Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
3904 posty 1831 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Europa w cieniu Rosji

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

CO PISZĄ INNI: Rosyjsko-ukraiński analityk Rościsław Iszczenko przewiduje nieuchronny powrót Europy pod rosyjski parasol.

 

W dawnych czasach, które obecnie przyjęło się nazywać „szalonymi latami dziewięćdziesiątymi”, ekipa Jelcyna dokonała kilku prób integracji Rosji ze strukturami Zachodu (UE i NATO). I pod różnymi pretekstami Moskwie wtedy odmówiono. Zachodni politycy i dyplomaci tłumaczyli wtedy nieoficjalnie, choć nie robili z tego tajemnicy, że „Rosja jest zbyt duża” dla zachodnich struktur. Waszyngton i Bruksela obawiały się, że będąc członkiem UE i NATO, których decyzje formalnie podejmowane są na zasadzie konsensusu, Rosja może blokować niektóre inicjatywy Zachodu i w ogóle postawić pod znakiem zapytania przywództwo USA.

Z mojego punktu widzenia, tamte obawy były niczym nie uzasadnione, a rozpowszechniający je ludzie byli najzwyczajniej głupi, zaś skutki odmówienia Rosji integracji ze strukturami zachodnimi okazały się dla Zachodu zgubne.

 

Dobrze, że odmówili

W rzeczywistości proces przyjmowania w poczet członków UE i NATO opatrzony jest tak wieloma warunkami, wymaga zgodności tylu dowolnie zdefiniowanych kryteriów i przyswojenia setek obowiązujących już przepisów i regulaminów, że zaraz po rozpoczęciu negocjacji Moskwa poniosłaby poważne koszty w polityce zagranicznej, wewnętrznej i gospodarczej, a także podważyłaby własne bezpieczeństwo.

Przyjęcie odpowiednich standardów zadałoby taki cios gospodarce w ogóle, a sektorowi obronno-przemysłowemu w szczególności, że do dnia dzisiejszego nawet posiadanie arsenału jądrowego (jeżeli byłby on jeszcze przez nas kontrolowany) nie uratowałoby kraju przed statusem półkolonii, w pełni porównywalnym ze statusem Bułgarii, Rumunii czy krajów nadbałtyckich.

A poza tym, głos Rosji w NATO czy w UE miałby formalnie taką samą wagę, jak np. głos Estonii, natomiast grupy państw składających się na bałtycko-czarnomorski łuk poradzieckiego pogranicza (blokujące w interesie USA rosyjsko-niemiecką komunikację) dysponowałyby znaczną przewagą głosów nad Moskwą. Nawiasem pisząc, trzebaby było też wdrożyć trzeci pakiet energetyczny (obowiązek członka UE) i trzebaby było robić wiele innych głupot wspólnie z zachodnimi „przyjaciółmi i partnerami”, kompromitując się i swoimi własnymi rękami niszcząc własnych potencjalnych sojuszników. W sumie, nie byłoby teraz ani Unii Eurazjatyckiej, ani SOW (Szanghajskiej Organizacji Współpracy), a Rosja byłaby jednym z kilkudziesięciu równorzędnych, wyzutych ze swych praw europejskich wasali USA.

Ale, szczęśliwie dla nas, Zachód przeszedł obok tej możliwości lekceważąco, za darmo rezygnując (a Rosja była jeszcze gotowa mu dopłacić) z otrzymania tego, czego potem domagał się przez ostatnie piętnaście lat, nie szczędząc krwi i wytężając teraz wszystkie swe siły, co przeszło już w „zmęczenie materiału”.

 

Nowe kraje Europy – główny ciężar UE

Przy czym, o ile Stany Zjednoczone tkwią jeszcze w iluzji możliwości odniesienia globalnego zwycięstwa, to Unia Europejska już od co najmniej dwóch lat rozumie, że nie jest już jednym z myśliwych planujących podział łupu, lecz ofiarą, którą inni będą dzielić.

I tu okazało się, że ciężarem dla UE nie jest wcale Rosja, która rzekomo mogła „podważyć jedność europejską i transatlantycką”, lecz właśnie ta sama „nowa” (Wschodnia) Europa poradzieckiego pogranicza, którą tak radośnie i gorliwie wciągano do Eurosojuza poczynając od 2004 roku.

