nie wykluczają nawet powstania „pokrywy śnieżnej o grubości 10-20 cm". Nocą temperatura może spać poniżej zera, niewykluczona jest również gołoledź.

 

* 7 maja we Francji odbędzie się druga tura wyborów prezydenckich. W tym momencie wynik wydaje się przewidywalny – według wyników sondaży Emmanuel Macron wyprzedza swoją rywalkę Marinę Le Pen o około 20%. Jednak z badania socjologicznego Elabe-BFM TV wynika: jedynie 31% Francuzów jest usatysfakcjonowanych danym im wyborem. Uważa się, że decydujące i ostateczne debaty przed II turą wyborów, które odbyły się 4 maja, wygrał Macron. Według sondażu telewizji BFM TV, 63% telewidzów uznało jego wystąpienie za bardziej przekonywujące. Le Pen poparło 34% badanych. Pozycja faworyta pozwoliła Macronowi na dyktowanie swoich warunków przegranym: nic nie obiecał ani lewicy, ani prawicy. — Macron powiedział wyraźnie, że nie potrzebuje socjalistów! Nie chce rozmów, nie chce koalicji z nimi, że jego celem jest złamanie naszej partii, a następnie złamanie prawicy – Partii Republikanów – powiedział sekretarz francuskiej Partii Socjalistycznej Jean-Christophe Cambadélis. Z tego powodu niewielkie prawdopodobieństwo tego, że 7 maja Marine Le Pen zostanie prezydentem Francji nadal istnieje. Aby tak się nie stało, Macron musi przyciągnąć do urn lewicowych wyborców, którzy raczej zagłosują na niego, a nie na Le Pen. Według sondaży, które przeprowadzono w przededniu drugiej tury wyborów, około jednaj czwartej Francuzów sympatyzujących z lewicą nie pójdzie na wybory 7 maja, no nie darzą sympatią obu kandydatów – na tradycyjnych manifestacjach z okazji 1 maja na każdym kroku można się było natknąć na transparenty „Ani Macron, ani Le Pen”. Zresztą, większość ekspertów uważa, że zwycięstwo Le Pen jest niemożliwe. Ważny będzie jej wynik: 20%, 30% czy 40%. Duża liczba głosów pozwoli Frontowi Narodowemu znowu umocnić się jako realnej sile politycznej i powalczyć o miejsce w parlamencie. Do wyborów do Zgromadzenia Narodowego pozostał miesiąc. Dla Macrona wynik jest nie mniej ważny. Także ze względu na wybory parlamentarne: aby rządzić krajem, prezydent potrzebuje większości parlamentarnej. Czy uda się ją zdobyć młodej partii En Marche! byłego ministra gospodarki?

 

* Szef rosyjskiego Sztabu Generalnego Władimir Gierasimow i szef połączonych sztabów wojsk USA Joseph Dunford potwierdzili w czasie rozmowy telefonicznej gotowość pełnego przywrócenia realizacji zobowiązań wynikających z memorandum o unikaniu incydentów lotniczych - czytamy w komunikacie Ministerstwa Obrony Rosji. „Strony potwierdziły gotowość przywrócenia w pełnym wymiarze realizacji zobowiązań wynikających z rosyjsko-amerykańskiego Memorandum o zapewnieniu bezpieczeństwa lotów i unikaniu incydentów lotniczych w Syrii, a także gotowość kontynuowania prac nad nowymi mechanizmami zapobiegania sytuacjom konfliktowym podczas prowadzenia operacji przeciwko PI i Dżabhat an-Nusry" — czytamy w komunikacie.

 

* USA tracą przywództwo, a Unia Europejska staje się niezawodnym partnerem, z którym można rozwiązywać globalne problemy - oświadczyła szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini.  „Unia Europejska ma wszelkie szanse ku temu, by zająć pozycję pewnego i silnego partnera, z którym można rozwiązywać globalne problemy w tych sferach, w których Waszyngton traci swoje przywództwo" — oświadczyła Mogherini na konferencji prasowej we włoskiej Florencji. Według słów Mogherini, w czasie swojego niedawnego „tournée" po krajach azjatyckich, dyplomatka słyszała jedno i to samo — że należy zacieśnić z Brukselą współpracę nie tylko gospodarczą i handlową, ale też w sferze bezpieczeństwa i rozwiązywania regionalnych konfliktów — w Syrii, na Półwyspie Koreańskim, w Afganistanie i Palestynie. Zapytana o „nieprzewidywalność" prezydenta USA Donalda Trumpa, Mogherini powiedziała, że droga Europy nie prowadzi przez prowokacje.  „Ludzie chcą pracować z UE nie dlatego, że ją lubią, a dlatego, że ją znają i wiedzą, czego można od niej oczekiwać. W obecnej sytuacji geopolitycznej przewidywalność staje się wartością dodatkową" — przekonuje szefowa unijnej dyplomacji. Już wcześniej Mogherini wypowiadała się na temat utraty roli światowego lidera przez Stany Zjednoczone. Według jej słów, w nieodległej przyszłości w stosunkach między USA i Europą będzie dominować pragmatyzm, a ton współpracy Brukseli i Waszyngtonu będą zadawać europejskie wartości i interes Europy.

 

* Generałowie Pentagonu zafiksowali się na „zimnej wojnie" z Rosją i nie rozumieją realnych zagrożeń bezpieczeństwa - stwierdził rzecznik Ministerstwa Obrony Rosji generał major Igor Konaszenkow, komentując w ten sposób wystąpienie w amerykańskim Senacie szefa Dowództwa Operacji Specjalnych sił zbrojnych USA generała Raymonda Thomasa. W swoim przemówieniu Thomas nazwał Rosję „jednym z pięciu podstawowych zagrożeń dla USA" i zauważył, że agresywne działania Moskwy noszą permanentny charakter. „Zaślepienie poszczególnych generałów Pentagonu, ich zafiksowanie na stereotypach „zimnej wojny", jak i niezrozumienie realnych zagrożeń bezpieczeństwa, nie powinny dziwić. Często pytani jesteśmy, a czym oficerowie rosyjskich operacji specjalnych różnią się od amerykańskich. My zawsze odpowiadamy, że główną zaletą rosyjskich oficerów jest rozum i zdecydowanie" — oznajmił Konaszenkow. Rosyjski generał zauważył, że „z wystąpienia gen. Thomasa nietrudno wywnioskować, że Pentagon stawia, delikatnie mówiąc, inne wymagania wojskowym Sił Specjalnych Operacji". „Pewnie dlatego usiłują oni wyrównywać je jastrzębią antyrosyjską retoryką, w najlepszych tradycjach zimnej wojny" — zakończył Konaszenkow.

 

* Jak wyjaśniła telewizja RT, Narodowy Fundusz na Rzecz Demokracji (NED) finansowany przez amerykański resort federalny USAID w 2016 roku wyasygnował dla działaczy w Rosji ponad 10 milionów dolarów. Pieniądze poszły na realizację 108 projektów na terytorium Rosji. W dokumentach NED jest zawarta informacja, że granty zostały skierowane na walkę z korupcją, na wsparcie mniejszości i ochronę praw człowieka. Nazwiska beneficjentów nie zostały podane do wiadomości. Narodowy Fundusz na Rzecz  Demokracji (National Endowment for Democracy, NED), który działa za pieniądze amerykańskich podatników, wydał w zeszłym roku ponad 10 milionów dolarów na 108 projektów w Rosji. Ta suma wzrosła dwukrotnie w porównaniu z rokiem 2015: wówczas NED skierował do rosyjskich aktywistów, obrońców praw człowieka i osób walczących z korupcją 4,7 miliona dolarów na 77 projektów. Jak zauważa się w raporcie fundacji, w 2016 roku NED wyasygnował ponad 53 tysiące dolarów na projekt poparcia dla antykorupcyjnej strony internetowej, której nazwa nie została podana na liście beneficjentów. Co ciekawe, osobny grant został wydzielony na ogłoszenie faktów korupcji (prawie 40 tys. dolarów). Pieniądze powinny pójść na „podniesienie poziomu poinformowania rosyjskiego społeczeństwa o problemie korupcji”. NED wyasygnował około 45 tys. dolarów na pewną antykorupcyjną stronę internetową w 2014 roku. W 2015 roku ta inicjatywa również znalazła się w raporcie fundacji, wówczas na nią przeznaczono ponad 53 tys. dolarów.Łącznie na projekty antykorupcyjne przeznaczono w 2016 roku prawie 240 tys. dolarów. Według raportu za 2016 rok, NED przeznaczył 3,7 miliona dolarów na rozwój społeczeństwa obywatelskiego w Rosji, wsparcie i umocnienie NGO, wsparcie mniejszości, w tym etnicznych i seksualnych. Grant na ochronę mniejszości etnicznych polegał na „przedstawieniu w razie konieczności pomocy i konsultacji prawnej przedstawicielom mniejszości etnicznych”. Prawie 13 tysięcy dolarów wyasygnowano na stworzenie strony internetowej do walki o prawa człowieka, za pomocą której udzielana będzie pomoc informacyjna i prawna mniejszościom oraz działaczom.  56 tys. dolarów od NED zostało skierowanych na redukcję liczby przypadków łamania praw człowieka ze strony organów prawnych. Co ciekawe, w raportach NED zaprezentowano tylko informacje o przekazanych grantach i celach, na jakie zostały przeznaczone. Nazwiska tych, którzy granty otrzymali nie zostały podane. Oficjalnie Narodowy Fundusz na Rzecz  Demokracji  przeznacza pieniądze na programy „rozwoju i ochrony praw człowieka oraz praworządności, wsparcie wolności informacji i niezależnych mediów, umocnienia formacji i wartości demokratycznych, zapewnienia przejrzystości, wsparcia organizacji pożytku publicznego”  oraz  inne projekty. Organizacja daje granty działaczom nie tylko w Rosji, ale również na Ukrainie, Białorusi i w innych  państwach WNP. 

