Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
3841 postów 1811 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Trzeci, który skorzysta?

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Rosyjski analityk polityczny Rościsław Iszczenko spekuluje nt. miejsca Rosji w narastającym konflikcie między USA a Chinami.

 

Dowódca Floty Pacyfiku Stanów Zjednoczonych admirał Harry Harris oświadczył w środę, że Ameryka jest gotowa przeciwstawić się Chinom na Morzu Południowochińskim, jeśli Pekin będzie nadal rościć sobie „nieuzasadnione prawa do morskich terytoriów".

Oświadczenie padające z ust wojskowego tak wysokiej rangi to nie przelewki. Flota Pacyfiku to największe i najpotężniejsze zgrupowanie amerykańskich sił zbrojnych, integrujące trzy floty operacyjne, pięć dywizji atomowych okrętów podwodnych (38 jednostek) i dwa korpusy ekspedycyjne piechoty morskiej (o ponad 100-tysięcznej liczebności). To oświadczenie jest tym bardziej znamienne, że wybrzmiało zaraz po tym, jak prezydent elekt Donald Trump znieważył Chiny. Trump odbył rozmowę telefoniczną z prezydentem Tajwanu (który Chiny uznają za swoje terytorium), a gdy Pekin wyraził swoje oburzenie, prezydent elekt oświadczył, że nie rozumie, dlaczego USA miałyby wyznawać zasadę jednych, niepodzielnych Chin, jeśli nie udaje im się porozumieć z Państwem Środka w wielu innych kwestiach. Pod „innymi kwestiami" Trump miał na myśli plany przeniesienia amerykańskich zakładów przemysłowych z Chin do USA, a także żądania wzmocnienia juana wobec dolara.

Trump stara się wypełnić swoją przedwyborczą obietnicę i zmusić amerykański kapitał do inwestowania w swój własny kraj. Prezydent elekt chce nie tylko utworzenia w USA tysięcy miejsc pracy kosztem Chin, ale też usiłuje przywrócić Ameryce status kraju o największej wartości produkcji przemysłowej. Stąd usiłowania ściągnięcia amerykańskiego przemysłu do ojczyzny i żądania wzmocnienia juana wobec dolara, bo przecież tę produkcję trzeba potem jeszcze sprzedać. Słaby dolar sprzyja natomiast krajowym producentom-eksporterom. Oświadczenia prezydenta elekta i dowódcy Floty Pacyfiku brzmią prawie jak ultimatum. Albo Pekin „z własnej woli" zwróci Stanom Zjednoczonym przemysł i rynki albo obecne napięcie wojskowe — za sprawą USA — sięgnie zenitu.

Wiadomo już zatem, w jakich kwestiach USA będą ścierać się z Chinami. USA będą się domagać likwidacji chińskich baz wojskowych na Morzu Południowochińskim, wzmocnią swoje poparcie dla tajwańskich polityków występujących o niezależność wyspy i zwiększą pomoc wojskową dla Tajwanu. W ten sam sposób USA wesprą wszystkie kraje regionu, z którymi Pekin wiedzie terytorialne spory, tj. Malezję i Filipiny. Trump okazał się więc dla Chin tym samym, czym Clinton chciała stać się dla Rosji — prezydentem, który w imię osiągnięcia politycznych celów gotów jest zamienić język dyplomacji na szantaż militarny, doprowadzając go do tej cienkiej linii, która może ulec przerwaniu pod wpływem czegoś przypadkowego, powodując początek działań wojskowych.

Jednocześnie Chiny są sojusznikiem Rosji — może nieformalnym, ale jednak. Całkiem niedawno Pekin poparł w Radzie Bezpieczeństwa ONZ stanowisko Moskwy w sprawie Syrii. W ostatnich latach zwiększa się też skala wspólnych chińsko-rosyjskich ćwiczeń zarówno z udziałem wojsk lądowych, jak i marynarek wojennych Rosji i ChRL.

Najważniejsze jest jednak to, że bez Chin sypie się koncepcja Wielkiej Eurazji, leżąca u podstaw polityki międzynarodowej realizowanej przez Moskwę. Co więcej, ta koncepcja legnie w gruzach nawet w takim przypadku, gdy Chiny utracą status potęgi przemysłowej i możliwości handlu na skalę międzynarodową. Jeśli Stany Zjednoczone odbiorą Chinom status głównego dostawcy towarów przemysłowych do Europy, to ucierpi też na tym Rosja, tracąc rolę pośrednika w handlu międzynarodowym. W sensie gospodarczym (i wojskowo-politycznym) UE znów przeorientuje się na Amerykę. Nawet zdezawuowane dziś przez Trumpa projekty Transatlantyckiego Partnerstwa w dziedzinie Handlu i Inwestycji oraz Partnerstwa Transpacyficznego mogą znów zyskać na aktualności.

Ogółem mówiąc, wszystko to, co przegrali globaliści w otwartym pojedynku z Rosją, Trump może odegrać, dokonując manewru — przenosząc uderzenie z Rosji (której nie udało się powalić) na Chiny, których potęga wojskowa przedstawia się znacznie słabiej niż rosyjska. Jeśli Chiny odrzucą ultimatum Trumpa (a tak się najprawdopodobniej stanie), Pekin będzie liczyć na rosyjskie wsparcie. A przy tym Trump jest wyraźnie gotów do ustępstw wobec Rosji w Syrii i w Europie. Dlaczego ma nie ustąpić dziś, jeśli jutro (po zwycięstwie nad Chinami) zamierza to odegrać? 

