Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
4001 postów 1864 komentarze

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Jedenaste: nie pożyczaj

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

OKOLICE ANTROPOLOGII (53) Zamieszczam mój własny esej z czasów pobytu i podróży po Indiach. Publikowany już przed bardzo wielu laty, w swojej podstawowej wymowie jest jednak nadal aktualny.

  

Mając stałą bazę w Bokaro w stanie Bihar, gdzie polskie ekipy z RAFAKO i Zamechu brały udział w budowie elektrowni, przez wiele miesięcy odwiedzałem po sąsiedzku jeden z najciekawszych etnograficznie regionów Indii – masyw Czhota Nagpur w stanie Dżarkhand (Leśny Trakt) wykrojony z południowego Biharu na jego pograniczu z Orissą, Bengalem i Madhya Pradesz. Jest to półdziki, skalisty, lesisty i trudno dostępny płaskowyż, który jak ściana oddzielał zawsze Orissę od kolejnych fal historycznych najeźdźców z Hindustanu. Dlatego szczególnie licznie ostały się w nim do dziś pierwotne, przedaryjskie jeszcze plemiona, znane w Indiach jako ‘adivasi’ tj. pierwsi mieszkańcy. W dystrykcie Rańczi stanowią oni ponad połowę ludności. Należą do prastarej grupy językowej Munda, spokrewnionej z …Khmerami w Kambodży, a ponieważ geograficznie omijały je procesy hinduizacji i islamizacji, przez całe wieki zachowały one swą kulturową odrębność, która dopiero teraz ginie w zastraszającym tempie. Największe z tych ludów liczących ogółem 10-12 mln dusz to Munda, Oraoni, Santale, Kharia i Ho.

Od ponad 150 lat w rejonie tym działają z powodzeniem misje katolickie, których pionierem był flamandzki jezuita o. Constant Lievens (1856-1893). Dziś rejon Czhota Nagpur dzieli się na 7 diecezji, liczba ochrzczonych wiernych przekracza dwa miliony, a najprężniej działają jezuici ze słynnej misji australijsko-nowozelandzkiej w Hazaribagh, którą założył Fr. Hamilton Smith w 1951 roku. Kilkakrotnie skorzystałem z ich gościny, która dała mi możliwość wniknięcia w miejscowe życie „od kuchni i od zakrystii”. 

Mimo że katoliccy misjonarze przybyli późno  i stanęli do konfrontacji od razu z hinduizmem, islamem i animizmem jednocześnie, na polu religijnym ojcowie radzą sobie stosunkowo najlepiej ze wszystkich. Największym problemem i to od samego początku jest jednak podstawowa praca cywilizacyjna, za pomocą której starają się oni uchronić ginącą tożsamość adivasich, obronić ich przed inwazją współczesnych nałogów i chorób oraz przed drapieżnym a bezpardonowym wyzyskiem ze strony hinduskich sklepikarzy i urzędników. Dziesiątki lat pracy z tubylcami dowiodły, że wielu z nich wykazuje spore talenty jako mechanicy, rozwinięto też niezłe ogrodnictwo a także znacznie podniesiono poziom i wydajność uprawy ryżu w regionie. Jednakże chociaż dzięki misyjnym szkołom adivasi są już przeciętnie lepiej wykształceni niż hinduscy handlarze, korzystać umieją z tego bardzo słabo.   

Sędziwy Holender, o. van Exem SJ, który spędził tam większość swego życia uważa, że adivasi są wyjątkowo niezdolni do handlu, matematyki i abstrakcyjnego myślenia. Nie potrafią tez planować i organizować pracy. „To ich prawdziwa pięta achillesowa – twierdzi w rozmowie – Jestem przekonany, że chodzi tu o jakiś niedorozwój tkanki mózgowej, prawdopodobnie na skutek niedożywienia białkowego w dzieciństwie. Dzieci wychowane bowiem na misjach, żywione z udziałem mleka, roślin strączkowych, jaj i ryb są potem o wiele, wiele zdolniejsze”. Aby więc umożliwić swoim podopiecznym pełne bycie chrześcijanami jezuici postawili sobie za cel nauczyć ich przeżycia we współczesnych warunkach ekonomicznych.