 

* Rosyjskie Centrum Pojednania Stron Konfliktu w Syrii podało, że lokalni mieszkańcy i opozycja donoszą o inscenizacji w prowincji Idlib skutków ataków z użyciem „substancji trujących”. „Konsultantami” mieli być operatorzy, którzy współpracują z Al-Dżazirą. Wojskowo-dyplomatyczne źródło 4 maja poinformowało rosyjskie media, że dziennikarze katarskiej telewizji Al-Dżazira w miejscowościach Serakab, Ariha i Dżisr asz-Szughur w prowincji Idlib kręcili inscenizację skutków użycia przez syryjską armię substancji trujących. Kanał kategorycznie zaprzecza, by miało to miejsce. Według lokalnych mieszkańców i opozycji w miejscowościach Serakab i Dżisr asz-Szughur specjalne „zespoły zdjęciowe” w ubiegłym tygodniu kręciły zdjęcia rzekomych skutków ostrzałów i ataków z powietrza, m.in. z użyciem „substancji trujących” – podano w komunikacie Centrum.  Wśród „konsultantów” tych „zespołów zdjęciowych” lokalni mieszkańcy rozpoznali operatorów telewizyjnych, którzy nagrywają materiał wideo z regionu dla telewizji Al-Dżazira – dodano. To nie pierwsze tego typu doniesienia w ostatnim czasie. 2 maja libański kanał Al Mayadeen, powołując się na lokalne źródła i świadków, poinformował, że do Idlib przyjechała grupa zdjęciowa Białych Hełmów. Według telewizji „ludzi z miejscowości Sarakeb zaangażowano pod przymusem, towarzyszyła im grupa jednego z arabskich kanałów satelitarnych. Najwyraźniej przygotowywano inscenizację ataku chemicznego, jak w Chan Szajchun”. Organizacja Białe Hełmy uważa za swój cel ochronę ludności Syrii i deklaruje neutralność polityczną oraz brak zaangażowania w działania zbrojne. Do sieci coraz częściej trafiają materiały wideo, na których ludzie w białych hełmach ratują dzieci spod gruzów. Jednak jednocześnie pojawiają się filmy, na których te same Białe Hełmy kręcą inscenizacje, charakteryzują „poszkodowanych” i dyktują im, co mają mówić. Co więcej, syryjscy dziennikarze wyemitowali materiał, na którym „ratownicy” w mundurach trzymali w rękach broń. A prezydent Syrii Baszar al-Asad oświadczył, że członkowie organizacji faktycznie są zwolennikami Al-Kaidy. Organizacja społeczna Szwedzcy Lekarze na rzecz Praw Człowieka wcześniej opublikowała oświadczenia, w którym twierdzi, że zabiegi resuscytacyjne z materiału wideo Białych Hełmów po rzekomym ataku chemicznym w Syrii w rzeczywistości były fałszywe i przeprowadzane na martwym dziecku.

 

* USA zamierzają stawiać sojusznikom większe wymagania w walce z terroryzmem. Tak wynika z nowej antyterrorystycznej strategii Waszyngtonu - poinformowała w piątek agencja Reutera.  „W 11-stronicowym dokumencie możemy przeczytać, że USA powinny unikać kosztownych zobowiązań wojskowych" — informuje agencja, która znalazła się w posiadaniu projektu strategii. Waszyngton „powinien zintensyfikować operacje wojskowe przeciwko międzynarodowym ugrupowaniom terrorystycznym, a przy tym obniżyć cenę, jaką płaci „krwią i pieniędzmi" przy wykonywaniu zadań antyterrorystycznych". „Postaramy się unikać kosztownych operacji wojskowych wpisujących się w ramy walki z terroryzmem i liczymy na to, że nasi partnerzy również wezmą na siebie część zobowiązań" — czytamy w dokumencie.  „Amerykańska administracja dokonuje rewizji strategii bezpieczeństwa narodowego, w tym także działań w zakresie walki z terroryzmem" — powiedział rzecznik Rady Bezpieczeństwa Narodowego przy Białym Domu Michael Anton. Według jego słów, „nowa strategia jest skierowana na walkę z zagrożeniem terrorystycznym". Amerykański urzędnik zauważył, że „główny akcent w nowej strategii zostanie położony na osiągalne i realistyczne cele oraz sposoby ich osiągnięcia".

 

* Kongres Stanów Zjednoczonych zatwierdził poprawki, zgodnie z którymi USA nie mogą szkolić członków ukraińskiej formacji zbrojnej „Azow”, znanej z symboliki neonazistowskiej. Przedstawiciele MSZ Rosji aktywnie komentują tą decyzję.  Potrzeba było ponad roku, aby amerykański Kongres zobaczył, że ta formacja to zbieranina jawnych nazistów, maszerujących z symboliką wojsk hitlerowskich SS i zachowujących się jak oddziały karne na okupowanym terytorium. Ale lepiej późno niż wcale – skomentował decyzję Kongresu USA rzecznik prasowy MSZ Rosji Aleksander Łukaszewicz. Pełnomocnik MSZ Rosji do spraw praw człowieka, demokracji i prymatu prawa Konstantin Dołgow napisał na swoim profilu na Twitterze: „Czas, aby Waszyngton otworzył oczy”.

 

* Stany Zjednoczone Ameryki powinny złożyć oficjalne przeprosiny i ukarać osoby, które zamierzały urządzić zamach na lidera KRLD. Takie oświadczenie opublikowała oficjalna północnokoreańska agencja KCNA.  Pjonjang oskarża USA i Koreę Południową o próbę wyizolowania i zaduszenia północnokoreańskiej republiki. KRLD nazywa Waszyngton „zakulisowym organizatorem przeraźliwych aktów terroryzmu państwowego wobec KRLD" i dodaje, że „nie ominie go kara". Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego „zmiecie z powierzchni ziemi" organizacje wywiadowcze USA i Korei Południowej, a także zlikwiduje „co do jednego" wszystkich wrogich agentów w kraju. Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego KRLD oświadczyło wcześniej, że zerwało tajną operację USA i Korei Południowej. Według danych resortu, pracownicy służb wywiadowczych obydwu krajów planowali zamach z użyciem substancji biochemicznej na północnokoreańskiego lidera Kim Dzong Una i wprowadzili do KRLD swoich ludzi.  Biały Dom i Centralna Agencja Wywiadowcza odmówiły komentarzy w sprawie tego oświadczenia.

