Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
3832 posty 1807 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Alfons Erdogan

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

CO PISZĄ INNI: W artykule pt. Europa daje dupy (sic!) Agnieszka Wołk-Łaniewska krytykuje Unię Europejską i jej flirt z Turcją w sprawie uchodźców.

Recep Tayyip Erdoğan jest nie tylko zdemoralizowanym dyktatorem, konsekwentnie likwidującym prawa człowieka i wszelkie przejawy demokracji w 75-milionowym islamskim kraju, należącym do NATO. Jest także politykiem, mającym wielki - być może decydujący - osobisty udział w trwaniu Państwa Islamskiego i humanitarnej tragedii, która z niego wynika.

„Ataki nie osłabiają naszego oddania sprawie wojny z terroryzmem — wręcz przeciwnie, zwiększają nasza determinację" — ogłosił turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan po niedzielnym ataku terrorystycznym w Ankarze, dodając obietnicę „rzucenia terrorystów na kolana". „Determinacja" tureckiego prezydenta byłaby znacznie bardziej przekonująca, gdyby nie piętrząca się góra dowodów na jego współpracę z Państwem Islamskim.

Na początku marca europejska dyplomacja ogłosiła sukces: Europa da tureckiemu dyktatorowi 6 miliardów euro łapówki, zlikwiduje wizy dla Turków i przyspieszy negocjacje w sprawie przyjęcia Turcji do UE. Wszystko za to, iż Recep Tayyip Erdogan zamieni się z Unią na uchodźców: pozwoli odesłać sobie nowych, którzy przybywają i będą przybywać do Grecji w najbliższych miesiącach, a w zamian Unia zabierze mu tych, którzy obecnie gnieżdżą się w tureckich obozach — w stosunku 1:1. Na pierwszy rzut oka trudno zrozumieć, dlaczego Europa miałaby pójść na taki deal, który i tak zostawia ją z wizją przyjęcia 2,5 miliona Syryjczyków, przebywających dziś w Turcji.

Tak naprawdę, leży za tym cyniczna i bezwzględna kalkulacja: chodzi o to, żeby przekonać nowych uchodźców, że ich szanse dostania się do Europy są minimalne, bo choćby i przeżyli drogę tratwą przez Morze Egejskie, zaraz dostaną kopa z powrotem. I za ten efekt propagandowy europejscy przywódcy gotowi są sprzedać duszę facetowi, którego miejsce jest nie na brukselskich salonach, tylko przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze.

Oczywiście, że  brutalne przejęcie opozycyjnej gazety „Zaman" w kilka godzin po wyjeździe Erdogana z brukselskich negocjacji jest demonstracją — podobnie jak zmuszenie Unii do otwarcia pięciu rozdziałów w negocjacjach akcesyjnych z UE, do której Turcja wcale nie chce przystępować. Turecki dyktator pokazuje w ten sposób, gdzie ma naszą wspaniałą wspólnotę i jej wzniosłe zasady. Pozycja, w jakiej Erdogan postawił Europę, znakomicie spełnia warunki bardzo popularnego w polskiej debacie publicznej słowa „upokorzenie". To jednak nie jest najważniejsze — jeśli plama na tzw. honorze mogłaby zapobiec dalszym tragediom i uratować życie ofiar wojny w Syrii i Iraku — to chrzanić honor. Problem w tym, że jest dokładnie odwrotnie: Erdogan wspiera Państwo Islamskie (IS) i  brutalnie zwalcza jego przeciwników.

Jedyną siłą, która prowadzi rzeczywistą, lądową wojnę z Daisz — jak nazywane jest Państwo Islamskie po arabsku — są Kurdowie: Powszechne Jednostki Ochrony (YPG) w Syrii i Partia Pracujących Kurdystanu (PKK) w Iraku. Jednak lewicowy i świecki kurdyjski ruch autonomiczny jest głównym wrogiem publicznym Turcji i Ergodana osobiście. Przejściowe odprężenie w stosunkach między tureckim przywódcą i tureckimi Kurdami z początku rządów Erdogana definitywnie zakończyło się — wraz z całą jego proeuropejską, postępową polityką —  latem 2015, kiedy stworzona w znacznej mierze przez Kurdów lewicowa Ludowa Partia Demokratyczna (HDP) niespodziewanie przekroczyła próg wyborczy, odbierając Erdoganowi szansę na konstytucyjną większość i wprowadzenie systemu prezydenckiego. W odpowiedzi prezydent sparaliżował rozmowy koalicyjne i doprowadził do rozwiązania parlamentu — równocześnie rozpoczynając szeroko zakrojoną akcję terroru pod ironiczną nazwą „operacji antyterrorystycznej".