Jest to zadanie przypominające orkę na ugorze. Tubylcy padają bowiem najpierw łupem swych własnych przyzwyczajeń i tradycyjnych instytucji pożyczkowych, które sprytnie wykorzystują miejscowi kupcy hinduscy. Aby wdrożyć adivasich do handlu, rachunkowości i umiejętności gospodarowania własnym budżetem rodzinnym już w roku 1909 założono na tych terenach Catholic Cooperative Society (CCS), czyli ruch katolickich spółdzielni spożywców. Podjęto w nich także wysiłek oduczenia tubylców  brania pożyczek od lichwiarzy, organizując dla nich własny system oszczędnościowo-pożyczkowy. Adivasi zdają sobie sprawę z własnej beztroski, którą też lekceważą, ale uznają ją w sobie za wadę i nawet chętnie przynoszą do CCS większe zarobki, np. z wypraw na plantacje herbaty lub  na kontrakty na Andamanach, bo – jak sami mówią – „mnie się pieniądze nie trzymają”. CCS ma w statucie zastrzeżone, że udziela pożyczek tylko na cele produkcyjne i za oprocentowaniem 6% rocznie. Nie dają na zwykłe utrzymanie ani np. na przyjęcia weselne i inne uroczystości.   

Jednakże system w praktyce prawie nie działa. Dziś po ponad stu latach namawiania do oszczędzania, do CCS należy tylko 46.000 osób, prawie wyłącznie głów rodzin, a przeciętny depozyt na koncie wynosi równowartość  …6 dolarów. Nie powiodły się również próby wprowadzenia wielu nowych rzemiosł i umiejętności, kredyty na zakładanie własnych warsztatów i sklepików, etc. Dlaczego? Przyczyn misjonarze upatrują głównie w tradycyjnej mentalności adivasich, niechętnych do podejmowania się zadań, które zawsze wykonywali przecież pozaplemieńcy. Daje tu o sobie znać obezwładniający, a powszechny w Indiach wpływ myślenia kastowego powodujący zrutynienie  i bierność. Wysiłek w kierunku indywidualnego wybicia się lub wzbogacenia nie znajduje tu społecznego zrozumienia, nawet względnie wykształceni wolą rozkoszować się swym podwyższonym statusem w tradycyjnym systemie wartości: tańce dla młodych, picie dla starych, okazyjne polowania, odwiedziny, pogaduszki… Społeczność plemienna potępia wprawdzie lenistwo w formie wylegiwania się poza porą sjesty, ale łazikowanie po znajomkach nie jest tam uważane za uchylanie się od pracy, a przeciwnie – za ważne wypełnianie obowiązku podtrzymywania więzi społecznej, godne uznania i pochwały. Robota nie zając: każdą można porzucić w każdej chwili, aby przejść się do kumpla czy kuzyna, usiąść wspólnie w cieniu, zapalić skręta, pogadać, podumać wspólnie, pomarzyć…  

Bardzo znajome wydają mi się też wady moralne, które hamują rozwój gospodarczy i społeczny adivasich. O. Tony Herbert, też sędziwy już jezuita z Sydney mówił zwłaszcza o dwóch: o nagminnym pijaństwie i o „hisinga”, czyli bezinteresownej zawiści, która instynktownie sprzymierza wszystkich przeciw każdemu, kto spróbuje się wyrwać do przodu. Jak w znanej anegdotce o polskim sektorze piekła, gdzie wielkiego kotła z wrzącą smołą stary diabeł nawet i pilnować specjalnie nie musi, bo już tam kochani rodacy nikomu wydostać się z niego nie dadzą… 

 

Najtrudniejsza jest w tym kontekście walka z prastarą instytucją pożyczania, zwaną paińcza–radż, która z drugiej strony – trzeba to powiedzieć – w swoisty sposób cementuje więź plemienną. Społeczności zbieracko-łowieckie zawsze znały wiele różnych form pożyczania. Dużą zdobyczą szczęśliwy łowca dzielił się z innymi dzisiaj, aby jutro móc skorzystać z cudzej. Jako pożyczkodawca czuł się wtedy mile połechtany możliwością wspierania innych i zyskiwał na społecznym prestiżu. Paińcza-radż jest takim właśnie pożyczaniem solidarnościowo-prestiżowym.

