Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
3906 postów 1832 komentarze

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Imię indyka

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

PASJE LINGWISTÓW (57) Historia nazwy tego ptaka w różnych językach kryje w sobie więcej tajemnic niż słynne „Imię róży” Umberto Eco.

 

Pod koniec każdego roku w Ameryce Północnej obchodzi się tzw. Święto Dziękczynienia  (Thanksgiving Day) – w Kanadzie już w drugi poniedziałek października, a w USA dopiero w ostatni czwartek listopada. Dla wielu Amerykanów jest to po prostu Dzień Indyka, bo tradycyjnie w tym dniu podaje się na stół pieczeń z tego ptaka, który wprawdzie pochodzi z Ameryki, ale ma bardzo niezwykłą nazwę i historię jej powstania.

W wymiarze kulturowym i lingwistycznym ptak ten przebył długą i skomplikowaną drogę, aby do nas dotrzeć. Pięćset lat temu rozpoczął on swą podróż jako kuriozum z Nowego Świata, ale najlepsze pamiątki tej podróży stanowią jego nazwy w różnych językach zebrane po drodze. W świecie anglojęzycznym, każdy uczeń zauważy, że  ​​indyk (turkey) i Turcja (Turkey) mają takie same nazwy. Indyk jednak nie pochodzi z Turcji; historia jego nazwy pokazuje, jak wiele błędów naraz prowadzi do jednego słowa. Spośród wszystkich mylących nazw indyka, ta naukowa i oficjalna nadana mu w 1758 przez wielkiego Linneusza musi być uznana za najgorszą: gallopavo meleagris gallopavo. Jest to skrzyżowanie greckich słów z łacińskimi , które w sumie oznaczają "kuropaw-perlica-kuropaw”. Z punktu widzenia systematyki biologicznej jest ona chybiona w każdym z pięciu członów nazwy, ale jest to zjawisko w nazewnictwie biologicznym dość typowe.  Dziś oficjalna nazwa łacińska zachowała się w formie Meleagris gallopavo. Chociaż nazwa rodzajowa wiąże się z legendą o herosie Meleagrze, synu Althei, to na pewno odnosiła się ona pierwotnie do perliczki i jest prawdopodobnie przekręconym greckim słowem „melenargis” (czarno-srebrzysty).

Niestety, przodek indyka na wolności właściwie już wymarł. Zanim został udomowiony ok. 180 roku n.e. żył dziko w Meksyku (patriotyczni Amerykanie mogą świętować z okazji kilku skamieniałych odchodów w indiańskich ruinach puebli Anasazich, które dowodzą, że indyki były niegdyś hodowane w obecnej południowo-zachodniej części Stanów Zjednoczonych). Niedobitki sześciu innych podgatunków dzikiej populacji indyka, których nigdy nie udomowiono, jeszcze plączą się gdzieniegdzie wśród wzgórz i zagłębień Ameryki, od Acapulco aż do Maine. Ale ptaki serwowane obecnie w Święto Dziękczynienia jako gatunek wróciły do Ameryki Północnej dopiero po tym, jak ich meksykańscy przodkowie przepłynęli Atlantyk i to dwukrotnie: najpierw do Hiszpanii, a następnie z powrotem z Anglii. Jednak nigdzie, w żadnym języku, ptak ten nie nazywa się ‘meksykiem’. Pochodzenie geograficzne zostało mu wszędzie przypisane do innych odległych miejsc świata: do Azji Mniejszej, ale także do Ameryki Południowej, Afryki Zachodniej, starożytnego Rzymu, Etiopii, i może najbardziej wytrwale do Indii. Wszędzie wydawał się ptakiem egzotycznym, ale nigdy z właściwych do końca powodów. Jedyną rzeczą, w której chrzestni indyka mieli konsekwentnie rację było to, że ptak jest zawsze „nietutejszy”.

