Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
3823 posty 1806 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Madame la présidente?

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

PASJE LINGWISTÓW (63): Luźne dywagacje nt. rodzaju gramatycznego w języku francuskim oraz poprawności politycznej w ogóle, trochę na kanwie obecnych wyborów prezydenckich.

 

Jedną z najdziwniejszych kategorii lingwistycznych jest rodzaj gramatyczny. Występuje w większości jezyków indoeuropejskich, ale nie ma go w ormiańskim lub perskim i słabo jest zaznaczony np. w angielskim. Silnie występuje w językach semickich, w wielu rodzinach języków afrykańskich, w językach drawidyjskich, kaukaskich i w tubylczych językach Australii. Rodzajów gramatycznych nie ma jednak w językach Chin i Tybetu, w językach malajo-polinezyjskich, nie ma ich też w całej grupie turko-mongolskiej, ani w językach Indian amerykańskich. Spośród około 7000 współczesnych  języków świata jakieś 2/3 ma rodzaje, a 1/3 ich nie ma.   

Laicy, głównie rzecz jasna anglosascy, często dziwują się różnym nielogicznościom klasyfikacyjnym, jakie przy rodzajach występują bardzo często, a w atmosferze obecnej „poprawności politycznej” nabierają nowego, groteskowego znaczenia. Języki zmuszają bowiem często do dziwnych wyborów. Niewinne zdanie „Ktoś zostawił parasol” już po angielsku wymaga określenia rodzaju czyli płci tego ‘ktosia’ – „Someone left his umbrella”, ale po  francusku – „Quelqu'un a quitté son parapluie” – wcale tego nie wymaga albowiem ‘son parapluie’ oznacza zarówno „jego parasol” jak i „jej parasol”. 

To jednak nie oznacza, że Francuzi nie mają problemów z rodzajem, płcią i polityką. Podobnie jak w polskim język francuski wymaga przypisania rodzaju do każdego rzeczownika i przymiotnika. Rodzaj musi mieć nie tylko mężczyzna i kobieta, albo kura i kogut, ale również stół i krzesło lub cegła i kamień. Nie przestaje to dziwić Anglików, Chińczyków, Ormian, Turków albo Persów, którzy z naszymi językami stykają się po raz pierwszy. Cóż jest męskiego w polskim słowie ‘stół’, albo co jest żeńskiego we francuskiej ‘la table’, że tak się ten przedmiot musi nazywać?

O ile rodzaje takich słów jak stół, ręka, parasol, łyżka albo kapelusz, są arbitralne i przypadkowe, to tytuły i funkcje ważnych osób już takimi nie są:  le ministre, le général, le chef d'état, le sénateur, le magistrat…   Są to, podobnie jak w polskim, rzeczowniki rodzaju męskiego. Mamy więc swoisty wzorzec, który dla nawiedzonego lewactwa jest kamieniem obrazy. O ile niektóre ogólne określenia osób są rodzaju żeńskiego (jak choćby właśnie personne we francuskim albo ‘osoba’ w polskim) to prestiżowe funkcje i tytuły są męskie. Tak zresztą jest w ogromnej większości języków. Prezydent w ogólności to po francusku le président czyli rodzaj męski, Tylko w przypadku,  gdyby została nim Marine Le Pen – czego należy jej i sobie życzyć – na czele państwa stanęłaby we Francji la présidente.

Tradycyjne a powszechne użycie rodzaju męskiego dla określeń ogólnych sprawiło, że lewackie rządy Francji zadały sobie pytanie o polityczną poprawność takiego stanu rzeczy. W roku 1984 rząd polecił Akademii Francuskiej przyjrzeć się możliwości feminizacji niektórych tytułów. Akademia, która od 1635 roku stoi oficjalnie na straży czystości języka francuskiego odpowiedziała odmownie: „Les titres qui étaient à l'origine grammaticalement masculins ne devaient pas être donnés des versions féminines car cela pourrait entraîner des conséquences unifiées  (Tytułom. które w oryginale miały rodzaj męski nie powinno się przydawać form żeńskich, bo może to wywołać niezamierzone skutki). Akademia Francuska prawdopodobnie uznała przy tym, że zaspokoi oczekiwania lewaków* kończąc swoją opinię takim oto zdaniem: Le genre grammatical ne correspond que de manière occasionnelle au sexe biologique, mais une femme est aussi capable que l'homme d'être le président. (Rodzaj gramatyczny rzadko pokrywa się z biologicznym, ale kobieta może być prezydentem równie dobrze jak meżczyzna). Niektórzy tradycjonaliści poszli jeszcze dalej twierdząc, że la présidente  to tytuł żony prezydenta  (tak jak u nas ‘sędzina’ to żona sędziego, a nie sędzia-kobieta, co wielu ludziom się myli). Tak było rzeczywiście sto lat temu, ale dziś żona prezydenta to po francusku la première dame, czyli tak samo jak po naszemu pierwsza dama, albo po angielsku first lady. Obecnie wszystkie języki starają się to naśladować: die erste Dame, первая леди, primera dama, itp. Nawet po turecku jest to ilk bayan, po arabsku السيدة الأولى [as-saida’tul-ulaa], a po chińsku 第一夫人[dì yī fūrén].