Niepisane prawa paińczy brzmią: (1) Pożyczkodawca nie domaga się zwrotu, ani nawet o nim nie wspomina, chyba że jest mu to pilnie potrzebne do własnej konsumpcji podstawowej; (2) Pożyczkobiorca nie spieszy się z oddaniem długu , chyba że mu wyraźnie zbywa i jest to dla niego szczególnie łatwe, co jak wiadomo, prawie nigdy się nie zdarza;(3) Jeśli pożyczkodawca dowiedzie, że zwrot jest mu jednak pilnie potrzebny (czym zawsze ryzykuje społeczną dezaprobatę), to pożyczkobiorca ma honorowy obowiązek publicznego usiłowania zwrotu, najczęściej poprzez zaciągnięcie painczy u kogoś następnego w akompaniamencie głośnych narzekań na nikczemność poprzedniego pożyczkodawcy, który go do tego zmusza; (4) Pożyczkobiorca może odstąpić paińczę komuś innemu nawet gdy wiadomo, że zmniejsza to szanse iż kiedykolwiek ją zwróci pożyczkodawcy. Np. pożycza łódź i oddaje ją naiwnie hinduskim handlarzom, którzy są dla niego mili i częstują go papierosami, aby gdzieś dotarli. Łódź już nie wróci, ale nie można mieć do niego o to pretensji. Ponieważ wszyscy widzieli, że łódź wzięli Hindusi, ma on czym wytłumaczyć się wobec pożyczkobiorcy uznając, że sprawa jest załatwiona. Jak więc widać, jest to wielka instytucja braterskiej miłości i wszyscy są z nią bardzo szczęśliwi, a jej zwalczanie jest trudne, nie znajduje zrozumienia i budzi niechęć do misjonarzy.  

System ten podoba się bowiem wszystkim. Pożyczkobiorca jest szczęśliwy, bo: (1) nie płaci odsetek; (2) wierzy, że zwrot „kiedy już będzie mógł” nie przyniesie mu uszczerbku materialnego; (3) produkt sąsiada, wyłudzony nierzadko sprytem, smakuje mu lepiej niż owoc jego własnej ciężkiej pracy, zwłaszcza gdy jego spryt jest po cichu doceniony przez bliskich.  Pożyczkodawca też jest szczęśliwy bo: (1) wykonał dobry uczynek i umocnił więzy przyjaźni z pożyczkobiorcą; (2) zyskał uznanie w oczach wspólnoty i np. popisał się przed dziewczyną, do której czuje miętę; (3) usunął dobro „x” z zasięgu swej lekkomyślności a także pożądliwości swej własnej rodziny, która mogłaby je zużyć nie przynosząc korzyści nr 1 i nr 2. 

Wiele paińczy nigdy nie bywa zwracane i w sprzeczkach często się to wzajemnie wypomina nawet po wielu latach, ale też często jest to okazja do wyświadczenia plemiennej dobroczynności bez urażania czułej dumy pożyczkobiorcy. Z reguły zresztą pożyczkobiorca nie zdaje sobie sprawy, że taka pożyczka może być dla niego obciążeniem  i że zjada w ten sposób swój kapitał. Tubylcy wcale nie cenią takiej wolności od zobowiązań, ponieważ takich zobowiązań nie zauważają. Zwykle zresztą jest tak, że pożyczkodawca też nie miał żadnych szczególnych planów spożytkowania dobra „x” i dlatego je pożyczył. Często wydaje mu się nawet, że w ten sposób uchronił je przed zmarnowaniem („Te dwa worki ryżu miały iść do banku ryżowego u Hindusa. To i lepiej ze oddałem je kuzynowi jako paińczę”). System paińcza silnie zaciemnia możliwość zrozumienia praw rynkowych przez adivasich.

Wspomniany bank ryżowy (dhan-gola) to druga ważna instytucja pożyczkowa adivasich, także szkodliwa ekonomicznie. Do banku tego odnosi się po żniwach (w grudniu) nadwyżki ryżu jako zastaw za pożyczkę pieniężną, z prawem późniejszego odbierania go sobie z ubywającą uszczypką co najmniej 25%.  Jest to więc w pewnym sensie odpłatna usługa przechowywania ziarna, która mogła wyniknąć z konieczności kompensowania strat wynikłych w wyniku wysychania ziarna albo powstała jako zabezpieczenie przed niepewnością painczy, ale najprawdopodobniej została wprowadzona  z zewnątrz przez hinduskich czalaków (spryciarzy), którzy biorą za nią nawet do 100% marży.  

