Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
4573 posty 2072 komentarze

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Piątek, 7 października 2016

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

ACTA DIURNA (970) Zapraszam na kolejny serwis aktualnych informacji i komentarzy ze świata: wojna w Syrii i Iraku, wybory w Ameryce, nagonka na Rosję, etc.

 

* Trump wychodzi na prowadzenie! Republikański kandydat na prezydenta USA Donald Trump uzyskał 2 punkty procentowe przewagi nad kandydatką Demokratów Hillary Clinton – wynika z sondażu przeprowadzonego przez firmę Rasmussen Reports. Na kandydata Republikanów chce głosować 43% badanych, podczas gdy kandydatka Demokratów może liczyć na 41% respondentów. W badaniu Rasmussen Reports, które przeprowadzono po debacie kandydatów na wiceprezydenta USA, uczestniczyło 1000 Amerykanów. Tymczasem w połowie sierpnia Trump mógł liczyć na 39% głosów, a Clinton na 41%. Debata kandydatów na wiceprezydenta odbyła się we wtorek na Uniwersytecie Longwood w Wirginii. W telewizyjnym pojedynku zmierzyli się Demokrata, senator z Wirginii Tim Kaine i Republikanin, konserwatywny gubernator stanu Iowa Mike Pence. Po debacie Donald Trump oświadczył, że Pence odniósł zdecydowane zwycięstwo. Podobnego zdania jest telewizja CNN. Według stacji, na Republikanów postawiło 48% badanych, a na Demokratów – 42%. Wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych odbędą się 8 listopada.

 

* Szybkimi krokami zbliża się ofensywa armii irackiej na Mosul, dwumilionowe miasto w północnym Iraku, będące dziś ważną twierdzą terrorystów. Zwycięstwo jest w zasięgu ręki,  jesteśmy blisko was i wy jesteście blisko nas. – obwieścił 4 października w radiowym przemówieniu do ludności Mosulu iracki premier Hajder al-Abadi. Po raz pierwszy zwrócił się bezpośrednio do mieszkańców tego miasta, znajdującego się od ponad dwóch lat pod okupacją zbrojnych band tzw. „Państwa Islamskiego”. Wezwał ich do współpracy z armią, gdy ta wkroczy do Mosulu. W mediach pojawiają się sprzeczne doniesienia co do terminu natarcia. Jak twierdzi cytowany przez „Financial Times” Michael Fallon, brytyjski minister obrony, odpowiednie porozumienia militarne pomiędzy ugrupowaniami przygotowanymi do ataku na miasto zostały już zawarte w ostatniej dekadzie września. Turecki prezydent Recep Erdoğan ogłosił, że ofensywa ruszy 19 października. Z kolei wielu komentatorów twierdzi, że USA wywierają naciski w sprawie daty natarcia, chcąc cynicznie wykorzystać je na potrzeby bieżącej polityki, i dlatego nastąpi ono przed 8 listopada, dniem wyborów prezydenckich – sukcesy, nawet początkowe, w wyzwalaniu Mosulu mogłyby przysporzyć głosów Hillary Clinton wspieranej w kampanii wyborczej przez Baracka Obamę. Jak wynika z ocen wojskowych, zdobycie Mosulu nie powinno przedstawiać wielkiej trudności. Miasta bronią ok. 2-3 tysiące dżihadystów. Uderzenie Irakijczyków ma wyjść z miasta Kajara, położonego ok. 60 kilometrów na południe od Mosulu. Północne rubieże Mosulu kontrolują siły kurdyjskich peszmergów w liczbie ok. 7.000 bojowników, zaś linię Eufratu na zachodzie – siły ludowej milicji złożone z irackich szyitów, chrześcijan i sunnitów.  Terrorystom pozostają więc szlaki odwrotu na wschód, do Syrii, nad którymi operują siły powietrzne tzw. „międzynarodowej koalicji” pod wodzą USA. Taki też może być cel decydentów z Białego Domu i Pentagonu: przemieszczenie resztek dżihadystów z Iraku do Syrii, gdzie jeszcze będzie się dało użyć ich przeciwko syryjskiej armii i władzom w Damaszku. W Iraku działa również obecnie 60 polskich żołnierzy sił specjalnych. Służą oni jako doradcy wojskowi przy irackiej armii i prawdopodobnie nie wezmą bezpośredniego udziału w szturmie na Mosul.

 

* Syryjskiego kryzysu nie da się rozwiązać bez udziału Rosji, oświadczył były minister obrony Francji, prezydent regionu Normandii Hervé Morin. „Nie wierzę, że można zbudować pokojową przyszłość bez Rosji. Mówiłem o tym będąc parlamentarzystą i mówię o tym za każdym razem, gdy stoję przed kamerami telewizyjnymi”, — powiedział były minister podczas spotkania z przewodniczącym Komitetu Spraw Zagranicznych Rady Federacji Konstantinem Kosaczewem. Według niego „kwestia walki z terroryzmem, stabilizacja sytuacji w Iraku, uregulowanie procesu politycznego w Syrii nie może odbywać się bez udziału Rosji”. „Francja to doskonale rozumie i dlatego też minister spraw zagranicznych Francji wczoraj odwiedził Rosję. Oczywiście to wszystko nie może odbywać się bez udziału Rosji, a także nie może odbywać się bez udziału Francji”, — podkreślił Morin. Konflikt zbrojny w Syrii trwa od marca 2011 roku. W jej wyniku, według danych ONZ, zginęło ponad 220 tysięcy osób.

 

* Wizyta specjalnego wysłannika ONZ Staffana de Mistury w stolicy Syrii, Damaszku, nie jest możliwa w obecnej sytuacji – powiedział syryjski minister informacji Mohammed Ramiz Turdżuman. Wizyta de Mistury jest związana z sytuacją międzynarodową. Podniesiono szum informacyjny wokół sytuacji w Syrii. Obecnie ma miejsce ostra konfrontacja poglądów między Moskwą a Waszyngtonem. Moim zdaniem de Mistura nie może przyjechać do Syrii w takich okolicznościach – powiedział Turdżuman w wywiadzie dla agencji Sputnik. — Uważam za niemożliwą wizytę de Mistury w Damaszku w najbliższych tygodniach – dodał syryjski minister.

 