 

* Clinton stworzy grupę przeciwdziałania Trumpowi - donosi Politico. Były kandydatka na prezydenta USA, była sekretarz stanu USA Hillary Clinton pracuje nad stworzeniem nowej grupy politycznej, która będzie finansować organizacje sprzeciwiające się polityce prezydenta USA Donalda Trumpa, pisze gazeta Politico, powołując się na źródła zaznajomione z sytuacją. Jak powiedział rozmówca gazety, w ciągu ostatnich kilku tygodni Clinton spotkała się ze sponsorami i potencjalnymi inwestorami, a także zajmowała się naborem osób do rady nadzorczej tworzonej grupy. Według gazety grupa, która prawdopodobnie rozpocznie pracę już w przyszłym tygodniu, będzie nazywać się Onward Together. W przyciąganiu sponsorów byłej sekretarz stanu pomaga dyrektor finansowy jej kampanii wyborczej Dennis Cheng. Szukaniem grup finansowania zajmuje się Judith McHale, która była zastępcą Clinton, kiedy ta pełniła stanowisko szefowej Departamentu Stanu. Tym samym zajmuje się również były przewodniczący Partii Demokratycznej USA Howard Dean. Do zarządu grupy wejdzie główny strateg partii i długoletni sojusznik Clinton Mignon Moore. Rzecznik Clinton odmówił komentarza na temat sytuacji.

 

* Zaledwie kilka dni temu świat obiegła informacja, że również Korea Południowa przetestowała nowy pocisk balistyczny - o zasięgu 800 km, co oznacza, że może on uderzyć w punkty w najbardziej odległych częściach terytorium Korei Północnej. Test zakończył się sukcesem - podała z kolei agencja Yonhap.Poinformowano o tym dzień po wystrzeleniu przez Koreę Północną pocisku balistycznego ze wschodniej części kraju; pocisk wpadł do Morza Japońskiego na skutek awarii. Korea Południowa, na której terenie stacjonują tysiące żołnierzy z USA, jest ochraniana przez amerykańskie instalacje wojskowe. W 2012 roku Seul zawarł z Waszyngtonem umowę pozwalającą zwiększyć Korei Południowej prawie trzykrotnie zasięg swych pocisków balistycznych, aby móc stawić czoło zagrożeniu ze strony programów rakietowego i nuklearnego Korei Północnej.Yonhap, powołując się na wysokiego rangą przedstawiciela władz Korei Południowej, pisze, że przetestowana rakieta stanowi ważny środek odstraszający Północ. Pocisk mógłby dosięgnąć północnokoreańskie terytorium, nawet jeśli zostałby wystrzelony z południa Korei Południowej. - Test zakończył się sukcesem - oświadczył przedstawiciel władz. Rzecznik południowokoreańskiego ministerstwo obrony nie potwierdził informacji o udanym teście ani nie zaprzeczył. W czerwcu 2016 roku Korea Południowa przetestowała dwa inne pociski południowokoreańskiej produkcji, które są w stanie przenosić na odległość 500 km ładunek ważący tonę.

 

* Premier Japonii Shinzo Abe w wystąpieniu z 3 maja zakomunikował, że zapowiadane od dawna plany zmiany konstytucji zamierza zrealizować w 2020 roku. Przemowa została wyświetlona na spotkaniu sponsorowanym przez wpływową narodowo-konserwatywną grupę Nippon Kaigi (Konferencja Japonii), której głównym celem jest rewizja pacyfistycznej konstytucji i zmiany w polityce edukacyjnej (zwłaszcza przemiany w postrzeganiu wojennej i powojennej historii Japonii). Premier Abe wprost stwierdził, że przemiany mają dotyczyć artykułu 9., który zabrania Japonii posiadania armii i prowadzenia wojny. Zaproponował ponadto, by w zreformowanej konstytucji wspomniane były Japońskie Siły Samoobrony jako oficjalne siły zbrojne. Szef rządu i przewodniczący rządzącej Partii Liberalno-Demokratycznej przypomniał, że zmiana konstytucji była głównym postulatem jego ugrupowania od momentu jego założenia w 1955 roku. Jednak aby zrealizować ten cel, Shinzo Abe będzie musiał wygrać wybory na przewodniczącego partii planowane na 2018 rok.Większa część rządzącej PLD zdecydowanie popiera zmianę konstytucji. Zdania na ten temat wśród jej koalicyjnego partnera, centroprawicowej partii Kōmeitō, są podzielone, podobnie jest w przypadku opozycyjnej Partii Demokratycznej. Propozycje zmian konstytucji otwarcie krytykuje Komunistyczna Partia Japonii. Japońska konstytucja została napisana niespełna w tydzień na zlecenie amerykańskich władz okupacyjnych, na czele których stał gen. Douglas MacArthur, i oktrojowana w 1947 roku.

 

* Stałe przedstawicielstwo Rosji przy Unii Europejskiej zorganizowało wystawę „Nasz nieśmiertelny pułk". Jego centralnym eksponatem jest stand z fotografiami krewnych pracowników placówki dyplomatycznej, którzy walczyli na froncie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.  „Możemy tutaj znaleźć fotografie rodziców, dziadów, a nawet pradziadów" — powiedział stały przedstawiciel Rosji przy UE Władimir Czyżow w wywiadzie dla Ria Novosti. „Jednym z bohaterów wystawy jest bohater Związku Radzieckiego Boris Aleksandrowicz Łachtin, który wykonał ponad 500 lotów bojowych. Jego imieniem nazwano jeden z samolotów Aeroflotu. Łachtin jest dziadem żony jednego z dyplomatów" — dodał Czyżow. Ekspozycja liczy w sumie 25 fotografii. Na oddzielnym stoisku zebrano zdjęcia z Parady Zwycięstwa z 2010 roku, w której wzięły udział pododdziały wojskowe państw koalicji antyhitlerowskiej. W tym roku kolekcja została rozszerzona o rzadkie eksponaty z osobistej kolekcji doradcy stałego przedstawiciela Rosji przy UE Aleksieja Stiepanowa. Na nowych stoiskach  możemy zobaczyć odznaczenia Armii Czerwonej i Marynarki Wojennej z okresu Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. „Nowe stoiska  przedstawiają rodzaje sił zbrojnych, w tym także wojska i organy NKWD. Zebraliśmy nawet 11 różnych projektów pagonów dla naczelnego wodza, których Józef Stalin jednak nie zaakceptował, chodząc do końca życia w pagonach marszałka" — powiedział Stiepanow w wywiadzie dla Ria Novosti. Eksponatami zainteresowało się belgijskie prywatne muzeum wojskowe w Liège, którego właścicielem jest potomek jednego z oficerów Armii Rosyjskiej Serge Aleksandrow. „Poprosił on o późniejsze rozmieszczenie tej ekspozycji w swoim muzeum" — powiedział Stiepanow.

 

* W Warszawie akcja „Nieśmiertelny Pułk" odbędzie się na cmentarzu mauzoleum żołnierzy radzieckich - poinformował rzecznik ambasady Rosji w Polsce Władimir Aleksandrow. 9 maja w Rosji i poza jej granicami odbędzie się akcja społeczna „Nieśmiertelny Pułk". W ubiegłym roku przemarsze odbyły się w 50 krajach. W rosyjskich miastach w akcji wzięło udział ok. 24 mln osób, które wyszły na ulice z fotoportretami swoich krewnych walczących na frontach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. „W Warszawie akcja „Nieśmiertelny Pułk" zostanie połączona ze złożeniem kwiatów i wieńców. Uroczystości odbędą się 9 maja na cmentarzu mauzoleum żołnierzy radzieckich" — powiedział Aleksandrow. Przedstawiciel ambasady wyjaśnił, że w akcji wezmą udział pracownicy ambasady Rosji, innych rosyjskich przedstawicielstw, członkowie ich rodzin, przedstawiciele placówek dyplomatycznych krajów WNP, organizacje weteranów i organizacje pozarządowe. Aleksandrow dodał, że z doświadczenia ubiegłych lat, w akcji „Nieśmiertelny Pułk" w Warszawie weźmie udział ok. 200 osób. Na cmentarzu mauzoleum żołnierzy radzieckich spoczywa 21468 żołnierzy Pierwszego Frontu Białoruskiego Armii Czerwonej, którzy polegli w czasie wyzwalania Warszawy w latach 1944-1945. Nekropolia o powierzchni 19,2 ha została założona w 1950 roku, w piątą rocznicę kapitulacji Niemiec.