Werdykt Akademii Francuskiej nie jest wiążący, gdyż nie może ona niczego narzucić, a już na pewno nie może wyegzekwować. Różne instancje starają się więc ten werdykt podwazyć w praktyce. W roku 1998 francuskie Zgromadzenie Narodowe zarządziło, aby tytuły odnoszące się do różnych jego funkcji i urzędów były jednak feminizowane, czyli aby mówiono la députée  (posłanka), la présidente (przewodnicząca) itp. W języku polskim nie mamy z tym żadnych kłopotów i mówimy tak od dawna, ale we Francji było to dziwaczne novum,  dla niektórych nie do przyjęcia. W roku 2014 poseł centroprawicy Julien Aubert zajął stanowisko po stronie Akademii Francuskiej a przeciwko regulaminowi parlamentu, i wielokrotnie w swoim wystąpieniu zwracał się do przewodniczącej izby, pani Sandrine Mazetier (z Partii Socjalistycznej), prowokacyjnie tytułując ją Madame le président, czyli mieszając tytuł żeński z męskim. Jak było do przewidzenia, pani Mazetier ukarała go zgodnie ze swymi uprawnieniami, urywając mu ¼ miesięcznej diety poselskiej. Prawicowy dziennik Le Figaro, który bardzo lubi takie smaczki, opublikował wtedy takie artykuły jak „Quand le ridicule tue le féminisme” (Kiedy śmieszność zabija feminizm) albo „Faut-il dissoudre l'Académie Française?” (Czy należy rozwiązać Akademię Francuską?).

Problemu nie da się bowiem rozwiązać ani uniknąć całkowicie. Akademia Francuska słusznie zwraca uwagę, że w liczbie mnogiej rodzaj męski zawsze obejmuje także rodzaj żeński i nikomu nie przeszkadza to, że pisze się tylko np. tous ceux (wszyscy ci…), bo to nie podkreśla, ani nawet nie zaznacza płci. Natomiast forma żeńska toutes celles (wszystkie te…) owszem, zaznacza ją wyraźnie. Gdyby pisać za każdym razem „toutes celles et tous ceux”, teksty francuskie napełniłyby się nieznośnym balastem, jeszcze bardziej absurdalnym i obciążającym niż powtarzany wszędzie w angielskim poprawny politycznie bełkocik „he or she”, którego – mam nadzieję – w polskim nigdy nie będziemy naśladować. Akademia Francuska przestrzegła także, aby nie posuwać się do groteskowych rozróżnień w rodzaju  „chers électeurs et chères électrices” (drodzy wyborcy i drogie wyborczynie) albo „adhérentes et adhérents” (członkinie i członkowie), które – także po francusku - brzmią i wyglądają i brzydko i głupio.

Najmądrzej zachowuje się, jak zwykle w takich przypadkach, zwyczajna opinia publiczna, która znalazła zdrowy kompromis pomiędzy praktyką z jednej strony a tradycjonalizmem Akademii z drugiej. Francuzi uznają, że w liczbie mnogiej rodzaj męski obsługuje wszystkie inne, ale co do tytułów dla poszczególnych osób starają się kazdej dogodzić takim tytułem, jaki jej odpowiada.  

Co zaś dotyczy pani Le Pen, to nie wydaje się, aby była ona najlepszym trybunem (trybunką?) sprawy feministycznej, jeśli zostanie prezydentem kraju. Wprawdzie broni ona konsekwentnie praw kobiet, ale głównie jest w tym jej sprzeciw wobec postaw muzułmańskich imigrantów, których najchętniej by się z Francji pozbyła całkowicie. Jeśli wierzyć sondażom Marine Le Pen (po)zostanie la présidente, ale tylko tak, jak dotąd – swojej własnej partii.  Klasa polityczna i siły międzynarodowe nie mogą dopuścić, aby na czele rządu we Francji stanął ktoś, kto po Brexicie dokona jeszcze i Frexitu. Czym byłaby bowiem Europa i bez Londynu i bez Paryża?  (BJ)

 

* proszę nie mylić lewactwa z lewicą, bo do lewicy to ja sam siebie też zaliczam, ale z lewactwem nie mam nic wspólnego

 