* Rosja i USA nie zdołają osiągnąć przełomowego porozumienia ws. Syrii do zakończenia kampanii wyborczej w Ameryce – uważa szef Komitetu Międzynarodowego Rady Federacji Konstantin Kosaczew. Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow i sekretarz stanu USA John Kerry w trakcie rozmów wielokrotnie znajdowali wspólną płaszczyznę porozumienia w sprawie Syrii. Ale jak tylko Kerry zabierał się do realizacji zawartych porozumień, z Waszyngtonu napływały jakieś zmiany lub wyznania, że porozumienia nie są realizowane, twierdzi Kosaczew. W wyniku Rosja raz za razem ma do czynienia z sytuacją, gdy amerykańskie gałęzie władzy i agencje mają różne przepisy na rozwiązanie syryjskiego kryzysu. Swoją opinią na temat tego, dlaczego amerykańska administracja nie może skoordynować swego stanowiska podzielił się w wywiadzie ze Sputnikiem politolog, publicysta czasopisma „Ekspert” Kework Mirzojan. Problem polega na tym, że Pentagon uważa prezydenta Obamę za słabeusza, twierdząc, że nie może on podejmować trudnych decyzji. W wyniku stale wycofuje się, co szkodzi interesom Stanów Zjednoczonych. Pentagon już od dawna domaga się od Obamy rozpoczęcia operacji wojskowej w Syrii, podczas gdy politycy doskonale zdają siebie sprawę z całego awanturnictwa i niebezpiecznych konsekwencji takich działań.  Natarczywość wojskowych w zasadzie doprowadziła do konfliktu z Białym Domem. Tak poważnego, że Obama nawet zakazał, by wspominano w jego obecności o możliwości wojny w Syrii. Ale teraz Pentagon czuje, że Obama jest słaby, że o niczym nie decyduje, i próbuje coś robić za jego plecami. Na obecnym etapie syryjskiego konfliktu za rozmowami z Rosją aktywnie opowiada się sekretarz stanu Kerry, który włożył w to niemało starań, a Obama go popiera. Ale w wyniku końcowym wszystkie zawarte z takim trudem porozumienia spaliły na panewce, bo administracja Obamy obecnie, niestety, nie kontroluje resortów siłowych i swoich sojuszników. Dlatego okazuje się, że aktualnie nie ma sensu dogadywać się z obecną amerykańską administracją. Nie dlatego, że mamy zły stosunek do USA, a dlatego, iż w tej rzeczywistości Amerykanie nie są w stanie realizować ustaleń. Czy taka sytuacja nie doprowadzi jednak do całkowitego braku zrozumienia między stronami i wdrożenia przez Pentagon  tzw. „planu B” w sprawie Syrii. Pod pojęciem „plan B”, jak wiadomo, kryją się naloty na pozycje wojsk syryjskich. I zbombardowanie pozycji armii Asada pod Dajr az-Zaur na tle takich wiadomości wydają się być debiutem, choć USA nadal uparcie zapewniają, iż był to „przypadkowy błąd”. Wielu analityków zwraca uwagę na to, że Pentagon dopuszcza i analizuje tzw. „eskalację na rzecz deeskalacji”. Tak, u zbyt wielu w Pentagonie w tej sytuacji swędzą ręce, by przejść do militarnego rozwiązania konfliktu. Dlatego niebezpieczeństwo eskalacji jest rzeczywiście bardzo duże, — ocenił Kework Mirzojan. – Prezydent Putin dał do zrozumienia plutonowym „ultimatum”, że należy w jakiś sposób pohamować histerię i odczekać jakiś czas. Przecież jeśli Amerykanie mimo wszystko zaryzykują naloty na pozycje wojsk syryjskich, m.in. na bazę Hmeimim, gdzie gwarancja, że nie zestrzelą rosyjskiego samolotu? A w odpowiedzi nie zostanie zestrzelony amerykański? Ale jeśli konflikt dwóch mocarstw jądrowych przynajmniej w pewnym stopniu urośnie do poziomu kryzysu kubańskiego, nie sądzę, by europejscy sojusznicy poparli siłowe rozwiązanie Amerykanów. Prawdopodobnie będą mówić, że USA są same sobie winne, że dążyły do eskalacji sytuacji, bo nikt nie chce żyć w świecie, w którym dochodzi do tak ostrej konfrontacji dwóch mocarstw jądrowych. Ale przejście do nowej rundy negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi obecnie nie ma sensu. I, pomimo rozgoryczenia z powodu zerwania rozejmu, w tym, że USA na tym etapie wycofały się z negocjacji, można znaleźć coś pozytywnego. Szansa powrotu do jakiegoś przełomowego rozwiązania syryjskiego konfliktu może pojawić się za nowej administracji Białego Domu. Być może ten optymizm jest nadmierny, bo i Clinton, i Trump różnią się bardzo restrykcyjnym podejściem do polityki zagranicznej. Ale następcy Obamy, niezależnie od tego, kto nim zostanie, łatwiej będzie coś zmienić w kwestii syryjskiej, twierdzi Mirzojan. Czy będzie to Clinton, a może Trump – dla Rosji nie ma to zbytniego znaczenia. Najważniejsze, że pojawią się nowi ludzie, który będą nie tylko podejmować, ale i realizować swoje decyzje. Nie demonizowałbym zbyt mocno Hillary Clinton. Ma ona swoje zdanie i ostry punt widzenia na sytuację. Ale kiedy dojdzie do władzy, może zmienić go na bardziej zdroworozsądkowy. Odpowiednio, wraz ze zmianą władz, Pentagon też może zmienić swoją wojującą pozycję. Wówczas będzie nam łatwiej znowu wrócić do dialogu, bo osobiście widzę, że Rosja i USA w Syrii mają wspólny interes: zakończyć wojnę domową. Oczywiste jest to, że każdy na swoich warunkach. Ale wiadomo jedno: ani Rosja, ani Stany Zjednoczone nie chcą bardziej angażować się w syryjską wojnę, chcą stamtąd wycofać się. Przecież każdego kolejnego miesiąca zaangażowania Amerykanów w syryjski konflikt, USA tylko przegrywają i bardzo szkodzą swojemu wizerunkowi. Nie wiedzą więcej, na kim mogą polegać, dlatego we wspólnych interesach Rosji i USA leży kompromis w Syrii, podsumował  Kework Mirzojan.

 

* W ciągu ostatnich 15 lat Waszyngton raz za razem powtarza ten sam błąd, wywołując wojny, z których każda rodzi nienawiść do USA – pisze „American Conservative”. Skala niepowodzeń amerykańskiej polityki zagranicznej zapiera dech. Lotnictwo tego kraju bombarduje cele, powodując tysiące ofiar wśród cywilów i uczestników misji humanitarnych. I niech nawet niektóre ataki przynoszą Stanom Zjednoczonym taktyczne korzyści, na ogół jednak rodzą nienawiść do Waszyngtonu, a sukces jest nieznaczny w porównaniu do rozmiarów strategicznych porażek. Rezultaty wykorzystania amerykańskiej siły militarnej na świecie w ciągu ostatnich 15 lat można nazwać rozczarowującymi, twierdzi „American Conservative”. Z powodu USA Irak stracił swój regionalny status i zamienił się w fabrykę terrorystów. Afganistan stał się magnesem przyciągającym ekstremistów, a Libia – trampoliną Państwa Islamskiego. Al-Kaida przekształciła się w międzynarodową „agencję” po tym, jak amerykańska inwazja na Irak przyczyniła się do powstania ISIS. Operacje wojskowe w Pakistanie, Jemenie, Somalii i w innych krajach przyniosły jedynie ludności cywilnej cierpienie.  Jak pisze „American Conservative”, 15 lat wojen osłabiły tylko armię amerykańską. – Siły Powietrzne USA stale przeprowadzają loty bojowe, dostarczają ładunki i bombardują w trybie non-stop. W wyniku okres eksploatacji samolotów kurczy się gwałtownie, koszt utrzymania zwiększa się, a zapasy bomb i rakiet wyczerpują się — ocenia pismo. Amerykańskie siły lądowe i Korpus Piechoty Morskiej pokonują tysiące mil, zużywając zasoby wojskowe (czołgi, pojazdy opancerzone) oraz niezliczoną ilość uzbrojenia. W Stanach Zjednoczonych wychowano całe pokolenia dowódców i żołnierzy, które mogą stawić opór jedynie nielicznym siłom rebeliantów. Tymczasem armia amerykańska jest bezsilna w obliczu wroga wyposażonego w nowoczesną broń, ocenia „American Conservative”.

 

* Broń precyzyjna dalekiego zasięgu, uzbrojenie i sprzęt wojskowy udowodniły swoją skuteczność podczas operacji Sił Powietrzno-Kosmicznych Rosji w Syrii, gdzie udało się stabilizować sytuację i wyprzeć bojowników ze znacznej części terytorium – poinformował rosyjski minister obrony gen. Siergiej Szojgu. Minął rok od czasu, gdy nasze siły zbrojne wypełniają zadania bojowe w Syryjskiej Republice Arabskiej. W tym czasie udało się stabilizować sytuację w kraju, wyprzeć ze znacznej części terytorium grupy zbrojne międzynarodowych terrorystów, zorganizować pracę rosyjskiego Centrum Pojednania Stron Konfliktu – wyliczył minister w czwartek na konferencji wojskowo-technicznej poświęconej uzbrojeniu w uwzględnieniem doświadczenia zdobytego w Syrii. Szojgu przypomniał, że „podczas operacji Siły Powietrzno-Kosmiczne bombardowały miejsca koncentracji bojowników i ich infrastrukturę, dostarczały pomoc humanitarną Syryjczykom i rozwiązywały inne, nie mniej ważne zadania”. Zdobyto praktyczne doświadczenie strzelania z broni precyzyjnej dalekiego zasięgu z okrętów nawodnych i łodzi podwodnych w basenie Morza Kaspijskiego i Morza Śródziemnego. Samoloty lotnictwa strategicznego w realnych warunkach bojowych po raz pierwszy użyły nowych pocisków X-101 o zasięgu do 4,5 tys. km – powiedział Szojgu. — Wiele nowoczesnych modeli rodzimej broni przeszło testy w trudnych warunkach pustynnych i ogólnie wykazało się niezawodnością oraz skutecznością – ocenił minister. Podkreślił, że „aktualnie przedsiębiorstwa kompleksu zbrojeniowego tworzą broń perspektywiczną, która trafi na wyposażenie wojsk w najbliższym czasie”. – Ważne, aby podczas opracowywania nowych modeli oraz eksploatacji posiadanego sprzętu uwzględniano doświadczenie syryjskie – dodał. Szojgu powiedział też, że na konferencji byli obecni szefowie przedsiębiorstw i organizacji przemysłu obronnego oraz przedstawiciele Ministerstwa Obrony, którzy uczestniczyli w użyciu w warunkach bojowych uzbrojenia i sprzętu wojskowego. – Podczas prac wysłuchamy ich opinii, omówimy problematyczne kwestie eksploatacji, obsługi i serwisu naszej broni w Syrii – zapewnił Szojgu. Minister wyjaśnił, że wojskowi i przedsiębiorcy będą musieli określić zakres doskonalenia najnowszych modeli uzbrojenia. – Mam nadzieję, że dialog będzie produktywny i pozwoli na podjęcie skutecznych oraz skoordynowanych decyzji, które legną u podstaw priorytetowych kierunków rozwoju środków walki zbrojnej – powiedział rosyjski generał.

 

* Jak  donosi agencja France Press, wczesnym rankiem w poniedziałek talibowie podjęli szturm na Kunduz, miasto położone w północnej części Afganistanu. Zdaniem rzecznika prowincji Mahmuda Danisza atak został odparty, jednakże według lokalnej policji bojownicy mieli wtargnąć do miasta z czterech kierunków i przejąć kontrolę nad centralnym dystryktem. Gdy policja i wojsko toczą walki, ludność cywilna masowo ucieka z terenu miejscowości.Miasto jest w stanie odbudowy po zeszłorocznych walkach, w których talibom udało się na przeszło dwa tygodnie uzyskać kontrolę nad miastem. Jedynie dzięki amerykańskim bombardowaniom siłom rządowym udało się odbić miasto. To właśnie w tych okolicznościach doszło do zniszczenia szpitala Lekarzy bez Granic, w którym zginęły 42 osoby. Miało to miejsce 3 października 2015 roku i jak zauważyli obserwatorzy, była to pierwsza w historii sytuacja, kiedy to pokojowy noblista zbombardował innych pokojowych noblistów.