 

* Uczestnicy międzynarodowego rajdu motocyklowego z okazji 72. rocznicy zwycięstwa nad faszyzmem, członkowie klubu „Nocne Wilki” i zaprzyjaźnieni z nimi motocykliści z innych krajów, w sobotę na Cmentarzu Olszańskim w Pradze uczcili pamięć czerwonoarmistów, którzy zginali podczas wyzwalania Czechosłowacji w 1945 roku.  „Kwiaty pod pomnikiem poległych czerwonoarmistów złożyło ponad 250 uczestników rajdu motocyklowego. Oprócz Rosjan, byli obecni motocykliści z Czech, Słowacji, Niemiec, Polski, Bułgarii i wielu krajów europejskich – powiedział w rozmowie z RIA Novosti rzecznik ambasady Rosji w Czechach Aleksiej Kołmakow. „Nocne Wilki” przekazały organizatorom akcji „Nieśmiertelny Pułk”, która po raz drugi odbędzie się 8 maja w Pradze, kopię listu z podziękowaniami i zdjęcie czołgisty, porucznika Iwana Gonczarenko. Zginął on 9 maja 1945 roku podczas jednej z ostatnich walk o wyzwolenie Pragi. Wieczorem uczestnicy rajdu spotkają się w Rosyjskim  Centrum Nauki i Kultury z mieszkańcami czeskiej stolicy. Na spotkaniu będzie obecny ambasador Rosji w Czechach Aleksander Zmiejewski.

 

* Naftohaz Ukrainy w przypadku przegrania z Gazpromem w Sądzie Arbitrażowym w Sztokholmie zbankrutuje, spółka będzie musiała sprzedać  swe aktywa za wyjątkiem sieci przesyłowej gazu należącej do państwa - oznajmił dyrektor komercyjny Naftohazu Jurij Witrenko podczas telekonferencji.  Na pytanie, co będzie w przypadku przegrania spółki w Sądzie Arbitrażowym w Sztokholmie odpowiedział, że Ukraina jako państwo nie ucierpi, lecz ucierpi spółka Naftohaz, która będzie musiała ogłosić upadłość. „Nie chcemy przegrywać z Gazpromem, ale nawet jeśli taka decyzja zostanie podjęta, to będą to zobowiązania Naftohazu, a nie państwa, Naftohaz po prostu zbankrutuje, w takim wypadku będą sprzedawane aktywa" — powiedział Witrenko.  Jednocześnie, odpowiadając na pytanie, czy w takich warunkach może zostać sprzedana ukraińska sieć przesyłowa gazu, odrzucił taką możliwość, ponieważ sieć ta jest dobrem publicznym. Witrenko przypomniał, że decyzja sądu w sprawie kontraktu tranzytowego  ma zostać podjęta do końca czerwca. „Dużą pracę wykonuje Gazprom, praca wrze, aczkolwiek widzimy, że decyzja będzie w przyszłym miesiącu" — powiedział przedstawiciel spółki. Jednocześnie uważa, że Sąd Arbitrażowy w Sztokholmie nie anuluje kontraktów gazowych z Gazpromem, będą obowiązywać do 2019 roku. „Są możliwe różne rozwiązania, ale nie spodziewamy się po sądzie arbitrażowym unieważnienia kontraktu, najprawdopodobniej kontrakty będą obowiązywać do 2019 roku" — powiedział. Witrenko uważa za „dość niskie" prawdopodobieństwo przegrania spółki w sądzie. 

 

* Kijów zamierza znacząco obniżyć ceny za tranzyt rosyjskiego gazu. Jednak zamierza to zrobić nie wcześniej niż w 2019 roku. Kiedy skończy się kontrakt na dostawy paliwa między Gazpromem a ukraińskim Naftohazem. O tym poinformował dyrektor ds. rozwoju Naftohazu Jurij Witrienko, donosi Deutsche Welle. Co kryje się za tą inicjatywą Kijowa? Pierwszą rzeczą, którą czyta się między wierszami, jest pragnienie Ukrainy, aby nie pozostać z niczym. W inny sposób nie da się ocenić oświadczenia Naftohazu. Kijów ustalił nawet cenę: od 2020 roku tranzyt Rosji będzie tańszy o około jedną dziesiątą. I Kijów już podliczył, że w rezultacie ukraiński system transportu gazu będzie bardziej atrakcyjny niż „Gazociąg Północny 2”. Jak zwykle nie obeszło się bez zastrzeżeń: Naftohaz zaznaczył, że będzie to możliwe, jeśli Ukraina będzie mieć zagwarantowane coroczne objętości tranzytu gazu na poziomie około 110 miliardów metrów sześciennych. Jak mogłoby być inaczej. Trzeba pokazać charakter. Iść tak po prostu pokojowo bez targowania jakoś nie komfortowo. Czyli znów polityka dominuje nad ekonomią. Chociaż gdyby było mniej histerii władz kijowskich i szeregu krajów Europy Wschodniej pod adresem Moskwy, w stosunku do rosyjskich projektów, to można by też szybciej się dogadać i korzystniej dla wszystkich, twierdzą eksperci. Stanowisko rosyjskie to w znacznym stopniu adekwatna reakcja Moskwy na nieusprawiedliwioną histerię Kijowa. Nie zaś udawanie, że nic się nie dzieje. Zwłaszcza, gdy chodzi o interesy narodowe. A potem polityka jest polityką, a Rosja w celu zachowania status wiarygodnego dostawcy gazu oferuje alternatywne opcje wyjścia z sytuacji. „Gazociąg Północny”. „Turecki Potok”. Moskwa robi to w trosce o swoich europejskich partnerów. A Ukraina, od kiedy stała się niezależna, od tego momentu zaczęła tylko tracić status wiarygodnego kraju tranzytowego, niczego nie zyskując.Istnieje prawdopodobnie jeszcze jeden czynnik. W Europie ożywiło się zainteresowanie rosyjskim gazem. Kryzys polityczny, polityka dywersyfikacji dostaw rosyjskiego gazu do Europy — czego by też nie wymyślili, a mimo to udział rosyjskiego gazu na rynku europejskim rośnie. Kijów najwyraźniej rozumie, że można na tym zarobić. Europejscy politycy zaczęli często pozytywnie mówić o rosyjskich projektach. Na tym tle europejskie przedsiębiorstwa energetyczne aktywizowały się, wiedząc, że kontrakty z Gazpromem to dochodowy biznes. Zwłaszcza, gdy ceny gazu znacząco spadły. Rosyjski holding prowadzi elastyczną strategię. Gazprom sześć lat temu zdecydował się pójść na ustępstwa. Na początek wykorzystał obniżone współczynniki w kontraktach. Później zaczął unikać przywiązania produktu naftowego do ceny. W rezultacie rosyjski gaz, który w latach 2012-2013 był prawie najdroższy w portfelu europejskich spółek, stał się bardzo atrakcyjny. Ukraina czuje, że jeśli teraz nie pospieszy się i nie zaprezentuje się Brukseli bardziej elastycznym niż dotychczas partnerem, to w ciągu kilku lat można będzie tylko patrzeć, jak grzybieje i system transportu gazu, i podziemne magazyny gazu, i wszystko to, co było związane z gazem.

 

* Dane sondażu przeprowadzonego przez firmę Sociopolis na zlecenie ukraińskiego portalu Korrespondent.net pokazują, że ponad 40% Ukraińców jest przeciwko polityce dekomunizacji w kraju. Badanie przeprowadzono w dniach 19-25 kwiecień za pomocą wywiadu telefonicznego. Wzięło w nim udział w sumie 1,6 tys. pełnoletnich Ukraińców w całym kraju (poza obszarem Donbasu). Błąd statystyczny nie przewyższa 2,4%. Wyniki sondażu pokazały, że 25,6% respondentów jest zupełnie przeciwnych dekomunizacji, 15,5% opowiada się raczej przeciwko takiej polityce. Jednocześnie 22,5% badanych w pełni popiera politykę dekomunizacji i 10,3% opowiada się raczej za niż przeciwko. Prawie 25% Ukraińców odpowiedziało, że wszystko im jedno. Poziom poparcia dekomunizacji jest najwyższy na zachodzie Ukrainy i sięga tam 44,3%. Najmniej zwolenników pozbycia się spuścizny ZSRR znalazło się na południu kraju — 27,8%, a na wschodzie — 25,1%. W maju 2015 roku na Ukrainie weszła w życie ustawa „o potępieniu komunistycznego i nazistowskiego reżimów", zakazująca propagandy radzieckiej symboliki. Ustawa przewiduje w szczególności zmianę nazw miast i ulic nazywanych w cześć radzieckich działaczy państwowych.  