Bo właśnie wzdłuż wschodniej granicy Niemiec, Austrii i Włoch przechodzi „wododział” Europy na „starą”, wciąż jeszcze gotową (choć nie bez problemów) zmieniać przyjaciół dla ochrony swych interesów, oraz „nową”, która grzęznąc w ideologicznym i wojskowo-politycznym obozie USA ględzi o jakichś szczególnych „demokratycznych” wartościach, choć w większości „nowoeuropejskich” krajów nie znajdziesz ich nawet w dzień i ze świecą w ręku.

W krajach „nowoeuropejskich” spotykają się odpowiedni politycy, na przykład prezydenci Czech Wacław Klaus i Miłosz Zeman, były premier Słowacji Włodzimierz Meciar, czy obecny premier Węgier Wiktor Orban, ale nie ma tam odpowiedniej polityki. Siły „euroatlantyckie”, wspierane przez USA, powoli wprawdzie, ale jednak stanowczo stawiają na swoim, upatrując misję swoich krajów w tym, by zostały one częściami składowymi „kordonu sanitarnego” pomiędzy Rosją i „starą Europą”.

W zasadzie, takie podejście „nowoeuropejczyków” nie może dziwić. Ani w chwili wejścia do UE, ani też obecnie żadne z tych państw, z wyjątkiem, być może, Czech, nie spełniało nawet minimalnych wymagań UE. Stały się one częścią błędnego schematu wewnątrzeuropejskiej kolonizacji, w ramach której „stara Europa” wyzwalała „nowoeuropejczyków” od konieczności posiadania własnej gospodarki, za wyjątkiem sfery usług i turystyki, przechwytując jednocześnie ich rynki zbytu. A siła nabywcza ludności była zabezpieczana kredytami tejże „starej Europy” i MFW. W rezultacie „nowoeuropejczycy” brali pieniądze od „starej Europy”, żeby oddawać jej w zamian towary i pozostawać przy tym zadłużonymi.

W takim systemie nowa Europa mogła liczyć choćby na pozór politycznego równouprawnienia ze starą, jedynie opierając się na poparciu USA. Właśnie dlatego „nowoeuropejczycy” są przeważnie bardziej proamerykańscy, aniżeli Departament Stanu, Kongres i CIA razem wzięte.

 

Która część Europy jest bliższa Rosji

Rozumie się, że z taką „nową Europą” Rosja nie miała i nie może mieć zgody. Te kraje żyją z jałmużny (nazywanej w języku politycznej poprawności kredytami), a zatem nie mają swoich interesów gospodarczych. Ochłapy gwarantowane są im tak długo, jak długo posłusznie podążają torem polityki zagranicznej USA. W konsekwencji, ich polityczna niezależność jest niemożliwa.

Ze „starą Europą” sytuacja jest bardziej złożona. Przez długi czas ona także była zadowolona z amerykańskiej dominacji. Nieuciążliwa rezygnacja z własnej polityki zagranicznej zabezpieczana była przez amerykański parasol wojskowo-polityczny. Przy czym, Stany Zjednoczone – niczym tygrys z szakalami – regularnie dzieliły się z Europejczykami łupami i nawet oddały „staroeuropejczykom” Europę Wschodnią w kolonialne niewolnictwo – wyłącznie za uznanie w zamian amerykańskiej dominacji wojskowo-politycznej.

Jednakże, począwszy od kryzysu w 2008 roku, a w rzeczywistości znacznie wcześniej, widać było wyraźnie, że Stany Zjednoczone coraz bardziej słabły, aż w końcu nie były już, po prostu, w stanie ponosić samodzielnie uciążliwych kosztów globalnej dominacji. Z początku próbowały więc zmusić Europę do znacznego zwiększenia budżetów wojskowych (napotykając tu opór właśnie „staroeuropejczyków”). Następnie próbowały przerzucić na UE ciężar zabezpieczenia obecności wojskowej w poszczególnych regionach planety. Szybko jednak okazało się, że europejskie armie zostały stworzone przy założeniu, że będą jedynie ubezpieczać działania armii amerykańskiej, a samodzielnie nic zdziałać nie mogą, nawet podtrzymywać okupacyjnego reżimu w Afganistanie. Aż wreszcie, Stany Zjednoczone przeciążyły się w konfrontacji z Rosją, Chinami i całym szeregiem mniejszych przeciwników. Stało się jasne, że nie dotrzymają pola bez ograbienia starej Europy, co odbywa się według tego samego schematu, według którego stara Europa grabiła dotąd nową.