 

* Operacja „Enduring Freedom” rozpoczęta przez USA w Afganistanie 15 lat temu poniosła klęskę - ruch „Taliban” ma się bardzo dobrze, a produkcja opium kwitnie jak nigdy przedtem, powiedział RIA Novosti ekspert do spraw międzynarodowych, redaktor naczelny magazynu "Politics First" Marcus Papadopoulos. „15 lat po rozpoczęciu amerykańskiej operacji w Afganistanie jest oczywistym, że cele misji nie zostały osiągnięte. W rzeczywistości Stany Zjednoczone poniosły klęskę. Jednak (pozostaje) pytanie, czy Amerykanie byli szczerzy w stosunku do deklarowanych celów?” — stawia pytanie ekspert. Według niego „po pierwsze, ruch «Taliban» nie został zniszczony i nadal okupuje duże terytorium w Afganistanie”. „Co więcej, «Taliban» ma potencjał, aby dokonać potwornych i śmiercionośnych ataków na siły NATO oraz afgańskiego rządu w rejonach, które Amerykanie uważają za bezpieczne, w tym także w Kabulu” — uważa Papadopoulos. Po drugie, jak podkreśla, „według danych ONZ handel opium w Afganistanie nie spadł, lecz wzrósł, bijąc rekord z 2014 roku”. Według niego oficjalna polityka USA „walki z «Talibanem» i handlem opium w Afganistanie jest bardzo niejednoznaczna”. Ekspert zauważył, że ruch „Taliban” został stworzony przez Pakistan, bardzo bliskiego przyjaciela Stanów Zjednoczonych, i wielu jego bojowników wyszkolił oraz wyposażył Waszyngton do walki z radzieckimi wojskami w Afganistanie w latach 80.”. „W 15. rocznicę operacji «Enduring Freedom» jest oczywistym, że Afganistan nie jest wolny ani od talibów, ani od handlu opium. Zamiast tego talibowie mają się bardzo dobrze, a produkcja opium rozkwita jak nigdy przedtem. Jednak żadna z tych rzeczy nie powinna nikogo zaskakiwać, biorąc pod uwagę fakt, że Stany Zjednoczone wykazują solidną obecność w Afganistanie dzisiaj i mieli ją w ciągu ostatnich 15 lat” — powiedział ekspert. Operacja wojskowa USA i ich sojuszników w Afganistanie rozpoczęła się 7 października 2001 roku. Odbywała się w ramach operacji „Trwała Wolność” (Enduring Freedom) rozpoczętej w odpowiedzi na ataki terrorystyczne z 11 września 2001 roku. Powodem do wprowadzenia wojsk USA i Wielkiej Brytanii do Afganistanu była rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 1368 z dnia 12 września 2001 roku. Oprócz tego do działań antyterrorystycznych w Afganistanie został włączony kontyngent Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa w Afganistanie (International Security Assistance Force — ISAF) pod dowództwem przedstawicieli NATO, działający zgodnie z rezolucją numer 1386 Rady Bezpieczeństwa ONZ z dnia 20 grudnia 2001 roku. Głównymi zadaniami obu kontyngentów, według ich kierownictwa, jest wyszukiwanie i likwidacja bojowników afgańskiego ruchu ekstremistycznego „Taliban” oraz międzynarodowej grupy terrorystycznej „Al-Kaida”.

 

* Rosja odzyskuje swoją pozycję lidera w eksporcie zboża na światowe rynki, pisze Bloomberg. W kraju obserwujemy „rolniczy renesans” a na czele boomu rolnego jest pszenica, zaznacza agencja. W ciągu ostatnich kilku lat rolnikowi z Kraju Krasnodarskiego Andriejowi Burdinowi udało się niemal potroić wielkość zbiorów i powiększyć swoje gospodarstwo. Szybujące ze sprzedaży zboża zyski inwestuje on  w rozwój biznesu: na wiosnę rolnik planuje sprawić sobie nowy samobieżny opryskiwacz John Deere wart około 20 milionów rubli. „Wcześniej ludzie żyli z dnia na dzień, a teraz już myślimy o przyszłości”, — powiedział rolnik w wywiadzie dla agencji. Sukcesy Burdina i innych rosyjskich rolników dały impuls dla „boomu eksportowego”, który w przyszłości zrobi z Rosji głównego gracza na jednym z najważniejszych rynków żywnościowych. Potencjał eksportowy rośnie nie tylko wśród rolników z Kraju Krasnodarskiego — pewni siebie czują się producenci pszenicy na Powołżu i w niektórych regionach Syberii. Ich aktywność uwarunkowana jest wysokim urodzajem w ostatnich latach i spadkiem kursu rubla w stosunku do dolara, dodaje Bloomberg. Czynniki te kierują rosyjskich producentów na rynki, gdzie wcześniej dominowali zachodni gracze. „Rosja na długo weszła do piątki największych eksporterów, a potencjalnie produktywność będzie tylko rosnąć. Reszta będzie musiała dobrze się postarać, aby utrzymać swoje tradycyjne rynki”, — uważa dyrektor generalny firmy konsultingowej Market Check Tom Basnett. W rozwój rosyjskiego sektora rolnego już teraz gotowi są inwestować światowi giganci spożywczy — firmy Olam International Ltd, Cargill Inc i Glencore Plc. Naukowcy z Kansas State University tłumaczą atrakcyjność inwestycyjną Rosji wysoką płodnością lokalnej gleby, a także bliskością portów czarnomorskich, co pozwala rosyjskim firmom tracić na logistykę mniej niż główni dostawcy na rynki Bliskiego Wschodu.

 

* Rosyjskie rolnictwo przeżywa bezprecedensowy rozkwit - pisze niemieckie czasopismo "Der Spiegel". Po rozpadzie Związku Radzieckiego pola uprawne w Rosji zostały porzucone, inwestorzy unikali wiązania się z sektorem rolnym, preferując branżę surowcową. Od 1992 roku Rosja straciła około 35 mln ha pól uprawnych, co odpowiada powierzchni Niemiec — podkreślono w artykule. Jednak w 2014 roku sytuacja się zmieniła. „Ostatnio udział rolnictwa w rosyjskiej gospodarce wzrósł bez względu na tendencję światową. W ubiegłym roku Rosja po raz pierwszy zarobiła na eksporcie rolnym więcej niż na sprzedaży broni" — pisze periodyk.  Jedną z przyczyn takiego boomu jest embargo na dostawy żywności z Europy. Jednocześnie największe wskaźniki pokazują poszczególne sfery rolnictwa, które już od dawna są obecne na rynkach światowych. Plony zbóż wykazują wzrost jeszcze od 2010 roku, a w 2015 roku Rosja zebrała więcej pszenicy niż USA. W tym roku plony zboża pobiły rekord — co najmniej 110 mln ton. Siłą napędową nadal są duże holdingi rolne. Na konkurencyjność rosyjskich towarów pozytywnie wpływa niski kurs rubla, sprzyjający wysokiemu popytowi na zboże, a także drób.  Jednocześnie pomimo braku europejskiej konkurencji produkcja warzyw w Rosji na razie wzrosła nieznacznie: z 14,7 mln ton w 2013 roku do 16,1 w 2015 — czytamy w artykule.  Problematycznym obszarem na razie nadal jest rynek mleka, który już od wielu lat przeżywa kryzys — pisze "Der Spiegel". Według szacunków ekspertów rosyjscy producenci będą potrzebowali 8-10 lat, aby wejść na poziom międzynarodowy. Jednocześnie wskazanym jest, żeby rząd nie znosił embarga, w przeciwnym razie zagraniczna konkurencja będzie zbyt duża — podkreślono w artykule. 