Zanim Hiszpanie sprowadzili indyki do Europy, zostały one udomowione przez poprzedników Azteków, przede wszystkim dla swoich kolorowych piór, a dopiero potem dla mięsa. Aztecy mieli dla indyka dwie nazwy: jedną dla indyczki (totolin), a drugą dla indora (huexolotl), ktora jest prawdopodobnie onomatopeiczna tj. naśladująca głos ptaka, a od której poszła dzisiejsza meksykańska nazwa guajoloteGdy w 1519 Cortés przybył na dwór Montezumy stwierdził, że panował tam ogromny popyt na te ptaki. Indyki sprowadzano dla króla jako daninę i poświęcano je masowo podczas świąt i rytuałów. Dla potrzeb pałacowej kuchni Montezumy i jego królewskiej menażerii - orłów, jaguarów i gadów - dostarczano 1000 ptaków dziennie. Zanim niedługo potem Cortés i jego ludzie obrócili Meksyk w perzynę, władca Azteków podarował Hiszpanom duże ilości złota oraz dał im zaopatrzenie w postaci 1500 indyków. 

Od samego początku Hiszpanie mieli jednak kłopot z określeniem jakiego rodzaju istoty mają przed sobą. Pedro Mártir de Anghiera, kronikarz wczesnego imperium Hiszpanii opisał meksykański prezent jako „wielką liczbę ich pawi, zarówno kogutów jak i kur, żywych i martwych (…)  aby zabrali je ze sobą do Hiszpanii dla rozmnożenia”. Europejczycy znali pawie od czasów starożytnych – już przecież Biblia umieszcza je w ogrodach króla Salomona, ale w epoce, gdy nie było druku ani fotografii, zwykli ludzie znali je tylko jako plotkę, tak jak jednorożca. Europa (Hiszpania) po raz pierwszy zobaczyła dwa indyki 30 września, 1512 roku. Do roku 1530 Mártir wciąż pisał o Meksyku i do tego czasu już stało się dla niego jasne, że indyki nie były, mimo wszystko, „pavos de colores sobrios” (pawiami o trzeźwych kolorach). Do dziś jednak w różnych lokalnych wersjach języka hiszpańskiego indyka określa się jako guajolote, chompipe, patoso, ale przede wszystkim jako pavo. Dla odróżnienia, samego pawia po hiszpańsku nazywa się „pawiem królewskim” (pavo real). Ale wtedy wielki nowy ptak wrósł już pokoleniami do życia w Europie, przyjmując różne błędne określenia, jakich nazbierał w miarę jak rozmnażały się i krzyżowały różne szlaki handlowe.

Indyk wszedł bowiem na scenę globalną w niezwykłym momencie historii świata, kiedy cała planeta wydawała się przeznaczona do kolonialnego rozgrabienia przez Europę. Poczucie Europejczyków co do ich miejsca w świecie zmieniło się ogromnie w XV i XVI wieku. Najpierw Turcja osmańska wchłonęła wszystko to, co zostało z imperium rzymskiego na Wschodzie. Ostatecznie Konstantynopol padł łupem islamu w 1453 roku, i dopiero to pobudziło chrześcijan do walki o resztę planety. Pod koniec tego samego stulecia, w roku 1492 odkrycie Kolumba sprawiło, że pół świata stało się Nowym Światem. Wybrzeża starej Afryki pojawiały się na mapach, w miarę jak portugalscy żeglarze i kupcy stopniowo odkrywali także drogę wokół Przylądka Dobrej Nadziei, a potem w 1498 roku Vasco da Gama minąwszy ów przylądek odkrył drogę morską do Indii. Wylądował w Kalikat, dzisiejszym Kożikode, skąd przywiózł perkal nazwany od tego miejsca „calico”.

Arabowie, którzy śmiało żeglowali już dużo wcześniej po Oceanie Indyjskim mieli wtedy na świecie pozycje niezrównaną. Kontrolując Stambuł w miejscu dawnego Bizancjum i pozostając w pragmatycznym sojuszu z Wenecją, muzułmanie (Turcy) stali się mistrzami w handlu na Morzu Śródziemnym i dalej na wschód. Jeszcze zanim Hiszpanie dotarli do Ameryki, statki handlowe obsługiwane przez Arabów i ich sojuszników przysięgły wierność tureckiemu kalifowi w nowej stolicy Turcji. W oczach chrześcijańskich Europejczyków, wszyscy oni byli Turkami i zajmowali się handlem „towarami tureckimi”. Wśród nich były także „tureckie ptaki” czyli ‘Turkey birds’. Stąd dziwna nazwa indyka w jezyku angielskim.