Zło systemu dhan-gola  nie polega jednak na lichwiarskiej wysokości odsetek, tylko na powszechnej, pochopnej gotowości do zadłużania się w tym systemie. Adivasi nie czują w niej żadnego zagrożenia „bo przecież wszyscy tak robią”. W ich oczach dhan-gola jest po to, by z niej korzystać bez względu na rzeczywistą potrzebę. Nawet jeśli ktoś ma bardzo dobre plony i mógłby z nich korzystać do przednówka, też woli je zanieść w grudniu do banku ryżowego i pożyczyć spore pieniądze od razu „bo przecież mi przysługuje”. Istota dhan-gola w odczuciu adivasich streszcza się więc w zdaniach: „Jakże mogę nie wziąć tego do czego mam prawo? Jakże nie czerpać z obfitości dnia dzisiejszego? A bo to wiadomo, jak będzie potem?” Dhan-gola trzyma się zatem mocno. Pod koniec każdego roku umożliwia ona adivasim robienie większych zakupów – głównie odzieży i naczyń - u sklepikarzy,  zapewnia też radzie wiejskiej (pańczajatowi)  pieniądze na utrzymanie np. szkoły itp. Adivasi są do tego tak przyzwyczajeni, że gdyby im dhan-golę  zabrano nosiliby ryż do prywatnego Hindusa za 150% marży i więcej.  

Przykładem beztroskiego planowania przyszłości jest także sposób planowania upraw. Prawie każda rodzina z nawyku obsiewa spory kawał pola podłym prosem gunduli (zdjęcie powyżej), które daje bardzo lichy plon, a poza tym smakuje jak piasek (jadłem!), ale za to dojrzewa najwcześniej na przednówku  „kiedy jeszcze nie ma nic do jedzenia” a ryż w dhan-gola już się skończył. A zatem znów: próba planowania w zasadzie jest, ale wybór metody powoduje dalsze straty.

Najgroźniejszą formą zapożyczania się jest jednak „dżarpesgi”. Dostaje się w niej pewna sumę pieniędzy pod zastaw własnego pola, które do czasu spłaty długu może użytkować pożyczkodawca, najczęściej Hindus. Niektóre dżarpesgi są więc w użytkowaniu wierzyciela przez 15-20 lat  i więcej, i nieraz cała wieś musi się składać na ich wykup za namową misjonarzy, którzy nie chcą dopuścić do dalszego przechodzenia tubylczych pól w obce ręce, skoro i tak w XX wieku adivasi stracili ponad 2/3 swoich gruntów. Adivasi lubią jednak dżarpesgi „bo to takie łatwe i nie trzeba płacić odsetek”. Jeżeli widzą zło, to raczej po odwrotnej stronie: że Hindusi pożyczają im za dużo pieniędzy i potem trudno jest im ponownie je uzbierać. Są więc nawet skłonni zastawić tyle samo ziemi temu, kto zaoferuje im mniejszą sumę, „bo będzie łatwiej ją spłacić” (!)  Wskazuje to bardzo niską w ich ocenie wartość ziemi jako kapitału i warsztatu produkcji. W istocie wydaje się, że adivasi w ogóle nie znają pojęcia, a na pewno nie czują wartości kapitału.  

Łażę po wsiach i słucham tego wszystkiego w zdumieniu, aż wreszcie zadaję ojcu Herbertowi pytanie, które dręczy mnie od początku i nasuwa mi się jako oczywistość: „A może oni nadają się raczej do komunizmu niż do kapitalizmu? To przecież nie hańbi, a żyjąc w kołchozie nie mieliby większości z tych problemów. Przecież wy, jezuici, macie znakomite doświadczenia z zakładaniem indiańskich redukcji komunistycznych w Paragwaju, które były tam bardzo udanym eksperymentem społecznym i gospodarczym. Istniało tam nawet jezuickie państwo o nazwie Chrześcijańska Komunistyczna Republika Guarani i ludność indiańska wtedy rozkwitła.  Dlaczego nie zrobicie czegoś takiego tu? Przecież oni aż się o to tu proszą”.

O. Herbert patrzył na mnie długo z niedowierzaniem, po czym potraktował to jako kiepski żart i pożegnał się chłodno. Myślę, że doszedł wtedy do wniosku, że jestem jednak agentem zrzuconym na Indie z komunistycznego (jeszcze wtedy) kraju. Jeszcze tego samego dnia wyjechałem z Hazaribagh przez Bokaro do drugiej elektrowni w Durgapur w Bengalii Zachodniej zadając sobie samemu pytanie: Co właściwie propagują tam zacni ojcowie misjonarze: chrześcijaństwo czy może raczej cywilizację kapitalizmu? Nawet papieżowi też się to potem myliło.