 

* W bajkę o rosyjskiej agresji w Europie wierzy coraz mniej ludzi. Świadczy o tym to, że wiele krajów sprzeciwiało się przedłużeniu antyrosyjskich sankcji – powiedział szef komisji ds. polityki zagranicznej w Radzie Federacji Konstantin Kosaczew. Zgodnie z oczekiwaniami Rada UE oficjalnie przedłużyła sankcje gospodarcze wobec Rosji do 31 stycznia 2017 roku. Interesujący jest nie sam fakt, który stał się rutyną, a to, co go poprzedzało. A mianowicie rosnący wewnętrzny sprzeciw wobec sankcji – powiedział rosyjski polityk. Według jego słów, w UE „króluje „sowiecka” dyscyplina”: nawet niezadowoleni posłusznie głosują „jak trzeba”. – Taka jest europejska wartość, która, moim zdaniem, w dużej mierze przyczyniła się do Brexitu: dyktat Brukseli i demonstracyjna jedność wcale nie podoba się wszystkim – podkreślił Kosaczew. Senator przypomniał, że w kwietniu Zgromadzenie Narodowe Francji apelowało do zniesienia sankcji wobec Rosji. A 8 czerwca Senat (izba wyższa francuskiego parlamentu) przyjął rezolucję wzywającą do stopniowego łagodzenia sankcji. – Takie sygnały napływają z różnych miejsc, co świadczy o tym, że coraz trudniej jest demonstrować jedność na pokaz – ocenił rosyjski polityk. Przywiązanie do porozumień mińskich zmusza Europejczyków do zwracania większej uwagi na Kijów, od którego w dużej mierze zależy realizacja mapy drogowej Mińska. – Od samego początku było zrozumiałe, że dopóki sankcje były ważne, by zademonstrować determinację Europejczyków, można było obłudnie wskazywać na Moskwę, której w ogóle nie ma w tych porozumieniach – podkreślił Kosaczew. — Ale teraz, kiedy sankcje zaczynają wszystkim przeszkadzać, chcąc czy nie chcąc, trzeba naciskać na Ukrainę, by osiągnąć przynajmniej pewien postęp, bez którego oficjalnie nie można zrezygnować z restrykcji gospodarczych – powiedział rosyjski polityk. – Najwidoczniej cierpliwość Europejczyków ma swoje granice. W bajkę o rosyjskiej agresji wierzy coraz mniej ludzi, bo rzeczywistość jest inna – dodał. Proces miński jest o kryzysie wewnętrznym na Ukrainie. Zakłada on – jak podkreślił Kosaczew — dialog między Kijowem a Donieckiem i Ługańskiem. – Albo będzie, albo lepiej sankcje od razu wprowadzić jako bezterminowe, by niepotrzebnie, po raz kolejny, nie spotykali się w styczniu szanowani ludzie – zasugerował szef rosyjskiej komisji ds. polityki zagranicznej. — Z uporem zasługującym na lepsze wykorzystanie europejscy politycy przedłużają sankcje, powołując się na to, że porozumienia mińskie nie zostały zrealizowane w pełni w wyznaczonym terminie, czyli do 31 grudnia 2015 roku. Nawet nie zastanawiają się nad tym, kto ich w pełni nie wdrożył – powiedział Konstantin Kosaczew.

 

* Kandydatka w wyborach prezydenckich USA z ramienia Partii Demokratycznej Hillary Clinton tak zapędziła się w swoich napaściach na Rosję, że najwyraźniej zapomniała, iż jej głównym przeciwnikiem politycznym jest Donald Trump - pisze "Washington Times". Wypowiedzi pod adresem rosyjskiego prezydenta Władimira Putina zajmują znaczną część przemówień Hillary Clinton. Można odnieść wrażenie, że demonizacja Moskwy stała się jej głównym konikiem w kampanii wyborczej — zauważa autor materiału. Jeszcze niedawno Clinton usiłowała pokazać, że walczy z potężnym spiskiem sił prawicowych w kraju, a dzisiaj przedstawia w charakterze największego niebezpieczeństwa „kierowany przez Moskwę podstępny spisek międzynarodowy". Ci, którzy opowiadają się po stronie Clinton, są przekonani, że to właśnie Rosja zorganizowała wyciek jej prywatnej korespondencji, i uważają, że Moskwa może wpłynąć na wyniki wyborów, włamując się do maszyn do głosowania.  Najżarliwsi zwolennicy Clinton przekonują nawet, że jej omdlenie w rocznicę zamachów z 11 września też nie jest przypadkowe — Clinton rzekomo usiłowali otruć „rosyjscy agenci" — pisze gazeta. Na tego typu teorie można przymknąć oczy, ale w pewnym momencie staje się jasne, że Clinton i jej zwolennicy prędzej przypiszą innym to, co właściwe jest im samym. Snując podobne intrygi, Clinton wplątuje się w bardzo niebezpieczną grę i popycha Amerykanów w kierunku wojny — podkreśla autor materiału. „Program Clinton doprowadzi USA do katastrofy. Nie ma w nim miejsca ani na rozwagę, ani na profesjonalizm, ani nawet na zdrowy rozsądek. Donald Trump, pomijając wszelkie jego retoryczne ozdobniki, o wiele mocniej skupia się na interesach samych Amerykanów" — kończy autor materiału.

* Fundacja charytatywna Clintonów przyjmowała dziesiątki milionów dolarów od państw naruszających prawa człowieka - pisze New York Times. Gazeta New York Times odkryła sprzeczności polityki Clinton w okresie sprawowania przez nią stanowiska sekretarza generalnego USA i jej ambicji finansowych. Fundacja charytatywna Clintonów przyjmowała dziesiątki milionów dolarów od państw, które USA oskarżyły o naruszenie praw człowieka. Fundacja Clintonów przyjęła dziesiątki milionów dolarów od państw, które Departament Stanu USA przed, podczas i po kadencji Hillary Clinton na stanowisku sekretarza stanu krytykował za seksizm i łamanie praw człowieka. Wśród tych państw znalazły się Arabia Saudyjska, ZEA, Katar, Oman, Kuwejt, Brunei i Algieria — pisze NYT. Według informacji gazety, tylko Arabia Saudyjska ofiarowała od 10 do 25 mln dolarów. Donacja Wiktora Pinczuka, zięcia byłego prezydenta Ukrainy Leonida Kuczmy, którego rząd był krytykowany za korupcję i zabójstwa dziennikarzy, waha się w tym samy przedziale — od 10 do 25 mln dolarów. To właśnie Pinczuk pożyczył Clintonom prywatny samolot, którym przylecieli na uroczystości z okazji 65. urodzin Billa. Pewna libańsko-nigeryjska struktura biznesowa zainwestowała 5 mln — wymienia periodyk. Podkreślono, że podobne inwestycje w fundację Clintonów mogą negatywnie odbić się na jej kampanii wyborczej a także zaszkodzić Clinton w przypadku jej zwycięstwa. Hillary Clinton zarzucano faworyzowanie dawców fundacji jeszcze w czasie jej kadencji na stanowisku sekretarza stanu USA, dlatego były prezydent Bill Clinton oświadczył pracownikom fundacji, że w przypadku zwycięstwa Hillary Clinton organizacja nie będzie przyjmowała donacji od zagranicznych osób fizycznych lub korporacji — pisze gazeta. Chociaż ta decyzja może pomóc Clintonowi uniknąć niezręcznej sytuacji, kiedy będzie musiał jeździć po świecie i prosić o pieniądze, będąc mężem prezydenta USA, nie daje odpowiedzi na ważniejsze pytanie: jak przyszła administracja będzie traktować dawnych dawców fundacji Clintonów, szukających pomocy u Ameryki lub interesy których są sprzeczne z oficjalnym stanowiskiem USA — podkreśla NYT. Trudno sobie wyobrazić, jak organizacja, nosząca nazwisko Clintonów, będzie funkcjonować w okresie prezydentury Hillary Clinton bez tak zwanych konsekwencji — uważa John Wonderlich, dyrektor wykonawczy Sunlight Foundation (grupy obserwatorów w rządzie). Wszystko, co zapowiedzieli, wskazuje na potencjalne konflikty.  Rzeczywistość jest natomiast taka, że dla prezydenta usprawiedliwienia nie ma — podsumowuje ekspert. 

 

* Asystentka kandydatki Partii Demokratycznej na prezydenta USA Hillary Clinton Huma Abedin pracowała w radykalnym muzułmańskim wydawnictwie - podaje amerykańska gazeta New York Post. „Główna asystentka w kampanii wyborczej Hillary Clinton, kobieta, która może zostać szefową administracji Białego Domu pierwszej kobiety na stanowisku prezydenta USA przez 10 lat pracowała jako redaktorka w radykalnym muzułmańskim wydawnictwie, które opowiadało się przeciwko prawom kobiet i oskarżało USA o zamach 11 września 2001 roku" — pisze gazeta. Według danych NYP, Abedin pracowała jako asystentka redaktora w saudyjskim Journal of Muslim Minority Affairs, którego redaktorką naczelną jest jej matka. Tytuł jednego z jej artykułów „Prawa kobiet to prawo islamskie" opublikowanego w 1996 roku nawiązuje do wypowiedzi Clinton podczas konferencji ONZ poświęconej sytuacji kobiet, która odbyła się w 1995 roku w Pekinie: „Prawa kobiet to prawa człowieka". W publikacji Abedin twierdzi między innymi, że „samotne i pracujące matki oraz homoseksualne pary z dziećmi nie mogą być uznane za rodziny" — podaje amerykańskie wydawnictwo. Co się tyczy oskarżeń USA o atak terrorystyczny w 2001 roku, matka Abedin wypowiedziała się, że „USA były skazane na zamach 11 września z powodu sankcji wprowadzonych przeciwko Irakowi i innych niesprawiedliwości, które spotkały rzekomo świat muzułmański" — pisze NYP.

 

* Senator z Normandii Jean Bizet poinformował, że francuski Senat kontynuuje prace nad zniesieniem sankcji wobec Rosji nie tylko na szczeblu krajowym, ale i parlamentów europejskich.  Francuski Senat zmierza w kierunku zniesienia sankcji. Informuję o tym, że będą aktywnie kontynuowane prace nie tylko we Francji, ale i na szczeblu parlamentów wszystkich krajów europejskich – powiedział Bizet podczas spotkania w Zgromadzeniu Narodowym.  Stosunki między Rosją a Zachodem pogorszyły się w związku z sytuacją wokół Ukrainy. Pod koniec lipca 2014 roku kraje UE i USA przeszły od sankcji personalnych wobec osób fizycznych do restrykcji w całych sektorach gospodarki. Rosja w odpowiedzi ograniczyła import produktów z państw, które nałożyły na nią ograniczenia.