Turecka policja i wojsko splądrowały kilkaset  biur Ludowej Partii Demokratycznej w całym kraju, jej działacze trafiali do więzień, oskarżani o wspieranie terroryzmu. W Diyarbakirze, Suruku i Ankarze doszło do krwawych zamachów, przypisywanych oczywiście Państwu Islamskiemu — dość intrygująco jednak jedynymi ofiarami tych zamachów byli działacze i zwolennicy opozycji związanej z HDP. W zgodnych zeznaniach świadków turecka policja blokowała dojazd karetek do rannych, zaatakowała gazem ocalałych oraz ludzi spieszących im na pomoc po informacji o zamachach. Równocześnie — pod pretekstem działań przeciw Państwu Islamskiemu — armia turecka przystąpiła do konsekwentnego zwalczania jego jedynego realnego wroga. Po dokonaniu jednego, symbolicznego ataku na pozycje Daisz, lotnictwo Erdogana  przystąpiło do bombardowania sił kurdyjskich w Turcji i Syrii.

Jednostki YPG, początkowo występujące przeciwko Assadowi, a obecnie, przy jego cichej akceptacji, kontrolujące tereny syryjskiego Kurdystanu, są główną siłą lądową prowadzącą w Syrii walkę: zarówno z Daisz, jak i Frontem Al-Nusra (syryjską Al Kaidą). YPG udowodniły swoją militarną sprawność, skutecznie przeciwstawiając się inwazji Państwa Islamskiego i nawiązując strategiczne sojusze nie tylko z tzw. „umiarkowaną opozycją" — głównie Wolną Armią Syrii (FSA) — ale także z siłami amerykańskimi. Półroczna obrona miasta Kobane przed inwazją Państwa Islamskiego, prowadzona przez YPG i i FSA przy wsparciu lotnictwa amerykańskiego, zakończona klęską Daisz, jest jednym z symbolicznych momentów obecnego bliskowschodniego konfliktu: nikt należący do tzw. „świata zachodniego" nie kwestionował faktu, iż jest to starcie koalicji dobra ze złem. Nikt — z wyjątkiem Turcji, wspierającej po cichu siły dżihadystów. 

YPG, po zwycięstwie w Kobane i odbiciu z rąk Daisz leżącego na granicy Syrii i Turcji miasta Gire Spi, zapowiedziały atak na Dżarabulus — ostatni punkt graniczny kontrolowany przez Państwo Islamskie. Analitycy zgodnie twierdzili, że jego utrata oznacza dla islamistów rychłą klęskę — jest to bowiem ostatnia pozostała droga zaopatrzenia samozwańczej stolicy IS, miasta Ar-Rakka. I w tym momencie w obronie Państwa Islamskiego otwarcie wystąpił prezydent — przypomnijmy: należącej do NATO — Turcji, ogłaszając Dżarabulus „czerwoną linią", której przekroczenie przez siły kurdyjskie wywoła pełnometrażową operację armii tureckiej. W tej sytuacji YPG, niezdolne walczyć naraz z Daisz, Al Nusrą i natowską armią Turcji, zrezygnowały z ataku na  Dżarabulus, który do dziś pozostaje w rękach Państwa Islamskiego pod faktycznym protektoratem tureckim.

Równocześnie Turcja ustanowiła totalną blokadę na swojej mierzącej 750 kilometrów granicy z terytoriami kontrolowanymi przez Kurdów, zaopatrując ją w dwa rzędy drutu kolczastego, pole minowe i wieżyczki strażnicze, skąd tureccy snajperzy zabijają kurdyjskich i syryjskich cywilów. Blokada nie dopuszcza na tereny kurdyjskie ani leków, ani żywności, ani pomocy humanitarnej — dwa istniejące przejścia graniczne otwarte są (a w zasadzie bywają) tylko w jedną stronę: puszczają Kurdów z Turcji do Syrii, z przesłaniem: „Idźcie i nie wracajcie".

Zgoła inaczej sytuacja wygląda na granicy Turcji i terenów kontrolowanych przez Daisz. Właściwie nikt na świecie nie ma już wątpliwości co do owocnej i zakrojonej na szeroką skalę współpracy między reżimem Erdogana i Państwem Islamskim. O tym, iż Turcja kupuje od IS ropę, którą ta terrorystyczna organizacja rabuje ze złóż na okupowanych terenach, mówią już nie tylko rosyjscy, ale także amerykańscy politycy: w grudniu reprezentant departamentu skarbu USA, Adam Szubin, stwierdził publicznie, że Daisz zarabia pół miliarda dolarów rocznie na nielegalnej sprzedaży ropy. Zdaniem amerykańskiego urzędnika, głównym odbiorcą jest reżim Baszara Al-Assada (co jest kompletnie bezsensowne, wziąwszy pod uwagę krwawą wojnę między Syrią i Daisz, ale nabiera sensu w kontekście determinacji USA na rzecz obalenia Al-Assada) — ale Szubin przyznał też, iż „część ropy" trafia do Turcji. Rosja oskarża Turcję o to, że jest głównym klientem Daisz, dodając, że większość tego handlu idzie przez firmę energetyczną syna prezydenta, Bilala Erdogana. Z kolei opozycyjny turecki poseł, Eren Erdem, o udział w nielegalnym handlu z IS oskarżył zięcia prezydenta Erdogana, Berata Albayraka, który jest — trzeba trafu — także tureckim ministrem energii.

