Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
4000 postów 1863 komentarze

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Żółto na czarnym

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Nasila się rywalizacja gospodarcza i polityczna nowych azjatyckich potęg w Czarnej Afryce. A państwa afrykańskie ucza się jak z tego korzystać.

 

Jeśli istnieje nowoczesna brama od wschodu do Afryki, to prawdopodobnie jest nią lotnisko w Addis Abebie. Pasażerowie przechodzący przez zakurzone terminale w drodze do miasta będą zaskoczeni tym, że o typowo etiopski posiłek jest trudno, ale dania chińskie są jednak dostępne w wielu miejscach. Jeszcze większe zdziwienie budzić musi fakt, że wszystkie napisy są w trzech językach: po amharsku (język urzedowy w Etiopii), po angielsku i …po chińsku.

W oczekiwaniu na odpowiedni lot na beżowych leżakach drzemią tysiące młodych chińskich robotników. Są oni częścią stale rosnącej armii robotników, przedsiębiorców i inżynierów, którzy kierują budową dróg, linii kolejowych i portów w wielu regionach we wschodniej Afryce. Chińskie firmy nie najmują miejscowych do swoich projektów, bo nie ufają ich dyscyplinie i kwalifikacjom. Do wszystkich prac kontraktowych przywozi się pracowników z Chin.

Mimo to, obawy związane z zaangażowaniem się chińskich firm w Afryce są przeważnie grubo przesadzone. Wyolbrzymia się oskarżenia, jakoby​​ wykupywali oni masowo rozległe połacie gruntów rolnych, fabryki i kopalnie. W powszechnej świadomości na rachunek Chińczyków idą zresztą rosnące inwestycje z innych państw azjatyckich, zwłaszcza Indii, Japonii i Korei, które również tam ostro konkurują. Mało kto rozróznia przeciez Chińczyków od innych nacji z Azji Wschodniej. Niemniej jednak, wpływy chińskie na Czarnym Lądzie rosną niewątpliwie  i stale.

Podobnie jak w poprzednich rundach rywalizacji w Afryce, takich jak w okresie zimnej wojny, wiele z tych działań odnosi się do dostępu do baz i portów w celu kontroli  od strony morza. Zaangażowanie Chin w Afryce obejmuje dziś także rosnącą obecność wojskową. Tysiące chińskich żołnierzy założyło niebieskie hełmy wojsk ONZ w Mali i Sudanie Południowym, gdzie zresztą kilku z nich zostało zabitych próbując utrzymać pozorny spokój. Chińskie okręty wojenne regularnie odwiedzają afrykańskie porty.

Chiny utrzymują stałą eskadrę okrętów, które eskortują głównie konwoje statków chińskich pływające po Zatoce Adeńskiej. Ale niektórzy zachodni dyplomaci niepokoją się, że Chiny przy pomocy tych patroli ćwiczą operacje swej floty wojennej z daleko od domu, w tym także do działań ofensywnych. „You wouldn’t normally use submarines for counter-piracy patrols” (Nie używa się normalnie okrętów podwodnych do patroli przeciw piractwu), mówi jeden z Brytyjczyków.

Walka z piratami dostarczyła również Chinom powodu, aby mogły założyć swoją pierwszą zagraniczną bazę morską w Dżibuti, zaraz obok istniejącej tam wcześniej bazy US Navy. Nie spełniły się jednak alarmistyczne obawy, że Chiny planują budowę tzw.  „sznura pereł”, czyli szeregu baz morskich  rozciągającego się od wybrzeża Chin do Morza Czerwonego a może nawet i do Walvis Bay w Namibii na wybrzeżu Atlantyku. Owszem, Chiny wykorzystały swoje okręty i wojsko do ochrony swych własnych obywateli w Afryce i na Bliskim Wschodzie: w 2011 roku ewakuowano 35.000 z nich z Libii, a w zeszłym roku jeden z  okrętów ewakuoawał 600 chińskich pracowników kontraktowych z Jemenu. Ale głównym akwenem operacji chińskiej floty wojennej pozostaje jednak  Morze Południowochińskie.

 Mimo to, Indie są głęboko nieufne wobec obecności Chin na Oceanie Indyjskim. Rozległa sieć około 32 indyjskich stacji radarowych i podsłuchowych powstaje m.in. na Seszelach, Madagaskarze i Mauritiusie. Umożliwi ona Indiom monitorowanie żeglugi na rozległych obszarach oceanu. Poprawi także zdolność do projekcji swej siły na wodach, które Indie uznają za własne i oraz wspomaganie uzbrojenia przyjaznych Indiom krajów, takich jak Mauritius. Między innymi, Indie budują bazę morską i lotniczą na Wyspie Wniebowzięcia, na północ od Madagaskaru, w niewielkiej odległości od nowo odkrytych podmorskich złóż gazu na wschód od Afryki. „It’s the Indian Ocean, stupid” (Ocean Indyjski, głupcze) żartuje pewien amerykański komentator przedrzeźniając indyjskich dyplomatów. „They say it’s our near abroad” (Oni mówią, że to ich ‘bliska zagranica’)