Pierwsze „tureckie ptaki”, które trafiły na rynki europejskie nie były jednak wcale indykami. Był to zupełnie inny gatunek ptaków z Afryki – pulchne, przyjemnie upierzone ptaki kurowate, które nieco później Europejczycy nazwali „kurkami z Gwinei” (ang. Guinea fowl, hiszp. gallina de Guinea), bo tak nazywano dawniej wybrzeże zachodniej Czarnej Afryki. Anglicy zakazili swoją ‘gwinejską” nazwą tych ptaków wiele innych języków: arabski (طير غينيا  [tair ghinia]), turecki (beçtavuğu, gdzie ‘beç’ to turecka nazwa Gwinei), hindi (गिनी मुर्गा [ginee murga]) itp. Co jednak ciekawe, Europa znała je już dużo wcześniej, bo perliczki  - o nich tu bowiem jest mowa - udomowili już starożytni Rzymianie, czyli na długo przed rozkwitem średniowiecznego handlu tureckiego. Rzymianie, którzy cenili je dla najsmaczniejszego ze wszystkich ptaków mięsa, nazwali je wtedy „ptakami z Numidy”, a więc z innego, lepiej im znanego fragmentu północnego wybrzeża Afryki. Do dziś  nazwa ta pozostała zresztą w łacińskiej nazwie rodzajowej perliczki – Numida meleagris. Wcześniej perliczki udomowiły czarne ludy Mandingo i Haussa oraz Etiopczycy. Pojawiają się one już 2400 pne. na freskach we wnętrzu egipskich piramid jako ptaki sprowadzane z Nubii i Etiopii. Zostało to w dzisiejszej, bodaj najtrafniejszej włoskiej nazwie perliczki – faraona (a wydaje się, że stąd poszła i rosyjska jej nazwa: ‘cesarka’). W 400 r pne. były już znane i popularne w Grecji, chociaż dziś nazywa się je tam „frankókota”. Stara arabska nazwa perliczki (a potem indyka) to ‘ptak z Etiopii’ (dik habasz).

Mamy tu więc ostrzeżenie przed nazywaniem gatunków od miejsca pochodzenia, które może być bardzo różnie postrzegane. Dopiero późniejsze nazwy tego ptaka słusznie nawiązują do „cętkowanego” lub perełkowanego upierzenia i stąd polska perliczka, czeska perlička, niemiecka Perlhuhn, szwedzka  pärlhöns, portugalska pintada (od pinto – cętka), francuska pintade, serbska biserka  (od bisera - perła), fińska helmikana (od helmi – perła), węgierska – gyöngytyúk (od gyöngy – perła), indonezyjska – ayam mutiara (mutiara - perła) itp.  Nawet po chińsku ptak ten nazywa się  珍珠 [zhēnzhū jī], gdzie  zhēnzhū  znaczy ’perła’, a znaczy ’kura’. Japończycy pozostali przy kalce z angielskiego  ホロホロ鳥 [horohorodori], czyli „gwinejskiej kurze”, ale ambitni Koreańczycy nazwali ją po swojemu – ”kurą rogatą” (뿔닭 [puldalg]).

Wszelakoż rzymskie perliczki, kapryśne i ciepłolubne, wymarły w Europie szybko po upadku imperium i dopiero w wiekach XV-XVI nastąpiło ich ponowne wprowadzenie wraz z całą gamą innych nowinek, które wtedy przychodziły z całego świata. Przez co najmniej sto lat w Europie panowało kompletne zamieszanie co do nazw i pochodzenia tzw.  ‘ptactwa tureckiego’. Konfuzję z pewnością powiększały także zmienność oraz mylenie nazw geograficznych (np. Indie Zachodnie z Indiami właściwymi) jak również zazdrosna paranoja (zwłaszcza u Portugalczyków) w utajnianiu odkryć geograficznych i podobnych. Indyki ówczesne były dużo mniejsze od współczesnych, a perliczki pojawiały się w kilku różnych gatunkach więc zamieszanie  było pełne. Nawet najbardziej wykształceni często je ze sobą mylili. „Here he comes, swelling like a turkey-cock” (Oto nadchodzi, pęczniejąc jak indor) kpi Szekspir z postaci Henryka V, nawiązując do czerwonych wisiorów tego ptaka i nastroszonych piór jego ogona. Bohater tego spektaklu zmarł w pierwszej połowie XV wieku, czyli 100 lat zanim jakikolwiek Anglik mógł oglądać opisane zaloty indora. Dopiero Henryk VIII mógł dożyć dania z  pieczonego uda indyka, ale to co mógł znać Henryk V i jego współcześni to był na pewno mniejszy i wcześniejszy „turecki ptak”, czyli afrykańska perliczka bez imponujących dzwonków i nadętej dumy meksykańskiego indyka.