 

Bogusław Jeznach

 

 

 

 

OKOLICE ANTROPOLOGII to otwarty cykl namoim blogu, przeważnie publikowany w środy, w którym piszę lub zamieszczam filmy o ludach, społecznościach, obyczajach, ich pochodzeniu itp.Dotychczas ukazały się w nim:

01.Koszty innych wesel (4.09.2011)

02.Aborcja w innych religiach (24.12.2011)

03.Spotkanie z Tulambi cz.I (23.02.2012) /film/

04.Spotkanie z Tulambi cz.II (23.02.2012) /film/

05.Spotkanie z Tulambi cz.III (23.02.2012) /film/

06.Spotkanie z Tulambi cz.IV (23.02.2012) /film/

07.O pochodzeniu Malgaszów (9.07.2012)

08.Balijski taniec małp (13.04.2012)

09.Szczęki Leakeyów (15.08.2012)

10.Indianie z Syberii (23.12.2013)

11.Tarantella, taniec pająka (28.12.2012)

12.Zima za jurtą (10.01.2013)

13.Tabor wędruje do UE (11.01.2013)

14.O pochodzeniu Maori (9.04.2013)

15.Kościoły psychodeliczne (6.10.2013)

16.Poturu, łowcy małp (24.02.2015) /film/

17.Dolina Kibish, Etiopia (8.04.2015) /film/

18.Ostatni łowcy słoni (11.04.2015) /film/

19.Na farmie Amiszów (24.04.2015) /film/

20.(1/6) Droga na skraju nieba (27.04.2015) /film/

21.(2/6) Pielgrzymka do Lhassy (28.04.2015) /film/

22.(3/6) Herbata, napój życia (29.04.2015) /film/

23.(4/6) Sól, niezwykły dar (30.04.2015) /film/

24.(5/6) Wyprawa nomadów (1.05.2015) /film/

25.(6/6) Zapomniane królestwo (2.05.2015) /film/

26.Ginący świat Huaorani (27.05.2015) /film/

27.Sorgo i książę owadów (1.07.2015) +/film/

28.Rybacy z Tuamotu (8.07.2015) /film/

29.Ambrim, czarna wyspa (15.07.2015) /film/

30.Sezon na dinga dinga (22.07.2015) /film/

31.Jeźdźcy z wyspy Sumba (29.07.2015)

32.Ostatni taniec Masajów (30.09.2015) /film/

33.Indiańskie igrzyska (21.10.2015)

34.Ludzie wielkiej skały (28.10.2015)

35.Sen o krokodylu (11.11.2015)

36.Łowcy głów (18.11.2015)

37.Zaklinacz rekinów (2.12.2015)

38.Żagle i sieci (16.12.2015)

39.Wyspa magicznych kamieni (23.12.2015)

40.Kanibalizm (30.12.2015)

41.Skrzydła rybaka (13.01.2016) /film/

42.Świat Punanów (20.01.2016)

43.Flamingi z Rio Maximo (27.01.2016)

44.Miód i tygrysy (10.02.2016)

45.Hobbit z Flores (17.02.2016)

46.Wrodzony błąd ożenku (2.03.2016)

47.Przyjaciel ludu Ndorobo (9.03.2016)

48.Rybacy z Madagaskaru (6.04.2016)

49.Święte flamingi z jeziora Bhamke (13.04.2016)

50.Tabu na Vanuatu (20.04.2016)

51. Polacy na Madagaskar! (27.04.2016)

52. Jedenaste: nie pożyczaj! (3.08.2016)

 

KOMENTARZE

  • ciekawe
    Oczywiście że nie można (chyba nawet nie powinno się) głosić chrześcijaństwa w poprzek utrwalonej Tradycji. Jaka by ona nie była.

    Jeśli wspólnotowość jest wyższą wartością, niż indywidualna korzyść, trzeba to potraktować jako punkt wyjścia i na tej bazie budować dalej (np. wywyższając nie tylko samego pożyczkodawcę i jego niechęć do zwrotu pożyczki, ale także dokonując apoteozy jego wysiłku (pracy), by zakrzewić kult pracy i kult ofiarodawstwa. Bo to jednak działanie na plus.

    Być może rozwiązaniem dla adivasi jest stopniowe redukowanie postaw roszczeniowych i wzrost liczby pożyczkodawców, tak by powoli narastała dezaprobata dla tych, którzy nadużywają pożyczki? Ograniczenie ich do sytuacji skrajnie niezbędnych?

    Podziwiam wnikliwość autora.... czasem i komunizm może być pro-rozwojowym zaczynem.
  • @
    A gdyby pożyczaniem (BEZ %%) mogło zajmować się WYŁĄCZNIE "państwo"?

    - utopia,
    - "JFK"
    ?

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930