 

* W Kijowie członkowie partii nacjonalistycznej Korpus Narodowy zbezcześcili pomnik radzieckiego dowódcy Nikołaja Watutina. Zdjęcia z miejsca zdarzenia są umieszczone na stronie organizacji.  Jeden z aktywistów organizacji umieścił na pomniku tablicę z napisem „Kat". Sami radykałowie twierdzą, że swoją akcją chcieli „przypomnieć społeczeństwu, co to za człowiek". Generał armii Watutin jest znany jako jeden z najwybitniejszych strategów wojskowych z czasów Wielkiej Wojny Ojczyźnianej. Pod jego dowództwem armie Frontu Woroneskiego zadały porażkę wojskom hitlerowskim na Łuku Kurskim. Dowodził także 1. Frontem Ukraińskim, którego siły wyzwoliły Kijów spod okupacji nazistowskiej. 

 

* Ukraińska piosenkarka, zwyciężczyni konkursu Eurowizji-2016, wezwała do tego, by nie pozwolono Rosji „popsuć" tegorocznego konkursu - pisze Reuters. Zdaniem piosenkarki, im bliżej Eurowizji-2017, tym więcej należy spodziewać się prowokacji ze strony Moskwy. „Moim zdaniem, powinniśmy być gotowi na nowe prowokacje ze strony Rosji, bo nasze zwycięstwo wyprowadziło ich z równowagi" — powiedziała Jamała w rozmowie z agencją i dodała „Chciałabym także poprosić każdego Ukraińca o ostrożność i determinację w walce". Jakie właściwie „prowokacje" Jamala ma na myśli — nie wiadomo. Ukrainka zwyciężyła w ubiegłorocznym konkursie, występując z piosenką „1944", w której mowa o deportacji Tatarów krymskich. W tym roku Jamala wystąpi ostatniego dnia konkursu razem z piosenkarką Rusłaną, zwyciężczynią Eurowizji-2004. Oficjalne otwarcie Eurowizji-2017 odbędzie się w Kijowie 7 maja. Finał konkursu zaplanowano na 13 maja. Do półfinałów dojdzie 9 i 11 maja.

 

* Choć napięcie w relacjach między Kijowem i Moskwą nie maleje, to liczba połączeń autobusowych między Ukrainą i Rosją rośnie. Ukraińcom bowiem bardziej się opłaca pracować w Rosji, niż w krajach Unii Europejskiej. Ukraińskie portale informacyjne praktycznie nie wspominają o wypadkach drogowych z udziałem rodaków, jakie coraz częściej zdarzają się na trasach między Ukrainą i Rosją. Nie za dobrze zwracać uwagę na fakt, że Ukraińscy jeżdżą do „wrogiej" Rosji. Naturalnie, wzrost liczby wypadków jest powiązany ze zwiększeniem ilości połączeń autobusowych między Ukrainą i „krajem-agresorem". Uwarunkowane jest to wieloma czynnikami — pisze ukraina.ru. Jednym z powodów, dla którego wzrosła ilość przewozów autobusami na ukraińskich numerach przez terytorium Rosji jest to, że po ustanowieniu blokady większość pasażerów z ŁRL i DRL woli objeżdżać linię rozgraniczającą strony konfliktu okrężną drogą. Ruch między ŁRL i DRL a ukraińskimi miastami stale rośnie. Jeszcze jedną przyczyną zwiększenia ilości połączeń autobusowych między Ukrainą i Rosją jest zwiększająca się skala migracji zarobkowej uwarunkowana kryzysem gospodarczym, bezrobociem i wojną, która wielu Ukraińców zmusiła do ucieczki przed obławami mającymi na celu przymusową mobilizację. W 2016 roku ukraińsko-rosyjską granicę przeszło ponad 2,8 mln Ukraińców, nie licząc tych, którzy jadą do Rosji przez Białoruś. Według słów ministra spraw zagranicznych Ukrainy Pawła Klimkina, dziś w Rosji znajduje się ponad 4 mln Ukraińców. Kolejną przyczyną takiego stanu rzeczy stało się odwołanie połączeń lotniczych między Ukrainą i Rosją przy niesłabnącym potoku migrantów zarobkowych. Większość Ukraińców, którzy pracowali w przemyśle wydobywczym gazu i ropy w Tiumeni i na rosyjskiej północy dzisiaj lata rejsami tranzytowymi przez Mińsk i Kiszyniów. Większość jednak przerzuciła się na autobusy. Wielu Ukraińców aktywnie korzysta z połączeń kolejowych. Codziennie kursujący pociąg Lwów-Moskwa jest zawsze w 100% zapełniony jadącymi w celach zarobkowych Ukraińcami. Co miesiąc z tego połączenia korzysta ok. 13 tys. osób. Migranci zarobkowi jeżdżą do Rosji masowo, „tabunami" — począwszy od młodzieży, a kończąc na osobach w wieku starszym. W większości są to budowniczy, którzy nawet nie myślą rezygnować z pracy w Moskwie czy Petersburgu z powodu napiętych relacji ukraińsko-rosyjskich. Co więcej, po tym, jak na Ukrainie wzrosły opłaty komunalne, praca w Moskwie i innych rosyjskich miastach stała się jeszcze bardziej pożądana. I bardziej korzystna i opłacalna niż praca w Unii Europejskiej. Jednak, w ostatnich latach na ukraińsko-rosyjskich trasach nie pojawiały się nowe pociągi, a kilka połączeń zostało skasowanych. Dlatego zapotrzebowanie migrantów zaspokajają przewoźnicy autobusowi. Co ciekawe, ukraińscy przewoźnicy autobusowi współpracują z rosyjskim biznesem. W ubiegłym roku ukraiński serwis internetowy Busfor współpracujący z przedsiębiorstwami transportowymi przyciągnął 20 mln dolarów od rosyjskich inwestorów. Serwis działa na Ukrainie, w Polsce, Rosji, Kazachstanie i Białorusi, a udział biletów nabytych on-line wzrosła w ostatnim roku ponad trzykrotnie. I taki popyt świadczy o aktywnym rozwoju połączeń między Ukrainą i Rosją, których nie udało się — pomimo usilnych starań strony ukraińskiej — rozdzielić nową żelazną kurtyną.

 

* Postępowanie o zwrot kolekcji „scytyjskiego złota” z Holandii na Krym może ciągnąć się przez lata, ponieważ nie może być wydany legalny bezpośredni wyrok sądowy, powiedział w wywiadzie doradca prezydenta Rosji ds. kultury Władimir Tołstoj. Kolekcja zawierający około 2 tysiące eksponatów została wywieziona z krymskich muzeów na wystawę „Krym: złoto i tajemnice Morza Czarnego” do muzeum archeologicznego Allarda Piersona w Amsterdamie na początku lutego 2014 roku jeszcze przed przyłączeniem się Krymu do Rosji. Od tego czasu strony nie mogą zdecydować, komu zwrócić artefakty. Obecnie istnieje wiele okoliczności, które uniemożliwiają szybki zwrot złota Scytów na Krym. „Z jednej strony rzeczy były częścią składu kolekcji konkretnych muzeów i światowa praktyka sugeruje, że powinny one zostać zwrócone do muzeum, czyli do krymskich muzeów. (Ale) z punktu widzenia europejskiej jurysdykcji Krym nie jest uznawany jako część Federacji Rosyjskiej, lecz nadal jest w jurysdykcji Ukrainy”, — powiedział Tołstoj. W listopadzie ubiegłego roku Sąd Rejonowy w Amsterdamie postanowił na razie nie przeprowadzać rozprawy o zwrot kolekcji złota Scytów z Holandii. Postępowanie będzie kontynuowane w formie wymiany listów za pośrednictwem Sądu Rejonowego Amsterdamu przez strony konfliktu — krymskie muzea, muzeum Allarda Piersona w Amsterdamie i Ukrainę.