 

* Szef komisji spraw zagranicznych Bundestagu Norbert Röttgen oświadczył, że Niemcy są rzeczywiście gotowe do nałożenia nowych sankcji na Rosję ze względu na sytuację w Syrii. O tym polityk powiedział w wywiadzie dla Süddeutsche Zeitung. Röttgen wyraził przekonanie, że Moskwa powinna ponieść część odpowiedzialności za to, co dzieje się w Syrii. „Brak konsekwencji i sankcji w odpowiedzi na najcięższe zbrodnie wojenne byłby skandalem”, — uważa deputowany z Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej. Ponadto Röttgen ostro skrytykował inne europejskie rządy, które „nie chcą nazywać rzeczy po imieniu” i nie podejmują niezbędnych środków w stosunku do Rosji. Wcześniej The Wall Street Journal powołując się na źródła bliskie rządowi federalnemu poinformował, że gabinet ministrów Angeli Merkel zamierza nałożyć nowe sankcje wobec Rosji jako odpowiedź na politykę Moskwy w Syrii. Pełnomocnik rządu Niemiec ds. niemiecko-rosyjskiej międzyspołecznej współpracy i przedstawicielstwa Niemiec w OBWE Gernot Erler powiedział, że pomysł nałożenia sankcji wobec Rosji ze względu na jej zaangażowanie w konflikt w Syrii już istnieje. Rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow komentując doniesienia o ewentualnych sankcjach wobec Rosji z powodu Syrii wyraził nadzieję, że zwycięży zdrowy rozsądek, a nie pragnieniem oskarżenia o wszystko Moskwy. Rzecznik prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow oświadczył, że Kreml nie widzi przedmiotu ograniczeń, gdyż Rosja jest jedynym krajem, którego siły zbrojne legalnie znajdują się w Syrii.

 

* Olbrzymi portret rosyjskiego prezydenta Władimira Putina pojawił się w czwartek na Manhattan Bridge w Nowym Jorku, donosi stacja telewizyjna CBS. Transparent o wymiarach sześć na dziewięć metrów z portretem rosyjskiego lidera i podpisem „rozjemca” został wywieszony na moście około godziny 14:30 (20:30 czasu polskiego). Przedstawiciele władz miasta szybko usunęli portret. Policja bada nagrania z kamer, aby wyjaśnić, kto jest autorem akcji.

 

* Unia Europejska traktuje Ukrainę jak dostawcę tanich surowców, narzucając jej rolę surowcowego dodatku – powiedział lider opozycyjnego „Ukraińskiego Wyboru” Wiktor Medwedczuk. Ukraina dalej interesuje UE jedynie jako dostawca tanich surowców. Wyznaczono jej rolę surowcowego dodatku – podkreślił polityk. Jego zdaniem niedawne zwiększenie przez UE limitów na bezcłowy import wielu ukraińskich towarów w skali gospodarki kraju „nic nie znaczy”. Przede wszystkim nie chodzi o zaawansowaną technicznie produkcję. Jak zaznaczył Medwedczuk, nie przewidziano limitów dla przemysłu lotniczego i kosmicznego, a w tych sferach Ukraina ma dość silną potencjalną pozycję. Wcześniej lider „Ukraińskiego Wyboru” nazwał „fiaskiem” politykę dążenia do utworzenia strefy wolnego handlu między Ukrainą i UE.

 

* W związku z aresztowaniem w Rosji pod zarzutem szpiegostwa Romana Suszczenki, podającego się za dziennikarza ukraińskiej państwowej agencji prasowej Ukrinform, w Ukrainie znowu rozgorzała dyskusja na temat konieczności wprowadzenia wiz z Rosją. Temat przewija się już od kilku miesięcy, był komentowany z każdej strony, raz ukraińscy deputowani wychwalali projekt, bo obowiązek wizowy sprawiłby, że do Ukrainy napływałoby mniej „terrorystów z rosyjskimi paszportami", pojawiały się też jednak pewne wątpliwości. I te wątpliwości prawdopodobnie wezmą górę w procesie decydowania o (nie)wprowadzeniu wiz z Rosją. — Wprowadzenie wiz dla Rosjan zaowocuje wprowadzeniem wiz dla nas. Jeśli ci pracownicy powrócą na Ukrainę, mogą zasilić szeregi bezrobotnych, co może mieć negatywny wpływ na naszą gospodarkę — powiedział w rozmowie z PAP Wołodymyr Fesenko, szef kijowskiego centrum analitycznego Penta. — Rosja będzie starała się jak najbardziej skomplikować procedury uzyskiwania wizy i niewykluczone, że będzie proponowała (ubiegającym się o nią Ukraińcom) jakieś formy obywatelstwa. Dlatego musimy dokładnie się nad tym zastanowić". — Problemy te powinny być rozwiązywane racjonalnie, a nie emocjonalnie — zaznacza Pawło Klimkin, minister spraw zagranicznych Ukrainy, który wcześniej odnosił się przychylnie do pomysłu wprowadzenia wiz. Wczoraj w mediach pojawiła się informacja, że największa frakcja Rady Najwyższej Ukrainy „Blok Petra Poroszenki" nie zagłosuje za zniesieniem reżimu bezwizowego z Rosją.

 

* USA nie zmniejszą swojej obecności wojskowej w Europie. Bazy wojskowe są tym skutecznym mechanizmem, który zmusza Europejczyków do podporządkowywania się Ameryce, uważa politolog wojskowy Andriej Koszkin. USA wzmacniają swoje pozycje na terytorium Kosowa. Bazę wojskową zaczęto tam budować pod koniec lat dziewięćdziesiątych, po zbombardowaniu Jugosławii i wprowadzeniu kontyngentu NATO. Eksperci uważają, że USA przygotowują się do „zapasowego przyczółka” na wypadek, gdy trzeba będzie zamknąć amerykańskie bazy wojskowe w Niemczech. Jednak, pomimo akcji protestacyjnych niemieckiej społeczności, USA aktywnie wykorzystują swoją największą twierdzę poza granicami kraju — bazę lotniczą „Rammstein” na północy Niemiec. Do bazy dyslokowano około 15 tysięcy wojskowych i pracuje w niej około 30 tysięcy cywilów. „Rammstein” jest jedną z dwóch baz w Niemczech, w których przypuszczalnie przechowywane są głowice jądrowe. Politolog wojskowy, kierownik Katedry Politologii i Socjologii Rosyjskiego Uniwersytetu Ekonomicznego im. Plechanowa Andriej Koszkin uważa, że nie należy oczekiwać zmniejszenia się amerykańskiej obecności wojskowej w Europie. Konfiguracja geopolityczna zmusza​​Stany Zjednoczone, aby trzymać się Europy tak kurczowo, jak żadnej innej części świata. Jest to kontrola Afryki Północnej, Bliskiego Wschodu, Azji Środkowej, kontrola szlaków handlowych przez Atlantyk, co przynosi ponad 4 biliony dolarów rocznie. Ale jeśli „trzymać w garści” Europę, to tylko dzięki fizycznej obecności. Dlatego subsydiowanie wspólnego bloku wojskowo-politycznego pieniędzmi, zmuszając Europejczyków, by również płacili, jest nieefektywne. A bezpośrednia obecność w krajach, udział we wspólnych ćwiczeniach — jest to skuteczny mechanizm, który zmusza Europę do podporządkowania się Stanom Zjednoczonym. I zwróćcie jeszcze uwagę: jeśli mają miejsce jakieś redukcje w amerykańskich bazach w różnych częściach planety, to absolutnie nie dotyczy to potencjału w regionie Azji i Pacyfiku. Ponieważ USA marzą, aby podciągnąć tam NATO, bo przecież jest to potężny potencjał” — powiedział Andriej Koszkin na antenie radia Sputnik. Według niego ta strategia Stanów Zjednoczonych jest długoterminowa. — Wraz z nadejściem nowego prezydenta Stany Zjednoczone raczej tego nie zmienią. Strategia ta będzie obrastać w niezbędne bazy wojskowe, przepływy pieniężne, porozumienia. Wszystko to przyczyni się do rozprzestrzeniania się NATO w stronę regionu Azji i Pacyfiku, ponieważ zarówno Rosja, jak i Chiny, ich wzrost i rozwój na świecie poważnie niepokoją Stany Zjednoczone” — podsumował ekspert.

 

* Przyjęta przez Kongres USA ustawa pozwalająca rodzinom ofiar zamachu z 11 września 2001 roku na pozwanie Arabii Saudyjskiej do sądu będzie narzędziem wpływu Waszyngtonu na Rijad. Taką opinię w rozmowie z agencją Sputnik wyraził ekspert ds. prawa międzynarodowego Centrum Badań Strategicznych nad Bliskim Wschodem Payman Yazdani. Według słów Yazdaniego „USA wykorzystają tę ustawę jako narzędzie presji, aby utrzymać zachowanie Arabii Saudyjskiej w regionie i zmusić ją do większego niż wcześniej poparcia polityki Waszyngtonu". Wcześniej Kongres przyjął ustawę pozwalającą krewnym ofiar zamachów z 11 września na pozwanie do sądu Arabii Saudyjskiej, której obywatelami była większość terrorystów uczestniczących w ataku. Prezydent USA Barack Obama w ubiegłym tygodniu nałożył weto na przyjęty wcześniej przez Kongres projekt ustawy, lecz Senat w środę przegłosował zniesienie weta 97 głosami do 1. 