O ile dowody przedstawiane przez rosyjskie ministerstwo obrony — satelitarne zdjęcia kolumn cystern, tankowanych w kontrolowanej przez IS instalacji w Syrii i powracających do Turcji — mogą podlegać dyskusji, ze względu na fatalne ostatnio stosunki rosyjsko-tureckie, zaognione zestrzeleniem przez Turcję rosyjskiego myśliwca; o tyle nikt nie kwestionuje nader niedbałej kontroli granicy między Turcją i Daisz.

I to nie koniec. Międzynarodowy zespół, złożony z badaczy z USA, Europy i Turcji, pracujący pod auspicjami Uniwersytetu Columbia, przeprowadził kwerendę wśród doniesień na temat kolaboracji reżimu Recepa Tayyipa Erdoğana ze zwalczaną przez cały świat zachodni organizacją terrorystyczną, jaką jest Państwo Islamskie. Analiza — obejmująca informacje najbardziej prestiżowych mediów zachodnich, takich jak „New York Times", „Washington Post", „Guardian" czy BBC, ale również prasy tureckiej — przyniosła przykłady współpracy w nieomal każdej dziedzinie.

Z niezliczonych doniesień reporterów, rozmów z przedstawicielami Państwa Islamskiego, dowodów, publikowanych przez polityków tureckiej opozycji w (istniejącej jeszcze wtedy) opozycyjnej prasie wynika, że reżim Erdogana dostarcza dżihadystom broń, środki transportu, szkolenia, pomoc medyczną i żywność, a także informacje wywiadowcze. Większość spośród tych, którzy napłynęli w szeregi Państwa Islamskiego spoza Iraku i Syrii, przybyła tam przez Turcję, nie niepokojona przez nikogo — niektórzy nawet otrzymali stempel w paszporcie. Turcja zapewnia szkolenia dla terrorystów — niektóre odbywały się z centrum Stambułu i zostały uwiecznione w materiałach promocyjnych umieszczonych na tureckojęzycznych stronach IS. Tureckie siły porządkowe jakoś nie usiłowały im w żaden sposób przeciwdziałać. Agendy Daisz prowadzą w Turcji jawną rekrutację — jedną z takich placówek jest szkoła prowadzona przez założoną między innymi przez Erdogana i obecnego premiera Turcji, Ahmeta Davutoğlu, fundację Ilim Yayma Vakfi.

Znani z nazwiska terroryści — także najwyższego szczebla — byli leczeni w tureckich szpitalach na koszt państwa tureckiego. Burmistrz Kobane, Anwar Moslem, twierdzi, że ma świadków i nagrania video dowodzące, że oddziały IS otrzymały zaopatrzenie z Turcji na dwa dni przed rozpoczęciem oblężenia miasta. Istnieją nagrania, pokazujące tureckie konwoje militarne, wiozące czołgi i amunicje, swobodnie przekraczające granicę terenów kontrolowanych przez IS. Poseł tureckiej opozycji Demir Celik stwierdził nawet, że tureckie siły specjalne bezpośrednio wspomagają bojowników Daisz w walkach. 

Istnieje też sporo poszlak wskazujących, iż Turcja stoi za użyciem sarinu przeciwko cywilom w sierpniu 2013 — o którą to zbrodnię oskarżany jest rząd Assada. Legendarny amerykański dziennikarz śledczy Seymour M. Hersh, nagrodzony  Pulitzerem za ujawnienie maskary cywilów, popełnionej przez żołnierzy amerykańskich w My Lai w Wietnamie w 1968, pisze, iż amerykańska wspólnota wywiadowcza jest przekonana, iż atak z użyciem sarinu przeprowadzony w trakcie wizyty oenzetowskich inspektorów rozbrojeniowych, był prowokacją antyassadowskiej opozycji, dokonaną z pomocą Turcji. Wywiad amerykański ma poszlaki, wskazujące, że gaz został dostarczony z terytorium Turcji, a także przechwycone rozmowy między tureckimi służbami po ataku — pełne różnego rodzaju wyrazów radości i gratulacji. Zdaniem Hersha, amerykańskie służby wywiadowcze są przekonane, że atak był prowokacją, obliczoną na przepchnięcie Obamy przez „cienką  czerwoną linię" i zmuszenie do ataku na siły Assada.

Recep Tayyip Erdoğan jest nie tylko zdemoralizowanym dyktatorem, konsekwentnie likwidującym prawa człowieka i wszelkie przejawy demokracji  w 75-milionowym islamskim kraju, należącym do NATO. Jest także politykiem, mającym wielki — być może decydujący —  osobisty udział w trwaniu Państwa Islamskiego i humanitarnej tragedii, która z niego wynika.

Płacenie Erdoganowi za pomoc w rozwiązaniu kryzysu uchodźczego jest moralnym odpowiednikiem płacenia alfonsowi za wolność kobiet porwanych do pracy w burdelu. Żeby zacytować byłego prezydenta: nie o take Europe…

 

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930