 

* Rosyjscy turyści dzięki wzmocnionemu rublowi zaczęli tak samo często jak dawniej latać do państw Europy, pisze „Die Welt”. Dwa i pół roku temu, kiedy zaczął się kryzys ukraiński i rubel przeżył największy spadek od lat 90-ych, stosunki z obcymi państwami „przewróciły się do góry nogami”. W 2015 roku, według przedstawicielki Rosyjskiego Związku Turystycznego Iriny Tiuriny, ilość wyjazdów za granicę spadła o 31%. Poza tym gwałtownie spadła liczba biur turystycznych. Jednak obecnie zdolność nabywcza Rosjan znów rośnie, a podczas podróży zagranicznych Rosjanie wydają więcej pieniędzy. W pierwszym kwartale 2017 roku ich wydatki za granicą wzrosły o 40 % w porównaniu z zeszłym rokiem. Główny problem, który może przeszkodzić obywatelom Rosji w wyjeździe, czyli słaby rubel, powoli rozwiązuje się. Poczynając od zeszłego roku, rosyjska waluta stabilizuje się. W pierwszym kwartale 2017 roku rubel wraz z meksykańskim peso i południowokoreańskim wonem wszedł w top-3 najbardziej pożądanych walut na rynkach rozwijających się.  Według ostatnich danych, liczba Rosjan gotowych wyruszyć w podróż w przyszłym roku samolotem wrosła o 17 %. To oznacza, że ludzie zaczęli czuć się lepiej w zakresie planowania swoich podróży. Według danych Aviasales, którego statystykę cytuje „Die Welt”, w trójce napopularniejszych europejskich kierunków znalazły się Włochy, Czechy i Niemcy,  przy czym liczba zarezerwowanych biletów na samoloty lecące do tych państw zwiększyła się w porówananiu z zeszłym rokiem odpowiednio o 105%, 109% i 82 %. Następne są Hiszpania i Francja (odpowiednio o 71 % i 144 % więcej rezerwacji).„Zatem teraz Rosjanie, jak i wcześniej, mówią o podróżach i chcą znaleźć się w tych miejscach, «gdzie my, Rosjanie, jeszcze nie byliśmy»” – podsumowuje gazeta. 

 

*Bruksela chce szerzej otworzyć polski i unijny rynek na produkty rolne z Ukrainy. Rolnicy i producenci żywności protestowali już przy poprzednich decyzjach lekko te drzwi uchylających. Teraz zapowiadają bardziej zdecydowane działania. – Zabije to naszych producentów pszenicy, rzepaku i kukurydzy. Jeśli nasz rząd tego nie powstrzyma, to znów dojdzie do najgorszego. Pójdziemy na granice i będziemy wysypywać pszenicę z wagonów – przestrzega Sławomir Izdebski przewodniczący OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych. Komisja handlu międzynarodowego przy Parlamencie Europejskim opowiedziała się w czwartek za zdecydowanie szerszym otwarciem rynku Wspólnoty na produkty rolne z Ukrainy. To co z całą pewnością odebrano z radością w Kijowie, mocno zaniepokoiło polskich producentów i rolników. Obecne stanowisko komisji handlu PE ma zmienić zasady obowiązującej od 2016 r. unijno-ukraińskiej umowy DCFTA, która częściowo już otworzyła rynek UE na produkty z tego kraju. Częściowo, bo to porozumienie zawiera znaczące ograniczenia, które mają chronić producentów z UE przed zalewem tańszych towarów ze wschodu. Najbardziej chronionym obszarem jest rolnictwo. Dlatego w DCFTA wprowadzono kontyngenty na bezcłowy eksport ukraińskiego zboża, wieprzowiny, wołowiny czy drobiu. Jednak już we wrześniu zeszłego roku KE zaproponowała zwiększenie tego importu, teraz komisja handlu zaopiniowała je pozytywnie. Dotyczyć to ma miedzy innymi: pszenicy, kukurydzy, jęczmienia i przetworów z pomidorów.

 

* Chemicy z Rosji i Chin opracowali nową metodę odzyskiwania złota z rud, która pozwala obniżyć koszty własne metalu szlachetnego o 30-40% - poinformowała służba prasowa Narodowego Badawczego Uniwersytetu Technologicznego „MISiS”.  „Na wprowadzenie naszej technologii do produkcji wpłynie wartość uncji złota. Oczywiście istnieją bardziej wydajne technologie, przy pomocy których odzyskiwane jest niemal całe złoto z rudy, ale generują one ogromne koszty, dlatego ich stosowanie jest nieproduktywne nawet teraz. Przy pomocy naszej technologii otrzymujemy 85-90%. Jest to standardowy i najbardziej dopuszczalny wynik” – powiedział Wadim Tarasow, profesor z Narodowego Badawczego Uniwersytetu Technologicznego „MISiS”. Wbrew wielowiekowym wyobrażeniom na temat tego, jak wydobywa się złoto, dziś znaczną część tego metalu szlachetnego pozyskuje się z ziemi nie w postaci samorodków lub złotego piasku, jak miało to miejsce w XIX wieku, a w drodze chemicznego przetwarzania rud miedzi i innych, które zawierają złoto. Metal jest bezpośrednio odzyskiwany z kopalin przy użyciu wody i związku kwasu cyjanowego, który łatwo łączy się ze złotem. Ta metoda pozwala na niemal całkowite odzyskanie złota z rudy, ale proces – jak podała służba prasowa uniwersytetu – jest bardzo powolny i kosztowny. Zajmuje co najmniej 100-120 godzin, a uncja złota (30 gram metalu), pozyskana w taki sposób, kosztuje około 800 dolarów. Chemicy z rosyjskiego Narodowego Badawczego Uniwersytetu Technologicznego „MISiS” i z chińskich przedsiębiorstw górniczych opracowali nową technologię wydobycia, zmniejszającą koszty o 30-40%. Opiera się ona na zastosowaniu nie tylko związku kwasu cyjanowego do odzyskiwania złota z kopalin, ale i amoniaku. Według naukowców przyśpiesza on proces 4-8-krotnie w porównaniu z klasyczną metodą, a także ogranicza zawartość niepożądanych domieszek, tj. miedzi. Dzięki temu oszczędza się nakłady i substancje wykorzystywane podczas oddzielania złota od miedzi. Nową metodę, jak informuje służba prasowa rosyjskiego uniwersytetu, już przetestowano na jednym z złóż złota w Tadżykistanie, gdzie rudy metali szlachetnych zawierają dużą ilość miedzi. Według naukowców rosyjska technologia doskonale poradziła sobie z zadaniem oddzielenia miedzi od złota, czego nie udało się zrobić zachodnimi metodami odzyskiwania tego metalu szlachetnego z kopalin i co najmniej pięciokrotnie skróciła czas, który należy poświęcić na przetworzenie rudy. Rosyjscy naukowcy twierdzą, że tę metodę można stosować w przypadku wszystkich złóż rud w Rosji. Ponadto, jak zaznacza Tarasow, technologia może być też wykorzystana podczas „wydobywania” złota z uszkodzonej elektroniki i sprzętu komputerowego.

 