 

* Stosunki między USA i Arabią Saudyjską w kontekście przyjętej przez Kongres ustawy 9/11, są ryzykowne i skomplikowane – pisze Paul Pillar na łamach „The National Interest”. „Ustawa o Sprawiedliwości wobec Sponsorów Terroryzmu”, zawetowana przez prezydenta USA Baracka Obamę i przyjęta w tym tygodniu przez Kongres, umożliwia rodzinom ofiar ataku na World Trade Center pozywanie w sądach amerykańskich rządu Arabii Saudyjskiej oraz krajów podejrzewanych o wspieranie terroryzmu. Jednak amerykańskie władze tą decyzją zdezorientowały społeczność międzynarodową i Rijad. Ponadto same sobie zaszkodziły. Kongres, umożliwiając składanie pozwów przeciwko Saudyjczykom, odszedł od zasady „suwerennego immunitetu” i stworzył precedens, „by działania USA za granicą były przedmiotem międzynarodowych procesów sądowych”, pisze Pillar. Kongres, m.in. ze względu na trwającą kampanię wyborczą, nie bał się „odwrócić się plecami” do Saudyjczyków w tej kwestii, wiedząc z góry, że ustawa jest zła i po wyborach będzie wymagać dopracowania. Jednocześnie amerykańska administracja bardzo nie chciała obrazić Rijadu, gdy godziła się na sprzedaż mu czołgów i innego sprzętu oraz uzbrojenia, które Saudyjczycy użyli podczas inwazji na Jemen. Inwazji – jak pisze autor — „niezwykle niszczycielskiej  i nieprzemyślnej”. Teraz USA wysyłają dwa całkowicie sprzeczne sygnały odnośnie ich stosunku do Arabii Saudyjskiej. Oba skierowano w niewłaściwym kierunku. Po pierwsze, przed wydaniem zgody na sądzenie się z Rijadem w sprawie ataków terrorystycznych z 11 wrześnie nie przeprowadzono należytego śledztwa. Po drugie, sprzedaż broni do tego kraju mocniej łączy USA z tymi „jeszcze bardziej destabilizującymi i nieusprawiedliwionymi” działaniami Saudyjczyków, podkreśla Pillar. Amerykańskie władze straciły z oczu strategiczne zagadnienia dotyczące tego, jak należy budować stosunki z Arabią Saudyjską, która nadal uważana jest za „sojusznika” USA. Przede wszystkim Waszyngton musi przeanalizować plusy i minusy bliskich kontaktów z Rijadem. Z jednej strony Arabia Saudyjska daje USA prawo dostępu wojskowego, a z drugiej – wplątuje się w skazane na porażkę regionalne konflikty, zmuszając do udziału w nich i USA. Warto pamiętać też o tym, że wartości polityczne i społeczne USA oraz Arabii Saudyjskiej zasadniczo różnią się od siebie. W niektórych kwestiach nawet trudno wyobrazić sobie, aby „sojusznicy” aż tak bardzo różnili się od siebie. Ironia jest widoczna nawet w tym, że USA regularnie wyrażają zaniepokojenie rozpowszechnianiem się norm szariatu, ale zupełnie nie przejmują się bliskimi relacjami z reżimem, dla którego Koran jest konstytucją i który nie pozwala na wolność wyznania. Należy uwzględnić i to, że sam w sobie reżim saudyjski jest „anachronizmem” i nie wiadomo, jak się zmieni w najbliższych latach. Na tle arabskiej wiosny i stopniowo pogarszającej się sytuacji rządzącej dynastii udaje się utrzymać pozycję, ale zawiłości relacji w rodzinie Saudów nie są dostępne dla oczu postronnego obserwatora. Eksperci sugerują, że w Arabii Saudyjskiej nie dojdzie do przewrotu, ale w przypadku zmiany władzy prawdopodobnie nowe twarze u władzy nie będą przychylne wobec USA. Co więcej, nie wiadomo, jak zakończy się ewentualna niestabilna sytuacja. To jeszcze jeden powód, dlaczego relacje z Rijadem są ryzykowne dla Waszyngtonu, pisze autor.

 

* Szkocja przygotowuje ramy prawne do nowego referendum w sprawie niepodległości od Wielkiej Brytanii, donosi BBC, powołując się na pierwszą minister szkockiego rządu Nicole Sturgeon.  Prowadzimy konsultacje w sprawie projektu ustawy o referendum, aby była ona gotowa do natychmiastowego rozpatrzenia, jeśli dojdziemy do wniosku, że niezależność to najlepszy lub jedyny sposób, aby chronić Szkocję” — powiedziała Sturgeon podczas swojego wystąpienia w regionalnym parlamencie. Wcześniej Sturgeon mówiła, że​​wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej po wynikach czerwcowego referendum (Brexit) oznacza automatyczne wyjście także Szkocji z UE, a to może nie pokrywać się z opinią większości mieszkańców Szkocji. Podczas czerwcowego referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej Szkocja i Irlandia Północna głosowały za zachowaniem członkostwa w Unii. W Edynburgu przeciwko Brexitowi opowiedziało się 74,4% głosujących, w Glasgow — 66,6%, w Aberdeen — 61,1%. W sumie za UE w Szkocji zagłosowało 1,66 miliona osób, przeciwko — 1,01 miliona, przypomina „Nowaja Gazieta”. Premier  Szkocji powiedziała również, że jej Szkocka Partia Narodowa zamierza przeprowadzić ankietę wśród mieszkańców regionu, aby dowiedzieć się, jak Szkoci postrzegają ideę niepodległości od Wielkiej Brytanii na tle negocjacji między Londynem i Brukselą w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii ze struktur UE. We wrześniu 2014 roku w Szkocji już odbyło się referendum w sprawie niepodległości. Wtedy 55% ludności regionu głosowało przeciwko odłączeniu się od Wielkiej Brytanii, za niepodległością opowiedziało się 45% wyborców. Ale nastroje wielu Szkotów dramatycznie się zmieniły po referendum w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Według sondażu opublikowanego przez Sunday Post po referendum w sprawie Brexitu 59% Szkotów opowiedziało się za odłączeniem się od Wielkiej Brytanii.

 

* „Gazprom” do końca października planuje spotkać się z komisarzem europejskim ds. konkurencji Margrethe Vestager w sprawie uregulowania antymonopolowych roszczeń KE, poinformował agencję Bloomberg wiceprezes spółki Aleksander Miedwiediew w kuluarach Międzynarodowego Forum Gazowego w Petersburgu. Wcześniej Miedwiediew mówił, że zamierza spotkać się z Vestager przed swoim urlopem, który zaplanował na sierpień, ale spotkanie nie doszło do skutku. Komisja Europejska w sierpniu 2012 roku rozpoczęła dochodzenie w sprawie możliwego naruszenia przez „Gazprom” antymonopolowego prawa UE. W kwietniu 2015 roku KE przyjęła zgłoszenie zastrzeżeń w ramach tego dochodzenia. Przedstawiła oficjalne oskarżenia firmie odnośnie naruszeń w Bułgarii, Czechach, Estonii, na Węgrzech, Łotwie, Litwie, w Polsce i na Słowacji. W połowie grudnia 2015 roku w Brukseli odbyła się rozprawa, na której „Gazprom” przedstawił swoje stanowisko. W kwietniu Vestager mówiła, że nie wyklucza możliwości osiągnięcia porozumienia w sprawie uregulowania antymonopolowych roszczeń KE wobec „Gazpromu”.

 

* Kanclerz Niemiec Angela Merkel straciła ostatnich sojuszników w Europie, a tym samym skazała swój kraj na całkowitą izolację, pisze „Die Welt”.Kontrowersyjne rozwiązania Merkel prowadzą do coraz bardziej katastroficznych konsekwencji dla niej. Niezadowolone państwa już sformowały dwa obozy. Pierwszy – Grecja, Portugalia, Hiszpania i Włochy, które mają dość dyktatury gospodarczej Niemiec. Drugi – kraje Europy Wschodniej, które już nie chcą słyszeć o polityce „otwartych drzwi” i przyjmowaniu imigrantów. Europejscy liderzy nie wstydzą się sceptycznie oceniać optymistyczne prognozy kanclerz. Premier Włoch Matteo Renzi ostro skrytykował szczyt w Bratysławie, nazywając spotkanie „miłym rejsem po Dunaju”, który nie może mieć wpływu na rozwiązanie problemów stojących przed UE. Ze wschodu Biorąc pod uwagę to, jak wielkie nadzieje związane z rozwiązaniem kryzysu pokładała w tym spotkaniu kanclerz, podobnego typu uwagi „starego przyjaciela Renzi” są dla niej prawdziwym policzkiem, pisze niemiecka gazeta. Z wyjątkiem komisji w Brukseli kanclerz aktualnie nie ma na kogo liczyć. Jeden z jej sojuszników, premier Wielkiej Brytanii David Cameron, z którym Merkel utrzymywała przyjacielskie relacje na pokaz, przeszedł do historii. Inny zwolennik jej polityki, kanclerz Austrii Werner Faymann, musiał podać się do dymisji z powodu kryzysu migracyjnego. A politycy – od Bratysławy po Bukareszt – nie rozumieją, dlaczego muszą przyjąć tłumy uchodźców, podczas gdy obywatele ich krajów są zmuszeni szukać pracy w Europie Zachodniej. Wygląda na to, że europejscy „przyjaciele”, na których liczyła Merkel, stopniowo zamieniają się we wrogów, i już niedługo drogi Niemiec i reszty Europy rozejdą się, podsumowuje „Die Welt”.