Niełatwo będzie dogadywać się z Waszyngtonem na Zachodzie, a jednocześnie wspierać jego oponenta na Wschodzie. Mając na uwadze tradycje dyplomatyczne USA, można prognozować, że Amerykanie włożą wszystkie problemy do jednego worka i uzależnią kompromis z Rosją w kwestii Syrii, Ukrainy i UE od neutralnej pozycji Moskwy w ich sporze z Pekinem. A taki obrót sprawy jest dla Rosji nie do przyjęcia, bo w przypadku zwycięstwa Stanów Zjednoczonych, Moskwa przegra wszystkie pozycje, jakie zawojowała w ciągu ostatnich piętnastu lat. Natomiast jeśli Pekin wygra z USA w samodzielnej walce, to nie tylko bardzo się wzmocni, ale też odrzuci Rosję jako przyjaciela, a nawet będzie usiłował jej kosztem wyrównać straty poniesione w starciu z USA. Jedynym dopuszczalnym dla Rosji wariantem wschodniej strategii jest zorganizowanie trójstronnych (Moskwa-Pekin-Waszyngton) rozmów. Partnerzy nie będą na pewno zachwyceni próbami Rosji wdarcia się do ich sporu, ale Moskwa może jak najbardziej zachować się po amerykańsku. Jako że potencjalny konflikt na Pacyfiku bezpośrednio zagraża rosyjskim granicom, Moskwa może w pełni logicznie wystąpić z propozycją demilitaryzacji regionu.

Główne siły rosyjskiej Floty Oceanu Spokojnego tak czy inaczej rozmieszczone są u rosyjskich wybrzeży. Rosja nie posiada baz poza granicami Władywostoku, Kurylów i Kamczatki. Aby skutecznie bronić swojego trerytorium Chiny muszą kontrolować oblewające je morza. W tym właśnie celu Pekin buduje bazy. Można więc porozumieć się tak, by Chiny zrezygnowały z budowy nowych baz i zamroziły budowę tych niedokończonych. USA mogłyby natomiast, w ramach działań mających na celu zwiększenie zaufania, odwołać swoje floty operacyjne stacjonujące na Pacyfiku. Bazy na Hawajach i Alasce są wystarczającą gwarancją bezpieczeństwa kontynentalnej części Ameryki. Osiągnięcie porozumienie na takich warunkach jest praktycznie niemożliwe. Jednak porozumienie nie jest rzeczą zasadniczą. Ważne są rozmowy, przeciągające się rozmowy.

Najbardziej musi się śpieszyć Trump, który już w 2019 roku musi przedstawić wyborcom cząstkowe wyniki swojej pracy. Chiny też muszą jak najszybciej rozwiązać sobie ręce.  Regionalny kryzys blokuje wszystkie ich zasoby i przeszkadza w prowadzeniu aktywnej polityki na innych kierunkach. Rosji natomiast sprzyjają przeciągające się rozmowy, bo rozwiązują jej ręce na Zachodzie. Potem już będzie mogła skoncentrować zwolnione zasoby na kierunku wschodnim. Ponadto, sam fakt, że Waszyngton zgodzi się na rozmowy w sprawie zmniejszenia obecności wojskowej w regionie wzmocni pozycje Moskwy w jej sporze terytorialnym z Tokio. Japonia będzie musiała mieć na uwadze to, że kwestia wyprowadzenia amerykańskich baz z jej terytorium, którą stara się dziś wykorzystać w sporach wokół Południowych Kurylów, może zostać rozwiązana bez jej udziału — w bezpośrednich rozmowach między Rosją i USA. Rosji potrzeba dziś na Dalekim Wschodzie czegoś w rodzaju „procesu mińskiego", żeby zyskać na czasie, a to dlatego, że każde gwałtowne działanie pogorszy sytuację, a przeciąganie w czasie zwiększa pole manewrów i możliwych do podjęcia decyzji.    

 

KOMENTARZE

  • balans
    „Trump stara się wypełnić swoją przedwyborczą obietnicę i zmusić amerykański kapitał do inwestowania w swój własny kraj. Prezydent elekt chce nie tylko utworzenia w USA tysięcy miejsc pracy kosztem Chin.”

    Ten balans pomiędzy inwestycją i produkcją ma szansę się trochę wyrównać za prezydentury Trumpa, który notorycznie posługuje się doktryną „win-win”. Dotychczas Amerykanie inwestowali w Azję, a w Azji produkowano. Po wyborze Trumpa, Japoński bilioner zdecydował zainwestować $50 miliardów w USA (http://www.forbes.com/themacallan/worlds-together/#7a9260d51542).
    Każdy Chińczyk (i Polak) również będzie miał taką szansę, rezygnując z mozolnej produkcji we własnym kraju.
    Tylko że … UWAGA! Hillary Rodham Rosenberg Clinton i Obama uruchomili wszystkie opcje, aby Donald Trump nie był prezydentem USA po 19-tym grudnia!
    Obama wręcz obiecał dzisiaj wojnę nuklearną z Rosją … tóż po własnym wyjeździe na Hawaje. Z rodziną, oczywiście.
  • usa
    Amerykanie nie wygrali wojny w Wietnamie, a dziś chcą wygrać z Chinami?
    W konwencjonalnej przegrają sromotnie, po nuklearnej może została by tylko Alaska.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930