* Naukowcy ze Stanów Zjednoczonych stworzyli preparat, który zmusza komórki mięśni do spalania tyle samo tłuszczu, co intensywne ćwiczenia fizyczne, a przy tym podnosi wytrzymałość ciała o 70%, głosi artykuł opublikowany w piśmie „Cell Metabolism”.  „Uprawianie sportu uruchamia gen PPARD w komórkach mięśni, jednak nam udało się pokazać, że to samo można osiągnąć nie napinając mięśni. To oznacza, że możemy podnieść naszą wytrzymałość fizyczną do poziomu sportowca, nie podejmując żadnego wysiłku” – powiedział Weiwei Fan z Salk Institut (USA). Fan i jego zespół z Salk Institut już od kilku lat badają to, jak nasze ciało spala kalorie i staje się wytrzymalsze podczas regularnych zajęć sportowych. Naukowców interesują te geny, które zmuszają ciało do przełączenia się z wykorzystania glukozy jako podstawowego źródła energii dla mięśni na molekuły tłuszczów, zmagazynowanych w warstwie tłuszczowej oraz możliwość „włączenia” ich w przypadku braku obciążenia fizycznego. Wiodącą rolę w tym procesie odgrywają geny i związane z nimi  receptory komórkowe z klasy PPAR, kierujące metabolizmem i zmuszające je do przełączenia się z jednego typu odżywiania na inny. Ich wyłączenie lub „przymusowe” włączenie prowadzi, jak opowiadają naukowcy, do ciekawych efektów. Na przykład stała praca genu PPAR-delta zamienia myszy w prawdziwych atletów-biegaczy, którzy nigdy nie przybierają na wadze i mogą biegać na niezwykle długie odległości. Eksperymentując z myszami biolodzy stworzyli molekułę GW1516, działającą na receptory PPAR-delta w sposób analogiczny, z jednym wyjątkiem: ona normalizowała pracę insuliny i pomagała gryzoniom zrzucić wagę, ale nie zwiększała ich wytrzymałości. Próbując zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, naukowcy obserwowali życie kilku grup myszy, które karmili dużymi dozami GW1516 w ciągu jednego lub dwóch miesięcy albo zwykłym jedzeniem. Obie grupy gryzoni prowadziły „siedzący” tryb życia, nie uprawiały sportu aż do momentu, kiedy naukowcy postanowili sprawdzić ich wytrzymałość stawiając je na bieżnię. Ku zdziwieniu naukowców, podwyższone dozy GW1516 dały efekt: te gryzonie utrzymywały się na bieżni o 110 minut dłużej niż myszy z grupy kontrolnej, co świadczy o tym, że były o 70 % bardziej wytrzymałe. Próbując zrozumieć, co się dzieje, Fan i jego zespół przeanalizowali jak zmieniał się stan krwi i aktywność genów myszy podczas ćwiczeń. Okazało się, że myszy, które przyjmowały GW1516, miały zmienioną pracę około tysiąca genów, z których część nie stanowiła niespodzianki, na przykład włączenie genów odpowiadających za rozkład tłuszczów, ale inne były zaskoczeniem. Na przykład geny odpowiadające za rozkład cukru, były nieaktywne w ciele tych gryzoni, co oznaczało, że ich mięśnie nie wykorzystywały glukozy jako źródła energii. Podobny nieoczekiwany efekt, jak wyjaśniają naukowcy, wskazuje na to, że korzenie wytrzymałości skrywają się nie w spalaniu zapasów tłuszczu na brzuchu, ale w głowie człowieka i zwierzęcia. Kiedy poziom glukozy w krwi sięga pewnego poziomu krytycznego, PPAR-delta przełącza mięśnie na spalanie tłuszczów, aby zapewnić mózgowi niezbędny dla niego cukier. W rezultacie tego procesu zachodzi to, co biegacze-maratończycy nazywają „uderzeniem o ścianę”, gwałtowny spadek sił ogólnych z towarzyszącą utratą przytomności z powodu braku glukozy w mózgu. W związku z tym, imitacja tego procesu za pomocą GW1516 pozwala osiągnąć maksymalnie wysoką wytrzymałości, którą człowiek dysponowałby, jeśli jego mięśnie byłyby nastawione na spalanie tłuszczów dzięki stałym treningom i podwyższeniu aktywności PPAR-delta. Preparaty podobne do GW1516, mogą nie tylko pomóc otyłym ludziom schudnąć, ale pomogą również bardziej aktywnie zajmować się sportem, lepiej znosić fizyczne obciążenie, a to dzięki „przełączeniu” mięśni na nowy typ metabolizmu, podsumowują naukowcy. 

 

* Hormon apetytu FGF21, wydzielany wraz z komórkami wątroby okazał się związany z niepowstrzymanym pociągiem do słodkiego jedzenia: nosiciele jego zmutowanych wersji stają się łasuchami – wyjaśnili autorzy artykułu opublikowanego w „Cell Metabolism”. "W jaki sposób człowiek decyduje, co ma jeść i w jakich ilościach? Być może uczucie sytości jest produktem pracy kilku łańcuchów neuronów, kierujących spożyciem różnych typów nutrientów. Nasze odkrycie i to badanie zmusiły mnie zupełnie inaczej spojrzeć na to, jak działa metabolizm” – powiedział Matthew Gillum z Uniwersytetu Kopenhagi (Dania). Hormon FGF21 znany jest biologom od dawna. Wcześniej naukowcy uważali, że substancja wydzielana przez wątrobę w czasie posiłku pomaga ciału zmienić poziom insuliny, „przygotowując” organizm do napływu glukozy i innych ważnych elementów. Dwa lata temu Gillum i jego zespół, a także jeszcze jedna grupa naukowców odkryli jednocześnie, że wyłączenie genu związanego z produkcją FGF21, prowadzi do ciekawych skutków w organizmie myszy i małp. Zwierzęta, według Gilluma, zmieniały się w prawdziwe łasuchy i jadły słodycze praktycznie bez przerwy, nawet, jeśli były syte. Wprowadzenie hormonu do ich ciał prowadziło do odwrotnego skutku: słodycze w ogóle przestawały je interesować. W swojej nowej pracy duńscy biolodzy postanowili sprawdzić, czy FGF21 odgrywa analogiczną rolę w organizmie człowieka, w którego diecie, inaczej niż u myszy, słodycze znajdują się regularnie, czy może taka „zdolność” jest unikalną cechą zwierząt. W tym celu naukowcy przeanalizowali dane o diecie prawie 6,5 tysiąca ochotników, którzy wzięli udział w projekcie Inter99, oraz zebrali próbki ich DNA w celu porównania struktury FGF21. Jak się okazało FGF21 kieruje pociągiem do słodkiego jedzenia również u ludzi. Badaczom udało się wyodrębnić jeden wariant tego genu, rs838133, którego obecność dwóch kopii w DNA znacznie zwiększała prawdopodobieństwo tego, że człowiek jest łasuchem. Swoje wnioski naukowcy sprawdzili podczas niezwykłego eksperymentu. Zaprosili kilka „zwykłych” osób oraz łasuchów do przejścia przez prosty test na „siłę woli”, czyli do zjedzenia kilku łyżek stołowych cukru, a potem nie spożywania niczego przez 12 godzin. Podczas tej głodówki naukowcy pobierali od czasu do czasu próbki krwi i śliny ochotników, obserwując zmiany na poziomie FGF21.Jak zauważają badacze, reakcja na jedzenie cukru u obu grup ludzi była jednakowa: poziom FGF21  w ich krwi gwałtownie wzrósł, reagując na przypływ kalorii. Ale z drugiej strony, koncentracja FGF21 w krwi osób nie lubiących słodyczy była o wiele wyższa pod koniec eksperymentu niż u łasuchów. Podobne róznice mogą tłumaczyć, dlaczego ci ostatni mogą zjadać więcej cukru będąc już sytymi, niż osoby, które słodyczy nie lubią.  Co ciekawe, obecność tej mutacji w FGF21 była również związana z dwoma innymi problemami: pociągiem do alkoholu i tytoniu. Jak uważają naukowcy, tłumaczy się to tym, że FGF21 i związane z nim hormony oddziaływują na ośrodek zadowolenia w mózgu i zmieniają jego funkcjonowanie. Jak działa ten związek, Gillum i jego zespół planują wyjaśnić podczas dalszych badań z ochotnikami. 

 