 

* Moskwa jest otwarta na dialog w sprawie kontroli nad bronią konwencjonalną w Europie - oznajmił dyrektor Departamentu ds. nieproliferacji i kontroli nad zbrojeniami MSZ Rosji Michaił Uljanow. Zabierając głos podczas dyskusji ogólnopolitycznej I komisji 71. sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, Uljanow przypomniał o artykule, opublikowanym wcześniej przez ministra spraw zagranicznych Niemiec Franka Walter-Steinmeiera, który zawierał apel o wznowienie dialogu na temat kontroli nad bronią konwencjonalną w Europie.  „O ile rozumiemy, ta inicjatywa jest podyktowana świadomością niebezpieczeństwa powrotu do sytuacji w sferze bezpieczeństwa europejskiego z czasów zimnej wojny. Jeśli to prawda, to naszym zdaniem ta propozycja zasługuje na uważne zbadanie. Pomimo że w tym temacie jest wiele przeszkód utrudniających osiągnięcie jakichkolwiek porozumień, Rosja pozostaje otwarta na dialog. Zobaczymy, jak na tę inicjatywę zareagują sojusznicy Niemiec w NATO" — powiedział rosyjski dyplomata.   

 

* Służba Bezpieczeństwa Ukrainy porywa ludzi i przetrzymuje ich w tajnych więzieniach, z których wielu już nie wraca. W ubiegłym tygodniu międzynarodowe organizacje ochrony praw człowieka Human Rights Watch i Amnesty International poinformowaly o zwolnieniu 13 więźniów z nieformalnych ośrodków detencji SBU. Według informacji międzynarodowych organizacji więźniowie wyszli na wolność po opublikowaniu raportu Nie istniejesz, który dokumentuje istnienie tajnych więzień w Ukrainie. Swoimi relacjami z pobytu w ukraińskich więzieniach podzielili się z agencją Sputnik Francja byli więźniowie oraz ich krewni. Dziennikarze francuskiego wydania Sputnika zdołali skontaktować się z jednym z więźniow, który do tej pory tkwi w lochu jednego z aresztów SBU. Ze względów bezpieczeństwa nie znamy jego imienia. Jak mówi więzień, w czasie zatrzymania został pobity, a na głowę założono mu reklamówkę. Z braku tlenu parę razy traciłem przytomność — opowiada jeniec i dodaje, że pracownicy SBU próbowali wyciągnąć z niego zeznania, ale bezskutecznie, dzięki czemu ostał się wśród żywych. Jak tylko ktoś pisnął słowo, spotykała go ciężka kara — zeznaje więzień. Ci niestety, którzy zaczęli coś zeznawać, musieli choć coś opowiedzieć, w przeciwnym razie funkcjonariusze SBU robili z nich miazgę. Jeden tam był zupełnie brunatny od cięgów, tam gdzie nerki i niżej, do samych pięt. Całe ciało miał w brunatnych plamach. Nie wiem, czym oni go bili, pałką — nie pamiętam. Potłuczone nerki, złamane żebra, wstrząs mózgu" — opowiada osadzony. Jak mówi, więźniowie polityczni ciągle doznają poważnych obrażeń, a przy tym odmawia im się pomocy medycznej. Zerwana śledziona, wstrząs mózgu… Jednego już drugi rok z rzędu męczy ból głowy i nawet nie ma możliwości zdiagnozowania, co mu dolega. Inny umarł. U jeszcze innego rozrusznik serca odmówił posłuszeństwa. Wystarczyło go ustawić! Inny jeszcze chłopak miał coś nie tak z kręgosłupem. Wstrzykują mu coś przeciwbólowego, w przeciwnym razie na nogach się nie trzyma" — opowiada więzień. Jak zeznaje, torturują same służby bezpieczeństwa. Jak mówi, SBU ma swój własny areszt, w którym ukraińscy funkcjonariusze mogą znęcać się nad ludźmi jak im się żywnie podoba, dlatego że nie ma nad sobą żadnej kontroli. O torturach w tajnych więzieniach opowiedziała jeszcze jedna osoba, która doznała ich na własnej skórze — Nikołaj Wakaruk, byly więzień, o którego zwolnieniu poinformowały wcześniej Amnesty International i Human Rights Watch. Jak opowiedział, 9 grudnia 2014 roku do jego mieszkania wdarło się czworo mężczyzn w kominiarkach, czarnych wojskowych płaszczach bez znaków rozpoznawczych. Przeprowadzili rewizję, zabrali wszystkie dokumenty i pieniądze — trzy tysiące dolarów. Następnie Nikołaja i jego żonę zabrali do Krasnoarmiejska i rzucili do piwnicy, w której przesiedzieli do rana. Rano zeszli do nas i zaczęli przesłuchanie z torturami (…) Od 8 rano do prawie czwartej praktycznie nas katowali. Dwóch ubranych po cywilnemu, ale w kominiarkach, prowadziło przesłuchanie. Zachodzili do nas bojownicy z szewronami batalionów "Dniepr 1", "Ukrop" i "Donbas", i robili sobie rozgrzewkę na naszych plecach, jedni nóg, inni rąk" — opowiedzial Wakaruk. Były więzień zeznał, że został przykuty do rury i bity po plecach. Gdy mężczyźni w kominiarkach nie uzyskali od niego tego, czego chcieli, zaczęli grozić, że zaczną torturować jego rodzinę. Chcesz, żeby za pół godziny twoja żona tak wrzeszczała? Odpowiadam: Nie chcę. Co mam wobec tego zrobić? On odpowiada: To teraz napiszesz to, co ci podyktujemy… Ja napisałem pod dyktando, że jakoby naprowadzam ogień artyleryjski, że jestem informatorem, że przekazywałem dane na temat miejsc dyslokacji, translokacji sprzętu ukraińskiego i wojsk do Doniecka, że urządzałem prowokacje, i inne brednie" — zeznaje były więzień ukraińskich służb specjalnych. Jeszcze jednym jeńcem, któremu udało się ujść z życiem z tajnego więzienia, jest Wiktor Aszychin, który opowiedział w rozmowie z niemiecką "Handelsblatt", że był torturowany i trzykrotnie zmieniał więzienie. SBU chciało skryć areszt od niezależnych obserwatorów. Kazali mi się rozebrać, bili mnie po piętach pałką z żelaza i pytali, jak głosowałem na referendum o wyjściu DRL z Ukrainy" — wspomina Aszychin. Jeszcze inny były więzień, Aleksander Suchanow, opowiedział o nieludzkich warunkach przetrzymywania w areszcie śledczym. Ukraińskie areszty przedstawiają sobą przeżytek Związku Radzieckiego. Warunki się od tego czasu nie zmieniły: w dalszym ciągu nie ma personelu medycznego, jedzenia. W celi o powierzchni 8 m2 siedzą po cztery osoby, mycie raz w tygodniu i do tego wodą, delikatnie mówiąc, letnią. Metr kwadratowy zajmuje łazienka, tzn. znajduje się dosłownie w celi, nie jest niczym oddzielona" — wspomina Suchanow. Ukraina znalazła się w centrum skandalu po tym, jak obrońcy praw człowieka z Human Rights Watch i Amnesty International poinformowali o istnieniu tajnych więzień w strukturach SBU. Dyrekcja SBU odrzuca wszelkie oskarżenia pod swoim adresem, choć fakty nielegalnego przetrzymywania w niewoli zostały potwierdzone przez organizacje ochrony praw człowieka i adwokatów.