Również Japonia pręży mięśnie swej marynarki, choć w bardziej ograniczonym zakresie. W tym miesiącu obiecała 120 miliony $ pomocy dla zwiększenia wysiłków w zwalczaniu terroryzmu w Afryce. Od dawna ofiarnie uczestniczy w  międzynarodowych siłach morskich patrolujących wybrzeża Somalii. Rywalizacja chińsko-japońska najsilniej przejawia się w dyplomacji i handlu. Liczą się dwie główne stawki: po pierwsze dostęp do zasobów naturalnych i rynków zbytu, a po drugie 54 głosy państw afrykańskich w ONZ. Dużo wysiłku w ten pierwszy cel włożyła Japonia już w latach 1990-ych, kiedy to pomagała budować porty i linie kolejowe. Akihiko Tanaka z Uniwersytetu w Tokio, były prezes Japońskiej Międzynarodowej Agencji Współpracy, mówi, że pomoc Japonii dla Afryki była od wielu lat „jakościowo różna” od pomocy innych bogatych krajów głównie dlatego, że koncentruje się na infrastrukturze, a nie na bezpośrednim łagodzeniu ubóstwa. „Watashitachi wa ōku no koto o hihan shimashita” (Byliśmy mocno krytykowani) – wspomina – „Ima, anata wa, infurasutorakucha ni tōshi suru hitsuyō wa hotondo manjōitchi byū ga arimasu”  (Teraz panuje prawie jednomyślny pogląd, że trzeba inwestować w infrastrukturę).

Inwestycje Japonii w afrykańską infrastrukturę z pewnością przyspieszą wzrost gospodarczy na tym kontynencie. Towarzyszy im jednak często niezdrowa konkurencja i skłonność do powielania inicjatyw.  Japonia niedawno przekazała klucze do nowego terminalu cargo głównego portu Kenii w Mombasie. Tymczasem niewiele dalej na południe, w Bagamoyo, za chińskie pieniądze Tanzania buduje właśnie największy port w Afryce Wschodniej.

Na froncie dyplomatycznym Tokio i Delhi starają się zjednać sobie grupę państw afrykańskich, które chcą reformy Rady Bezpieczeństwa ONZ. Twierdzą oni, że Afryka zasługuje w niej na stałe miejsce, tak samo jak Japonia i Indie. Chiny lansują raczej koncepcję stałego miejsca dla jednego z państw afrykańskich, i nie mają nic przeciwko temu, aby i Indie miały swoje. Ale w zamian Pekin oczekuje – i od Indii i od Afryki - poparcia swojego stanowiska, aby takiego miejsca nie dostała Japonia.

Zarówno Japonia jak i Chiny wspierają takie wysiłki dyplomatyczne konkretną pomocą gospodarcza i  przynajmniej w przypadku Chin, wydaje się, że pomogło to zdobyć paru czarnych przyjaciół. Kraje, które głosują w ONZ po myśli Chin  (na przykład w sprawie Tajwanu) zazwyczaj dostają z Pekinu najwięcej pieniędzy. Tak przynajmniej twierdzi AidData, agencja monitoringu mająca swą siedzibę w College of William and Mary w Wirginii.

Chiny  zdobywają afrykańskich przyjaciół również poprzez sprzedaż broni. W ciągu pięciu lat do 2015 roku Chiny podwoiły swój udział w dostawach broni dostarczanej do Afryki subsaharyjskiej: od niewiele ponad 10%e  do niemal 25%, zgodnie z danymi Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem. Chińczycy sprzedają czołgi i odrzutowce do Tanzanii, pojazdy opancerzone do Burundi i Kamerunu oraz wyrzutnie rakiet do Maroka, by wymienić tylko kilka. Dość cynicznie zdobywają także przyjaciół wśród dyktatorów tego kontynentu poprzez swoją politykę "nieingerencji" w wewnętrzne sprawy innych krajów, w tym także poprzez sprzeciw wobec Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK).

Japonia, której konstytucja do 2014 roku zabraniała sprzedawania broni i która popiera działania MTK, ma większe problemy. Skupiła się raczej na uważnym dozowaniu pomocy i używaniu miękkiej siły, jak np. przyznając stypendia na studia w Japonii albo bezpłatne zajęcia w akido i karate w swojej ambasadzie w Nairobi. Ale nawet w tej sferze Chińczycy łatwo ją zakasowali zakładając w Afryce około 46 Instytutów Konfucjusza do nauczania języka i kultury chińskiej. Chiny fundują również bilety i stypendia tysiącom afrykańskich działaczy rządzących partii, urzędników i związkowców zapraszając ich na kursy w ośrodkach polityczno-szkoleniowych w Chinach. W RPA sprawdziło się to tak dobrze, że rządzący tam Afrykański Kongres Narodowy w ubiegłym roku opublikował nawet dokument dyskusyjny o polityce zagranicznej sugerujący, że Komunistyczna Partia Chin „should be a guiding lodestar of our own struggle” (powinna być drogowskazem dla naszej własnej walki)

Jednak oprócz RPA, która prawie niewolniczo podporządkowała się Chinom (np. głosując przeciw rezolucji ONZ o ochronie praw obywateli do pokojowych protestów), większość krajów afrykańskich nauczyła świetnie rozgrywać białych, żółtych i śniadych rywali pomiędzy sobą. Alex Vines z londyńskiego think-tanku Chatham House zauważa, że ostatnio otwarto wiele  nowych ambasad państw afrykańskich, w tym takie, które przekraczają dotychczasowe podziały i manewrują pomiędzy rywalizującymi mocarstwami w Afryce. Wiele państw, jak np. Burundi, Mauretania i Togo, które kiedyś były niemal całkowicie uzależnione tkwiąc głęboko w sferze wpływów Francji, dziś otworzyło swoje placówki w Wielkiej Brytanii. Zdaniem Vinesa „This is a really great time for clever African countries to get really good deals”  (Jest to naprawdę świetny czas, aby sprytne kraje afrykańskie zrobiły naprawdę dobre interesy).

 

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930