W innych czasach Unia Europejska po prostu przeszłaby pod rosyjski parasol wojskowo-polityczny – i tak by się skończyła historia amerykańskiego hegemonizmu. Lecz do początku lat dziesiątych XXI w. Stany Zjednoczone miały trzy niezawodne dźwignie do blokowania europejskiej samodzielności. Po pierwsze, posłusznych wschodnioeuropejskich satelitów. Po drugie, zorientowaną na Waszyngton brukselską eurobiurokrację, której działalność była obiektywnie sprzeczna z narodowymi interesami krajów członkowskich UE, ale w pełni satysfakcjonowała Stany Zjednoczone. Po trzecie, wyrosłą w ciągu ostatnich 25 lat plejadę narodowych europejskich polityków, wychowanych w duchu euroatlantyckiej solidarności, bezdyskusyjnie przyjmujących koncepcję amerykańskiego przywództwa i do tego siedzących na haku kompromitujących ich materiałów.

W rezultacie, wszystkie próby podejmowane przez Rosję, by dotrzeć do europejskiej elity z politycznymi ofertami odpowiadającymi strategicznym interesom Rosji i UE – okazały się daremne. Europa wychodziła im naprzeciw dokładnie do tego momentu, w którym Stany Zjednoczone pociągały za smycz.

Jednakże w ostatnich latach, zwłaszcza po rozpoczęciu się kryzysów syryjskiego i ukraińskiego, autorytet USA został kilka razy poważnie osłabiony, a koncepcja ich monopolistycznej dominacji została zniszczona przez Rosję, odzyskującą spokojnie Krym, wbrew histerii Waszyngtonu, i nie mniej spokojnie robiącą to, co uważa za słuszne na Bliskim Wschodzie.

Przeciąganie się kryzysów - ukraińskiego i syryjskiego (czyli klęska zachodniego blitzkriegu) nie tylko pozbawiło Europę tych łupów, którymi zamierzała ona pokryć swoje koszty, ale i postawiło ją na skraju katastrofy (rujnujące ją sankcje przeciwko Rosji i kontrsankcje, problemy z ukraińskim szlakiem transportowym surowców energetycznych, obficie nasycony terrorystami strumień uchodźców z Bliskiego Wschodu). A do tego doszły jeszcze wyraźne plany Waszyngtonu, by pozbawić Europę dostępu zarówno do bliskowschodnich, jak i rosyjskich surowców energetycznych i zmusić ją do kupowania gazu i ropy od Stanów Zjednoczonych po wygórowanych cenach.

 

Oś Paryż – Berlin – Moskwa

Unia Europejska stanęła przed smutnym wyborem: umrzeć, czy wejść w sojusz z Rosją. Nowa Europa (oprócz wciąż jeszcze walczących Węgier) w spodziewany sposób wybrała śmierć pod patronatem USA. Stara zaś, na poziomie elit, była gotowa podążyć za nową. Ale okazało się, że konsensusowi proamerykańskich elit przeciwstawia się rozszerzający się ruch mas narodowych. We Francji i w Niemczech, w Grecji i we Włoszech coraz większym poparciem wyborców zaczęli się cieszyć działacze jawnie аntyamerykańscy i otwarcie proponujący orientację na Rosję jako alternatywę dla „euroatlantyckiej” solidarności.

W rezultacie, Unia Europejska podzieliła się na trzy części. Francusko-niemiecki rdzeń, do którego lgną Włochy i Grecja, ku któremu ciągną Węgry i przypatruje się mu Hiszpania. Ten segment gotowy jest do współpracy z Rosją, ale na razie nie widzi możliwości zmiany polityki bez rozwalenia Unii Europejskiej.