 

* Bufetowa musi odejść! Piotr Guział, grupa warszawskich radnych oraz organizacje lokatorskie wspólnie wystąpili z inicjatywą zorganizowania referendum w sprawie odwołania prezydent Warszawy. Ma to być kara za przymykanie latami oczu na proces niekontrolowanej reprywatyzacji, w wyniku której bogaciły się prywatne osoby, a cierpieli niewinni lokatorzy. Z inicjatywą wystąpiła grupa warszawskich radnych na czele z Piotrem Guziałem, dawniej burmistrzem dzielnicy Ursynów. Akcję popiera Ruch Sprawiedliwości Społecznej Piotra Ikonowicza i liczne organizacje walczące o prawa lokatorów. Razem zorganizowali konferencję prasową, na której Piotr Ikonowicz powiedział: — Jeśli miasto było stać na reprywatyzację, to powinno wspomóc wszystkich pokrzywdzonych, którym zabierano mieszkania. Nie widzę woli politycznej ze strony włodarzy miasta, żeby tę sprawę wyjaśnić i tym ludziom pomóc. Piotr Guział dodał, że na stanowisko prezydenta Warszawy widzi wielu różnych kandydatów — praktycznie ze wszystkich ugrupowań. I że chciałby, aby miast rozwijało się w swoim tempie bez błędów, które popełniała „bufetowa". — Bez krycia układu przestępczego, bo dzisiaj Hanna Gronkiewicz-Waltz jest matką chrzestną tego układu. Trzy lata temu Piotr Guział wystąpił z podobną inicjatywą, jednak zwołane przez niego referendum okazało się mieć zbyt niską frekwencję, by jego wyniki mogły zostać uznane. Teraz ma 60 dni, aby zebrać 130 tysięcy podpisów. Na początku września podobną akcję rozpoczęło już stowarzyszenie „Oburzeni" — które do tej pory ma 20 tys. podpisów i nie wyklucza, że połączy siły z Guziałem i Ikonowiczem. Bartosz Milczarczyk, rzecznik stołecznego ratusza, widzi całą sprawę inaczej. Przypomina Piotrowi Guziałowi, że w 2014, gdy pełnił funkcję burmistrza Ursynowa, wydał zaledwie 47 proc. budżetu, nie dokończył wielu napoczętych inwestycji, na które czekali mieszkańcy dzielnicy. Zarzucił obecnemu radnemu, że jego działania powodują jedynie chaos i destrukcję, nie wnoszą jednak nic konstruktywnego do dyskusji o reprywatyzacji.

 

* Decyzją Kancelarii Sejmu RP cofnięto na rok akredytację fotoreporterowi „SuperExpressu", ponieważ ośmielił się sfotografować posłankę na bosaka.  Paweł Dąbrowski cyknął fotkę posłance Platformy Obywatelskiej Lidii Gądek, gdy siedziała na sali plenarnej bez butów, przeglądając swój tablet. Zdjęcie umieścił w gazecie, opatrując je tytułem „Wietrzy nogi w Sejmie". Teraz przez rok nie wejdzie na teren polskiego parlamentu. Ewentualnie za każdym razem będzie musiał starać się o jednorazową przepustkę, co jest odczuwalnym utrudnianiem życia dziennikarzowi. Początkowo powstało podejrzenie, że za zakazem wjazdu dla dziennikarza swoi sama sfotografowana. Posłanka Gądek jestem zdementowała tę informację. Stwierdziła, że rzeczywiście „zdjęciem zachwycona nie była", ale nie widzi powodu, aby nie wpuszczać do Sejmu fotoreportera. To Marszałek Sejmu Marek Kuchciński wydał taką decyzję. Uzasadnia ją w oświadczeniu Kancelarii Sejmu — i tłumaczy, że zdjęcie zrobione przez Pawła Dąbrowskiego nie jest dokumentacją pracy Sejmu, ale też godzi w powagę Sejmu i Senatu RP. W polskich mediach zawrzało — dziennikarze mówią o pisowskiej cenzurze. Partia rządząca kilka miesięcy temu i tak zmieniła już zasady pracy w Sejmie dla dziennikarzy, odmawiając im dostępu do sejmowych korytarzy. Zmiany te wkrótce mają wejść w życie. Dziennikarze z ponad 50 różnych redakcji napisali list otwarty do Marszałka Sejmu i Marszałka Senatu o to, by cofnięto ograniczenia „Wprowadzanie wyżej wspomnianych ograniczeń jest poważnym błędem z perspektywy dobrego wizerunku Sejmu RP, jako otwartego dla przedstawicieli IV władzy, którzy reprezentują ogół obywateli. Uważamy, że uderzają one w prawo obywateli do bycia informowanymi o pracach Sejmu, co jest ważnym elementem sprawowania kontroli społecznej nad władzą ustawodawczą. Są one także sprzeczne z tradycją polskiego parlamentaryzmu i stanowią trudne do wytłumaczenia utrudnienie dla pracy dziennikarzy, co więcej, utrudniają samym politykom kontakt z mediami, informowanie ich o sprawach ważnych dla państwa" — czytamy w dokumencie. Sprawa Pawła Dąbrowskiego pokazała dobitnie, że rządzący nie życzą sobie, aby w jakikolwiek sposób godzono w ich „Powagę", która należy im się z automatu.

 

* Hakerzy z grupy Fancy Bears twierdzą, że Amerykańska Agencja Antydopingowa (USADA) i inne organizacje w ubiegłym roku wydały amerykańskim sportowcom 583 pozwolenia za użycie zakazanych substancji, przy tym dwustu atletów nadal legalnie używa dopingu. Fancy Bears jest zamieszana w kilka włamań do bazy danych ADAMS (system administracji antydopingowej i zarządzania). Za każdym razem hakerzy publikowali nazwiska sportowców, którzy otrzymali od WADA zezwolenie na stosowanie dopingu. Terapeutyczne wyjątki Wcześniej hakerzy opublikowali kolejną, już siódmą partię dokumentów. Tym razem w ich ręce trafiła korespondencja urzędników sportowych z USA i kierownika naukowego USADA doktora Matta Fedoruka. Z dokumentów wynika, że w 2015 roku służby antydopingowe wydały Amerykanom 583 zezwolenia na stosowanie zakazanych substancji w celach medycznych (wyjątki terapeutycznych, TUE). Jednocześnie dwieście osób nadal „siedzi na dopingu”, zaznaczają hakerzy. Za najbardziej „dopingowy” sport hakerzy uznali kolarstwo — pozwolenie na doping otrzymały 102 osoby. Do pierwszej trójki „liderów” zakwalifikowali się również lekkoatletyka (68) i triathlon (58). Ponadto 42 pozwolenia otrzymali pływacy, 37 — przedstawiciele sportów zimowych. Paraolimpijczycy „na dopingu” Wśród TUE są też mistrzowie Paraolimpiady 2016 — koszykarki Abigail Dunkin i Jennifer Polst. W dokumentach USADA, do których uzyskali dostęp hakerzy, pojawiają się również nazwiska Seta Jana, członka reprezentacji paraolimpijskiej USA w piłce nożnej, jak również byłych koszykarzy Matta Lesperance’a i Willa Wallera. Po wcześniejszych doniesieniach Fancy Bears lista atletów, którzy otrzymali „zielone światło” na zażywania nielegalnych preparatów, przekroczyła już setkę. Największe poruszenie wywołały dokumenty tenisistów. Wydało się, że doping stosowały siostry Venus i Serena Williams, Petra Kvitova i Rafael Nadal.

 

* Prezydent Kolumbii Juan Manuel Santos został laureatem tegorocznej Pokojowej Nagrody Nobla. Prezydent Kolumbii otrzymał ją za „zdecydowane wysiłki na rzecz zakończenia ciągnącej się od ponad pół wieku wojny domowej, która kosztowała życie co najmniej 220 tysięcy Kolumbijczyków, a blisko 6 milionów zmusiła do opuszczenia swoich domów". — Juan Santos zdecydował się zakończyć konflikt, który kosztował dziesiątki tysięcy istnień ludzkich, i rozpoczął proces odbudowy społeczeństwa. To też uznanie dla narodu kolumbijskiego, który mimo cierpień i naruszeń praw człowieka, zdecydował o rozpoczęciu procesu pokojowego — odczytano w uzasadnieniu norweskiego Komitetu Noblowskiego. Juan Manuel Santos doprowadził do zawarcia układu pokojowego z Rewolucyjnymi Siłami Zbrojnymi Kolumbii (FARC). Zakończy on trwającą od 50 lat wojnę partyzancką w tym kraju, w której zginęło ponad 220 tys. osób. W tym roku nominowano 228 osób i 148 organizacji. Wśród faworytów wymieniano rosyjską działaczkę na rzecz praw człowieka Stwietłanę Gannuszkiną, mieszkańców greckich wysp, za przyjęcie tysięcy migrantów, grupę syryjskich ratowników tzw. „Białe Hełmy" oraz papieża Franciszka.Pojawiły się też kontrowersyjne kandydatury, m.in. Angeli Merkel oraz Donalda Trumpa zapełną wigoru ideologię pokoju poprzez siłę".


KOMENTARZE

  • Clintonowa Wonderwomen dala dzis popis.
    Powiedziala, ze huragan na Florydzie to wynik zmian klimatycznych, ktorym nie potrafi sie oprzec Trump a ona moze.
  • Mistrzowski komentarz
    "To właśnie w tych okolicznościach doszło do zniszczenia szpitala Lekarzy bez Granic, w którym zginęły 42 osoby. Miało to miejsce 3 października 2015 roku i jak zauważyli obserwatorzy, była to pierwsza w historii sytuacja, kiedy to pokojowy noblista zbombardował innych pokojowych noblistów."
  • @Robik 03:59:45
    Lekarze Bez Granic, Czerwony Krzyz od dawna sa szpiegowskimi organizacjami.W Aleppo terrorysi w szpitalnych piwnicach mieli swoje sztaby a na dachach snajperow bo zwykle szpital jest wysokim budynkiem i liczy sie na to , ze SZPITALA nikt nie bedzie bombardowac.
  • Już Chełmoński poznał się na francuzikach !
    https://pbs.twimg.com/media/CuMo83eWYAUKWjS.jpg

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031