* Europejscy paleogenetycy wyjaśnili, że pierwsze narody Europy pojawiły się dzięki małżeństwom między koczownikami migrantami z rosyjskich nadkaspijskich stepów i kobietami z plemion rolniczych żyjących na terytorium Europy Północnej, głosi artykuł opublikowany w piśmie „Antiquity”.  „Udało nam się po raz pierwszy połączyć dane gentyczne i informację o migracjach oraz diecie dawnych ludzi, obliczone za pomocą izotopów strontu, a także dane lingwistyczne. Pokazaliśmy, że migranci z terenów nadkaspijskich byli głównie mężczyznami, którzy brali za żony miejscowe kobiety z rodzin rolników epoki kamiennej” – powiedział Kristian Kristiansen z Uniwersytetu Gothenburga w Szwecji. Dziś lingwiści i historycy mówią o dwóch najbardziej uznanych hipotezach pochodzenia indoeuropejskiej rodziny językowej: „anatolijskiej” i „kaspijskiej”. Według pierwszej z nich, wspólny przodek indoeurojeskich języków pojawił się na terytorium dzisiejszej Turcji, w Anatolii, podczas gdy druga hipoteza jako ojczyznę tej grupy językowej podaje nadkaspijskie stepy, gdzie mieszkali przedstawiciele tzw. „kultury grobów jamowych”, plemiona koczowników – pasterzy. Ostatnie badania genetyczne przeprowadzone również na terytorium Rosji pokazują, że hipoteza kaspijska jest bliższa prawdy niż jej turecka „konkurentka”. Porównania DNA dawnych ludzi pokazują, że mieszkańcy stepów znad Morza Czarnego i Kaspijskiego szybko zastąpili mieszkańców Europy Środkowej i Północnej około 7-5 tysięcy lat temu, zakładając tzw. „kulturę ceramiki sznurowej”, której przedstawiciele uważani są dziś za pierwszych „prawdziwych” Europejczyków. Jak opowiada autor tego odkrycia, Eske Willerslev z Uniwersytetu w Kopenhadze (Dania), „byliśmy wstrząśnięci tym, jak szybko przedstawiciele kultury grobów jamowych zastąpili pierwszych rolników Europy. Ich ślady genetyczne de facto momentalnie zniknęły z puli genowej Europejczyków, a DNA migrantów zaczęło dominować. Wszystko to wskazuje na „przesiedlenia narodów” na wielką skalę, a nie na stopniową migrację poszczególnych grup tych ludzi do Europy”. Próbując zrozumieć, jak to się stało, Kristiansen, Willerslev i ich koledzy połączyli wszystkie dostępne na dzień dzisiejszy dane o tym, jak żyli i kim byli mieszkańcy Europy do i po pojawieniu się kultury ceramiki sznurowej i pierwszych „prawdziwych” Indoeuropejczyków. Kluczem do odkrycia sekretów historii pierwszych Europejczyków były dane lingwistyczne i zęby pierwszych przedstawicieli kultury ceramiki sznurowej. Lingwiści, jak opowiada Kristiansen, zwrócili uwagę na to, że wiele słów w językach współczesnych i wymarłych narodów Europy, związanych z uprawą ziemi nie jest indoeuropejskimi z pochodzenia. To świadczy o tym, że zostały zapożyczone już po tym, jak przodkowie Europejczyków przeniknęli na terytorium subkontynentu oraz, że kontaktowali się z aborygenami i żyli z nimi. A skąd tu zęby? Jak wyjaśniają naukowcy, poziom izotopów pewnych substancji, na przykład strontu, w zębowym szkliwie zależy od tego, gdzie żył posiadacz zębów w dzieciństwie. To pozwala określić ojczyznę tego człowieka, a nawet jego dietę w dzieciństwie z dużą dokładnością, ponieważ izotopy strontu w wodzie pitnej w różnych zakątkach Ziemi i azotu w różnych typach jedzenia znacznie się różnią. Przeanalizowawszy ilość strontu i azotu w zębach znalezionych w kurhanach „kultury ceremiki sznurowej” w Niemczech naukowcy odkryli, że pochowane w nich kobiety pochodziły z innych regionów, często oddalonych od kurhanu o 40-50 kilometrów, oraz, że w dzieciństwie i młodości były zupełnie inaczej karmione. To świadczy o tym, że migranci z obszarów nadkaspijskich brali za żony przedstawicielki innych plemion, pawdopodobnie żyjące w plemionach pierwszych rolników. Jak zakładają naukowcy, koczownicy mogli zarówno porywać kobiety z ich rodzin, jak i wstępować w pokojowe z nimi kontakty. Na korzyść tego przemawiają również najstarsze legendy Indoeuropejczyków, które przetrwały do naszych czasów w bajkach narodów bałtyckich, w których często mówi się o tzw. „czarnych młodzieńcach” – grupie złożonej z kilkudziesięciu młodych mężczyzn i chłopców, zwykle młodszych synów, którzy odchodzili z rodzimych plemion, aby szukać szczęścia gdzie indziej. Wszystko to, jak uważają Willerslev i jego zespół, świadczy o tym, że przedstawiciele kultury grobów jamowych szybko skolonizowali północ Europy dzięki temu, że zawierali małżeństwa z kobietami z miejscowych plemion rolniczych. Koczownicy przejmowali od aborygenów część ich rolniczych tradycji, tajniki warzenia piwa i gotowania, a przekazywali im swoją wiedzę o hodowli bydła, monogamiczne tradycje i nowe rytuały pochówku, ale także geny, które pozwoliły ich dzieciom trawić mleko.  

 

* Amerykańska korporacja Google zawarła z rosyjskimi władzami ugodę, by zamknąć zainicjowane przez Moskwę postępowania - pisze Le Figaro.Według danych francuskiej gazety korporacja nie tylko zapłaci karę grzywny, ale również pozwoli użytkownikom jej systemu operacyjnego Android na korzystanie z wyszukiwarek konkurentów. Korporacja Google zdecydowała się na ugodę z rosyjskimi władzami, zgadzając się na zapłacenie kary w wysokości ponad 7 mln euro i zapewnienie konkurentom swobodniejszego dostępu do swojego systemu operacyjnego Android, by zamknąć prowadzone przeciwko niej postępowania — podaje Le Figaro. Jak podkreśla korespondent periodyku, kara grzywny ma dla amerykańskiego giganta „stosunkowo symboliczne" znaczenie, biorąc pod uwagę jego zasoby finansowe, jednak ugoda przewiduje „poważne ustępstwa" wobec konkurentów firmy na rosyjskim rynku. A przecież przeciwko Google już zostały zainicjowane podobne procedury w innych regionach, w tym w UE.  „Znaleźliśmy równowagę między koniecznością rozwoju ekosystemu Androida i interesami innych producentów w tym, co się tyczy promocji własnych aplikacji i serwisów na urządzeniach Android" — skomentował sytuację szef Federalnej Służby Antymonopolowej Rosji Igor Artiemjew. Przedstawiciele Google z kolei oznajmili, że ugoda „odpowiada interesom wszystkich stron" — czytamy w materiale Figaro. W artykule podkreślono, że zgodnie z ugodą Google nie tylko zapłaci karę grzywny, ale również „zrzeknie się wszystkich ekskluzywnych praw" na sprzęt Android. Producenci smartfonów będą mogli instalować na nich aplikacje konkurentów, a użytkownicy — wybierać wyszukiwarkę bez przywiązania do Google — podkreśla korespondent Le Figaro. 

 

* Grafolodzy z Uniwersytetu Warszawskiego napisali opinię, z której wynika, że autorem notatek z teczki TW „Bolka” znalezionej w domu generała Kiszczaka, nie jest Lech Wałęsa. Opinia znajduje się w posiadaniu pełnomocnika Lecha Wałęsy, adwokata Jana Widackiego. Na przyszły tydzień zaplanowano konferencję prasową na ten temat. Na razie wiadomo, że autorami opinii są profesorowie Katedry Kryminalistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Podobno ich wersja jest sprzeczna z tą serwowaną przez IPN. Ich ekspertyza ma też tę przewagę, że została wykonana przez specjalistów faktycznie zawodowo zajmujących się grafologią, nie zaś – jak w przypadku ekspertyzy ipeenowskiej – przez doktorów chemii. W styczniu 2017 IPN w swoim Centrum Edukacyjnym w Warszawie na konferencji prasowej podał do ogólnej wiadomości, że z całą pewnością autorem notatek znajdujących się w teczce jest były prezydent. Tak mieli stwierdzić grafolodzy z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. Jana Sehna. Teczka znaleziona w domu generała Kiszczaka i przekazana władzy po latach przez jego żonę, miała stanowić niepodważalny dowód na współpracę Wałęsy ze Służbą Bezpieczeństwa PRL.- Wnioski są jednoznacznie i nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Zobowiązanie do współpracy zostało w całości nakreślone przez Lecha Wałęsę, podobnie jak 17 pokwitowań przyjęcia pieniędzy. 29 doniesień tajnych współpracownika zostało również nakreślonych odręcznie przez Wałęsę  – mówił Andrzej Pozorski, szef pionu śledczego IPN. — Mamy jedno doniesienie, które nie zostało sporządzone przez Lecha Wałęsę, ale na każdej stronie zostało ono podpisane przez niego. Inaczej mają twierdzić eksperci z Uniwersytetu Warszawskiego. W tamtym przypadku dobór metod badawczych leżał w gestii ekspertów sporządzających opinię. W teczce znajduje się ponad 200 stron dokumentów, śledczy związani z IPN badają je od maja 2016.  Od samego początku istnienia IPN prowadził badania nad "Solidarnością". W ramach tych badań wydaliśmy kilkadziesiąt książek, w tym ta najsłynniejsza – "Lech Wałęsa a SB". Ta książka powstała w 2008 roku, dwóch pracowników Instytutu zebrało materiały, na podstawie których okazało się, że od grudnia 1970 do czerwca 1976 Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB, donosił na swoich kolegów i brał za to pieniądze – mówił z dumą Jarosław Szarek, prezes IPN.

 

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930