Pograniczne wschodnioeuropejskie peryferia, a także Skandynawia i kraje Beneluksu zorientowane są na Stany Zjednoczone i gotowe są nawet umrzeć, byle tylko nie zdradzić polityki  iluzji „euroatlantyckiej solidarności”.

I wreszcie jest Wielka Brytania, a także Dania, które, sądząc po wszystkim, straciły już nadzieję, że Unię Europejską w każdym przypadku (jakakolwiek koncepcja by nie zwyciężyła) uda się ocalić, i dlatego delikatnie przygotowują warunki dla swojego wyjścia z tej rozsypującej się struktury.

Jak więc widzimy, tylko francusko-niemiecki rdzeń i оrientujące się nań kraje są interesujące z punktu widzenia perspektywicznej polityki rosyjskiej na kierunku europejskim. Trzeba przy tym rozumieć, że zachowanie jedności Unii Europejskiej nie jest już możliwe, a jeżeli jakimś cudem się ona utrzyma, to wyłącznie pod amerykańskim protektoratem i tylko w oparciu o zasady rusofobiczne. W tym samym czasie zorganizowanie osi Paryż-Berlin-Moskwa (z udziałem tych państw europejskich, które będą gotowe dołączyć do takiego sojuszu) automatycznie rozwiąże problem krajów pogranicza. Nie ma komu utrzymywać Europy Wschodniej, bo nawet przecież Stany Zjednoczone nigdy nie planowały podjęcia się tej zaszczytnej misji, a to oznacza, że tak czy inaczej, po dobroci, albo pod przymusem, Europa Wschodnia przechodzi do strefy wpływów nowego bloku.

W ten sposób, jak to już nie raz bywało w naszej historii, klucze do Europy, a wraz z nimi klucze do zakończenia konfliktu globalnego znajdują się w Berlinie i w Paryżu. Różnica polega tylko na tym, że kiedyś przychodziliśmy po nie w asyście polowych armii, a obecnie trzeba je zdobyć metodami politycznymi i dyplomatycznymi.

 

/Z rosyjskiego tłum. Grzegorz Grabowski/

KOMENTARZE

  • nihil novi sub sole
    Artykuł ciekawy, acz nie odkrywczy.
    Od 2004 roku , musiałem czekać ponad 10 lat, aż osoba w randze ministra potwierdziła moje obawy, że "Polska istnieje już tylko teoretycznie". I żadne zaklęcia już tu nie pomogą. Rzeczpospolita jest (jeszcze !) tylko areałem z tuziemcami.... A i to niedługo.
  • @nana 16:28:09
    Jak zwykle dużo słusznych uwag i prawidłowa konkluzja. Pozdrawiam najserdeczniej. BJ
  • Smutna rocznica żydowskiej UE !!!!
    Słowianie ! w lutym 2016 mija pierwsza rocznica drukowania przez UE
    EURO BEZ POKRYCIA ! czytaj puste lipne euro ! [ 60 mld euro m-c ] to jest wkład żydowski w ten żydowski interes zwany Unią Europejską !
    !
    Apel do Słowian ! zwiewajmy z tego żydowskiego geszeftu czym prędzej
    bo to mafia która ma za zadanie zniszczyć narody europy ! dla żydów
    państwa narodowe europy to faszyści nacjonaliści !
    !
    europejczycy to dziś zakneblowane społeczeństwo nie mające nic do gadania ! rozbrojone upokorzone społeczeństwo i przygotowywane do roli służenia żydowskiej mafii komisarzy UE !
    !
    Ireneusz Tadeusz Słowianin Lach !
    DOSTĘP DO BRONI PALNEJ JEST PRAWEM CZŁOWIEKA WOLNEGO ! precz z żydowskim prawem blokowania dostępu do broni obywatelom !! Precz z żydo-mafią !!!!!
  • @nana 16:28:09
    GENIALNY KOMENTARZ NANA! Dla takich komentarzy i artykułów Bogusława Jeznacha warto wchodzić na Neon24. Jesteście mistrzami!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031