Mała perliczka, która ma mniej mięsa i piór, oraz mniej irytujący sposób bycia, wkrótce przegrywa rywalizację z indykiem. Okazały „turecki ptak” nowszego typu szybko rozprzestrzenił  się z Hiszpanii. Do roku 1530 już zadomowił sie we Włoszech, w 1538 we Francji i w Niemczech, w 1541 roku lub wcześniej był już w Anglii, około 1550 w Danii i Norwegii, a w 1556 w Szwecji. Bez wielkiego rozgłosu  zmieniła się też moda i sposób hodowli drobiu w Europie. Zwykłe kurczaki były też cenione i  już mocno zakorzenione, ale dopiero indyk był ptakiem godnym dużej tacy. Juz i przedtem jednak, na dworach późnego średniowiecza pożerano wielkie ilości bażantów, czapli, łabędzi, a nawet flamingi i pawie. Nie dlatego, żeby ich mięso było lepsze niż kurze – bo nie było pod żadnym względem - ale  dlatego, że same te ptaki były rzadkie i spektakularne, ay ; każdy z nich służył za wykrzyknik na końcu bankietu. Nadziać i podać takiego pieczonego ptaka, przystrojonego  niczym egzotyczny król: czy jest lepszy sposób aby ogłosić i podkreślić zwycięstwo nad nowo zdobytym krajem? Gdy Holendrzy wylądowali na Mauritiusie na koniec XVI wieku, zabrali się do jedzenia dodo, wielkiego i ponoć smacznego nielotnego gołębia, którego zjedli doszczętnie zanim na wyspę przybyli inni. To też był wtedy sposób podbijania i zdobywania nowych lądów. Przez ten czas „turecki ptak” - indyk przyjął się już na dobre, jego hodowla okazała się łatwa, a mięso bardzo smaczne.

A co o tym wszystkim sądzą sami Turcy? Od początku nie byli oni w stanie  uczestniczyć w europejskim sporze o nazwy, bo po turecku indyk nazywa się  …hindi.  Podobnie jak pierwsi Hiszpanie w Meksyku, tak i większość mieszkańców wschodniej części Morza Śródziemnego uznała, że indyk wyglądał bardziej jak paw, o którym już dużo wiedzieli od dawna handlując z Indiami. W Turcji „ptak turecki” stał się więc „ptakiem indyjskim”.  W pewnym momencie indyk nie tylko wyparł pawia  z tureckiego stołu, ale i zabrał mu nazwę. Turcy nie są jednak w tym nazywaniu osamotnieni. Po hebrajsku indyk też nazywa się hodu, co jest starożytną nazwą dla Indii. Pomysł podchwycili Francuzi też nazywając tego ptaka dinde (d’Inde - z Indii). Dołączyli do nich Polacy (indyk, bo z Indii), Rosjanie, Gruzini i wielu innych, zwłaszcza jeśli dodać tych Europejczyków, którzy nazwę ptaka wywiedli od starego indyjskiego portu w Calicut. Stąd holenderskie kalkoen, podobnie jak w jezykach skandynawskich i litewskim. Nawet na Śri Lance, w bliskim przecież sąsiedztwie Kalikatu, indyk to po syngalesku kalukuma, co musi być pożyczką z holenderskiego.

Gdy jedna część świata odkrywa inną, przypadki błędnej identyfikacji stają się powszechne i liczne. Wiadomo też, że nowe egzotyczne obiekty łatwo myli się z nieco innymi, ale już nieco bardziej znajomymi. Do dziś pełno jest takich pokręconych nazw np. na rynku egzotycznego drewna, minerałów, a nawet owoców. Wewnątrz tego samego języka krąży często pełno mylących nazw na ten sam gatunek lub obiekt. Około roku 1550 w Europie indyka określano nazwami: po angielsku  turkey cock, cock of India; po francusku: poule d'Inde, poule d'Afrique; po holendersku: Calkoensche henne, Turcsche henne;  po niemiecku: Indianisch hun, Kalekuttisch hun, Welschhun;  po włosku: gallina d'India,  a po portugalsku galinha do Peru.  Francuskie „poule d’Inde” (kura z Indii) długo zresztą oznaczało perliczkę, a dopiero potem indyka. W Azji Południowo-Wschodniej indyk stał się szybko kurą holenderską, francuską albo po prostu „zagraniczną”. W języku niemieckim jeszcze w 1936 roku Weitzenböck wymienia następujące nazwy na określenie indyka: Truthahn, Puter, Indianisch, Janisch, Bubelhahn, Kollerhahn, Kurrhahn, Welscher Guli, Pokal, Grutte i Schruthahn. Podobne przygody z nazwą stały się udziałem dziwnie wyglądającej kaczki piżmowej, jedynego innego gatunku drobiu, który przybył z Nowego Świata. Jej nazwy też nawiązują do różnych egzotycznych miejsc od Mauretanii, poprzez Kair do Chin, ale to temat na osobny esej.  