PASJE LINGWISTÓW to otwarty cykl na moim blogu, w którym zamieszczam materiały dotyczące mojej najstarszej, życiowej i zawodowej pasji: poszczególnym językom, lingwistyce porównawczej, etymologiom, nazewnictwu, itp. Dotychczas w tym cyklu na moim blogu ukazały się:

 

01.Słowianin, czyli niewolnik (17.07.2011)

02.Marek Dupnica i reszta (20.07.2011)

03.To tamten cham (13.08.2011)

04.Wymieranie języków (5.09.2011)

05.Mlaskanie w cmoku (2.10.2011)

06.Nowa liczba bestii cz.I (5.12.2011)

07.Boso, ale w liczydłach cz.II (6.12.2011)

08.Dwudziestu rudych twardzieli cz.III  (7.12.2011)

09.Baskijski ślad Atlantydy cz.IV (8.12.2011)

10.Poligloci wystąp (3.01.2012)

11.Easy or Crazy? (7.04.2012)

12.Nazwisko jak penis (30.05.2012)

13.Małpi znak (6.09.2012)

14.Na ratunek językom (24.10.2012)

15.Angielski po wikingach? (22.12.2012)

16.Conclave dla lingwisty (31.03.2013)

17.Nazwy w kosmosie (9.07.2013)

18.Kariera castellano (17.07.2013)

19.Działa nawalony (30.07.2013)

20.Vere resurrexit (9.09.2013)

21.Statystyka słownika (11.09.2013)

22.Arabski dialektycznie (1.10.2013)

23.Wredna wymowa WWW(3.10.2013)

24.Gęsi na Neonie(12.10.2013)

25.A może nowosłowiański? (23.10.2013)

26.Polska jak Szampania (1.11.2013)

27.Znać czy wiedzieć? (7.11.2013)

28.Znikający punkt styku (15.11.2013)

29.Kein Denglisch, bitte (23.11.2013)

30.O prostocie niemczyzny (19.12.2013)

31.Zrozumieć Brazylijczyka (21.12.2013)

32.Między fałszem a absurdem (29.12.2013)

33.Tykanie w językach (12.02.2014)

34.Fałszywi rosyjscy przyjaciele (19.02.2014)

35.Być albo nie być (31.03.2014)

36.Złowrogi cień Teutonów /1/ (23.03.2015)

37.Komu German bratem /2/ (24.03.2015)

38.Allemani, wszystkie chłopy /3/ (25.03.2015)

39.Niemców różnie wołają /4/ (26.03.2015)

40.O języku rumuńskim (1.04.2015)

41.Dzieci dwujęzyczne (6.05.2015)

42.Najdłuższe nazwy geo (10.06.2015)

43.Tak pisać nakazano (22.07.2015)

44.Sezon ogórkowy (29.07.2015)

45.Langue arabesque (19.08.2015)

46.Ja się deklinuję (26.08.2015)

47.Mapa językowa Europy (9.09.2015)

48.Protojęzyk zwierząt i dzieci (4.11.2015)

49.Język wedle klimatu? (2.12.2015)

50.Wszystkie imiona Brazylii (16.12.2015)

51.Wymowa łacińska (6.01.2016)

52.Oko trę (27.07.2016)

53.Książki po arabsku (10.08.2016)

54.Który najtrudniejszy? /cz.I/  (17.08.2016)

55.Który najtrudniejszy? /cz.II/ (19.08.2016)

56.Anglicy odchodzą, angielski zostaje (14.09.2016)

57.Imię indyka (17.09.2016)

58.Rdzeń piątej generacji (14.11.2016)

59.Tylko mandaryński (14.12.2016)

60.W języku biblijnym (4.01.2017)

61.Krzaczkami czy latynicą? (12.04.2017)

62.W okopach celtyckiej mowy (19.04.2017)

63.Madame la presidente? (26.04.2017)

 

KOMENTARZE

  • 5*
    "Niewinne zdanie „Ktoś zostawił parasol” już po angielsku wymaga określenia rodzaju czyli płci tego ‘ktosia’ – 'Someone left his umbrella'..."

    Nie, nie wymaga, a nawet nie jest wskazane. Normalnie mówi się "Someone left an umbrella". Używamy "his" lub "her" tylko w wypadku, kiedy wiemy z całą pewnością, że to była kobieta lub mężczyzna. Ja, widząc że mój mąż zapomniał parasola, mogę zwrócić mu uwagę, w sposób żartobliwy, używają tego właśnie zdania - "Someone left his umbrella." Normalnie powiedziałabym "You left your umbrella."

    "* proszę nie mylić lewactwa z lewicą, bo do lewicy to ja sam siebie też zaliczam, ale z lewactwem nie mam nic wspólnego"

    Myślę, że wielu piszących nie myli tylko celowo przedstawia lewicę jako tzw. "lewaków".

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930