Kiedy Anglik czegoś nie kuma, bo obce, to mówi, że to dla niego „greka’ (It’s Greek to me). Natomiast sami Grecy, tak jak i większość innych Europejczyków, mówią wtedy, że to dla nich chińszczyzna,  z francuskiego "c'est du chinois". W Europie niepotrzebnie i niesłusznie dezawuuje się język chiński, bo nikt nie potrafi nadawać nowym obiektom lepszych nazw niż Chińczycy. Określenie 西 [xīhóngguǒ] albo dokładniej 西方色水果 [xīfāng hóngsè shuǐguǒ] czyli „zachodni czerwony owoc” w odniesieniu do pomidorów, jest dla nich na porządku dziennym. (Była to stara nazwa pomidora, obecnie jest to raczej 番茄 [fānqié], czyli „lekka oberżyna”).  Logika języka chińskiego jest taka, że aby włączyć do swego słownictwa coś nowego i egzotycznego, nie muszą używać nazw miejsc zagranicznych. Robi to za nich poezja, o czym kiedyś napiszę obszernie i szczegółowo. W Guangdongu tradycyjny posiłek na ferie zimowe to „smok, feniks i tygrys"  (龙凤和老 [lóng fèng hé lǎohǔ]). Czyli zapiekanka z mięsa  węża, kurczaka i kota, tyle że pod inną nazwą. Mając takie smaczki we własnym języku i takie możliwości poetyckie, nie mówiąc już o kulinarnych, Chińczycy nie muszą sięgać po mapę albo globus. A tak na marginesie: aby powiedzieć po chińsku, że coś jest dla mnie ‘chińszczyzną’ mówi się że „to jest język ptaków” (它是鸟的语 [tā shì niǎo de yǔyán]). Indyka nazywają więc dość banalnie ”ognistą kurą” ( [huǒ jī]), co nawiązuje, rzecz jasna, do kolorów, jakie zmieniają się na głowie ptaka w różnych stanach emocji: czerwony, biały i niebieski. Dawniej kolorów dostrzegano nawet więcej, bo w pierwszej wersji indyk nazywał się po chińsku „kurą  o siedmiu twarzach” (七面 [qī miàn jī]), co zresztą zapożyczyli żywcem do swych języków Koreańczycy (사기꾼 [sagikkun dalg])  i Japończycy (詐欺師チキン [sagi-shi chikin]).

Z punktu widzenia Europejczyka z XV wieku nie było bardziej egzotycznego miejsca na ziemi niż Indie. Stąd wzięli się zresztą Indianie, Indie Zachodnie i kilka innych znanych błędów. Ale ówcześni mieszkańcy Indii mieli swój własny gust do dalekich upodobań. W 1612 roku, sto lat po podróży Cortésa do Meksyku, Portugalczycy przywieźli indyki na dwór cesarza Indii Wielkiego Mogoła Dżahangira. Jako człowiek, którego syn Szahdżahan miał wkrótce zasiąść na słynnym Pawim Tronie​​, Dżahangir wiedział dużo o indyjskich pawiach. Jednak te nowe ptaki „były bardzo dziwne i cudowne, jakich nigdy nie widziałem, a i do tej pory nikt nie znał ich imion”, napisał w swoich pamiętnikach. „W ciele jest większy niż pawica i mniejszy niż paw. Gdy jest w okresie rui i podnieca się rozpościera swe pióra jak paw i tańczy dookoła. Jego dziób i nogi są jak u koguta. Jego głowa, szyja, i część podgardla są co minutę w innym kolorze”. Nadworny malarz, Ustad Mansur, z wielkim zapałem oddawał pędzelkiem każdy szczegół ptaka, który tak zachwycił władcę. Podniecenie szacha wobec zagranicznej nowinki miało w sobie coś z zauroczenia. Był wtedy najbogatszym człowiekiem na świecie i miał pod rozkazami setki tysięcy żołnierzy, ale zachwycił się zwykłym dziś indykiem. 


 W dniu, w którym podano go na stół zachwyconego szacha Dżahangira, wielki ptak dostał podobno od władcy nową nazwę, która miała  odzwierciedlać ogrom drogi, która doprowadziła go do cesarskiego stołu. Nazwano go  पेरू  [peru], chybiając już tylko o pół kontynentu. I taką nazwę zachował indyk w Indiach. Do Indii przywieźli ją ze sobą Portugalczycy, którzy tak nazywają indyka do dziś. Przynajmniej taką genealogię tej nazwy podaje literatura europejska, zafascynowana geograficznym pochodzeniem nazw. Osobiście sądzę jednak, że szach nazwał tak indyka podobnie jak Chińczycy: „ognisty ptak”, ponieważ ‘pir, piru’ to prastare indoeuropejskie słowo o znaczeniu „ogień, ognisty”, obecne w sanskrycie, perskim, a nawet greckim (pyros, pirotechnika itp.). Na dworze szacha mówiono po persku. A ‘ognistość’ rozsierdzonego indora była najważniejszą cechą rzucającą się w oczy przy porównaniu z pawiem...

Jakże inaczej wygląda świat zza stołu w XXI wieku! Gigantyczne kontenerowce i obfitość żywności z importu znów wywróciły ludziom gusta co do żywności do góry nogami. Dziś, kiedy supermarkety są pełne egzotycznych towarów sprowadzanych morzem i lotniczo z odległych wybrzeży, ludzie Zachodu starają się powracać z okazji świąt do swego własnego dziedzictwa. Im bardziej lokalne i tradycyjne są ich odświętne potrawy, tym lepiej. Amerykanie wciąż uważają indyka za część rodzimej tradycji, choć jego nazwa sugeruje obce pochodzenie. Brytyjczycy na Boże Narodzenie, ze względu na tradycję nawracają się już na poczciwe stare gęsi, tak jak Niemcy. Egzotyczny niegdyś indyk bardzo dziś spowszedniał. Tylko nazwa została ciekawa.

Zjawiska i ich nazwy mają często bardzo niezwykłą historię. Casus indyka należy chyba do najbardziej zawiłych. Czy udało mi się tę nazwę bardziej rozwikłać niż dodatkowo pogmatwać? Nie jestem pewien. Ale temat warto było przeorać.

Bogusław Jeznach  

 

 

PASJE LINGWISTÓW to otwarty cykl na moim blogu, w którym zamieszczam materiały dotyczące mojej najstarszej, życiowej i zawodowej pasji: poszczególnym językom, nazewnictwu, lingwistyce porównawczej, etymologiom, itp. Dotychczas w tym cyklu na moim blogu ukazały się:

 

01.Słowianin, czyli niewolnik (17.07.2011)

02.Marek Dupnica i reszta (20.07.2011)

03.To tamten cham (13.08.2011)

04.Wymieranie języków (5.09.2011)

05.Mlaskanie w cmoku (2.10.2011)

06.Nowa liczba bestii cz.I (5.12.2011)

07.Boso, ale w liczydłach cz.II (6.12.2011)

08.Dwudziestu rudych twardzieli cz.III  (7.12.2011)

09.Baskijski ślad Atlantydy cz.IV (8.12.2011)

10.Poligloci wystąp (3.01.2012)

11.Easy or Crazy? (7.04.2012)

12.Nazwisko jak penis (30.05.2012)

13.Małpi znak (6.09.2012)

14.Na ratunek językom (24.10.2012)

15.Angielski po wikingach? (22.12.2012)

16.Conclave dla lingwisty (31.03.2013)

17.Nazwy w kosmosie (9.07.2013)

18.Kariera castellano (17.07.2013)

19.Działa nawalony (30.07.2013)

20.Vere resurrexit (9.09.2013)

21.Statystyka słownika (11.09.2013)

22.Arabski dialektycznie (1.10.2013)

23.Wredna wymowa WWW(3.10.2013)

24.Gęsi na Neonie(12.10.2013)

25.A może nowosłowiański? (23.10.2013)

26.Polska jak Szampania (1.11.2013)

27.Znać czy wiedzieć? (7.11.2013)

28.Znikający punkt styku (15.11.2013)

29.Kein Denglisch, bitte (23.11.2013)

30.O prostocie niemczyzny (19.12.2013)

31.Zrozumieć Brazylijczyka (21.12.2013)

32.Między fałszem a absurdem (29.12.2013)

33.Tykanie w językach (12.02.2014)

34.Fałszywi rosyjscy przyjaciele (19.02.2014)

35.Być albo nie być (31.03.2014)

36.Złowrogi cień Teutonów /1/ (23.03.2015)

37.Komu German bratem /2/ (24.03.2015)

38.Allemani, wszystkie chłopy /3/ (25.03.2015)

39.Niemców różnie wołają /4/ (26.03.2015)

40.O języku rumuńskim (1.04.2015)

41.Dzieci dwujęzyczne (6.05.2015)

42.Najdłuższe nazwy geo (10.06.2015)

43.Tak pisać nakazano (22.07.2015)

44.Sezon ogórkowy (29.07.2015)

45.Langue arabesque (19.08.2015)

46.Ja się deklinuję (26.08.2015)

47.Mapa językowa Europy (9.09.2015)

48.Protojęzyk zwierząt i dzieci (4.11.2015)

49.Język wedle klimatu? (2.12.2015)

50.Wszystkie imiona Brazylii (16.12.2015)

51.Wymowa łacińska (6.01.2016)

52.Oko trę (27.07.2016)

53.Książki po arabsku (10.08.2016)

54.Który najtrudniejszy? /cz.I/  (17.08.2016)

55.Który najtrudniejszy? /cz.II/ (19.08.2016)

56.Anglicy odchodzą, angielski zostaje (14.09.2016)

57.Imię indyka (17.09.2016)

KOMENTARZE

  • @ Autor
    "W świecie anglojęzycznym, każdy uczeń zauważy, że ​​indyk (turkey) i Turcja (Turkey) mają takie same nazwy."

    Oby tylko usańscy chazarowie nie zrobili sobie pewnego razu święta dziękczynienia z... Turkey.

    5*
  • @Jasiek 16:25:03
    Well, turkey is kosher, isn't it?
  • @Bogusław Jeznach 16:32:09
    Oj! A tego to nie wiem... krwi im upuszczałem pracując w ubojni uprzednio ogłuszając uderzeniem w "potylicę" i podcinając od środka tętnice szyjne i przebijając podniebienie nożem aż ten wychodził czasem z drugiej strony, bo chowane na karmie kości mają miękkie - kaczki też były, ale "obrzęd" był prostszy i ani mi w głowie było znaczenie polityczno/religijne (błąd?) gdy krew była na podłodze, ścianach i suficie a chodzić trzeba było po odrąbanych łebkach. Aż tu nagle jakiś bul walnął, że "Prezydent gdzieś poleci..." Nawet klip nakręcili post factum - dość polszewicki tzn taka "ciepła woda w kranie" a nawet mniej bo tylko, "...że się jest" - Czyżby ktoś szykował nam Palestynę? :-( :

    https://www.youtube.com/watch?v=QFWEeR6g9dc

    Ładne mi "fest" :-(
  • @Jasiek 17:02:56
    No, to mnie Pan zainspirował. Jak wrócę (bo jutro znów wylatuję na jakieś 2-3 tygodnie na Wschód) to przygotuję obszerny i szczegółowy esej nt. Co jest koszerne? (łącznie z ubojem i rozbiorem mięsa). Mam głównie materiały muzułmańskie (halal, a nie koszer), ale zasady są bardzo podobne i myślę, że będzie to ciekawe. Pozdrawiam BJ
  • @Bogusław Jeznach 17:17:29
    "Mam głównie materiały muzułmańskie (halal, a nie koszer), ale zasady są bardzo podobne i myślę, że będzie to ciekawe. Pozdrawiam BJ"

    Po tysiąckroć odwzajemniam pozdrowienia. Oczekuję na wpis. Porównam z własnymi "krwawymi" doświadczeniami. Wątpię żebym tłukąc na tysiące przestrzegał halal lub koszer - ważne, żeby tasak był ostry i stworzenie nie cierpiało.

    Ukłony.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031