Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
3904 posty 1831 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Czardasza czas zacząć

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

CO PISZĄ INNI: Jakub Korejba, oryginalny publicysta niezależny (prorosyjski, ale i propisowski) ocenia zbliżenie polsko-węgierskie na tle perspektyw UE.

Wizyta Beaty Szydło w Budapeszcie nie jest wydarzeniem epokowym i nie odmieni układu sił w Europie. Stanowi jednak wyraźną deklarację ideową i może stać się początkiem ewolucji naszego regionu w kierunku o którym nie śniło się naszym filozofom.

Skłonny do emfazy i teatralnych gestów, wiecowy wyjadacz Wiktor Orban tym razem dotknął prawdy, kiedy po spotkaniu z polską premier entuzjastycznie stwierdził, iż ewolucja wypadków w Europie Środkowo-Wschodniej określi w najbliższych latach historię całej Europy. To bowiem w naszym regionie konkretne polityczne ucieleśnienie znajdują idee, które jeszcze niedawno obłożone były całkowitym brukselskim tabu: o funkcjonowaniu UE i pozycji w niej krajów naszego regionu można było mówić wyłącznie w superlatywach, z nabożną czcią i na kolanach, przy każdym słowie uważając, aby nie urazić „państw-założycieli" i stojących na straży ich dziedzictwa eurokratów.

Wszelkie zgrzyty i niejasności skrzętnie zamiatane były pod dywan, a coraz bardziej oczywiste strukturalne (a więc takie, które założone są w samej istocie funkcjonowania UE na obecnych zasadach i których nie da się usunąć bez zasadniczej reformy całości) problemy lekceważone były pod hasłami „przejściowych trudności" i „nieistotnych szczegółów". Pogrążająca się w niewydolności, stwarzająca problemy zamiast je rozwiązywać Unia całkowicie ignorowała głosy rozsądku zmierzające do podjęcia trudu reform i dopiero zagregowany wpływ kryzysu finansowego, fali uchodźców, groźby Brexitu i realnej szansy objęcia w czołowych państwach UE władzy przez skrajnych populistów przesunął postponowane jako oszołomstwo wołanie o opamiętanie z niszy „nacjonalistycznych urojeń" do mainstreamu europejskiego dyskursu.

Osobiście byłem przekonany, iż po zmasowanym zwycięstwie PiS-u i podjętych przez rząd Kaczyńskiego inicjatywach eurofederaści wraz z polskimi euro-kreolami załatwią sprawę „demokratycznego wyboru większości" tak, jak rozegrali kwestię wyborów w Austrii, referendum w Irlandii czy przyjęcia „pakietu pomocowego" w Grecji.

A jednak, mimo zachęt z brukselskiej góry i szczerych chęci warszawskiego dołu nie odważyli się i zawdzięczamy to trzem ludziom: Cameronowi (o czym w następnym tekście), Putinowi (którego boją się bardziej niż Kaczyńskiego) i Orbanowi właśnie.

Tworzący się na naszych oczach sojusz Wisły z Dunajem nie jest tylko koalicją zrozpaczonych i rozczarowanych. Jego podstawą jest stosunkowo rzadko spotykana w stosunkach międzynarodowych wspólnota poglądów, celów i interesów gospodarczych, która łączy kierownictwo obu państw. Oś Warszawa-Budapeszt posiada trzy mocne wsporniki:

Po pierwsze — ideologia. Orban i będąca awatarem Jarosława Kaczyńskiego Beata Szydło zgodni są w swoich poglądach co do zasad układania życia wewnątrz państw jak i między nimi w ramach wspólnoty europejskiej. Zarówno oni osobiście, jak i stojące za nimi partie i wyborcy w pełni zdają sobie sprawę, iż liberalny raj na Ziemi, który w pocie czoła budowano w UE przez ostatnie ćwierć wieku właśnie wali się w gruzy: w warstwie ideologicznej europejski projekt nie jest już w stanie nikogo do niczego zainspirować i jego fiasko jest tylko kwestią czasu o czym premier Węgier wiedział od dawna. Różnica między Szydło (i generalnie kaczystami) a Tuskiem jest taka, iż ona nie uważa, iż to coś złego — wręcz przeciwnie powrót do Europy ojczyzn jest tradycyjnym postulatem europejskich konserwatystów.

Po drugie — pieniądze. Zarówno Polska jak i Węgry czują się stanowczo niekomfortowo w roli pogrążającej się w „pułapce średniego dochodu" surowcowej okrainy niemieckiej gospodarki. Dla obu państw jest oczywiste, iż Unia Europejska przekształcona w listek figowy mało finezyjnie przesłaniający rosnącą hegemonię największego jej członka funkcjonuje w sposób coraz bardziej oczywisty przeciwko interesom mieszkańców państw, od głosów których zależy polityczna przyszłość obu ekip. I, o ile poprzedni polski rząd mógł liczyć na miękkie lądowanie w ukochanej „Bru", o tyle stygmatyzowani jako „autorytarni nacjonaliści" członkowie ekip Kaczyńskiego i Orbana swoje interesy oprzeć mogą wyłącznie na woli własnych narodów. A te będą dla nich skłonne tylko wtedy, jeżeli odczują realną poprawę jakości życia.

Po trzecie — geopolityka. Polska i Węgry przyjmują wobec istniejącego w regionie porządku pozycję państw-rewizjonistów. Oba państwa żyją przekonaniem, iż ich faktyczna rola w kształtowaniu stosunków w szeroko pojętej Europie Wschodniej nie odpowiada ani historycznym tradycjom, ani ambicjom elity ani rzeczywistemu potencjałowi — oba kraje, w mniemaniu swoich przywódców i znacznej części społeczeństwa od lat grają znacząco poniżej stawki i nie realizują posiadanego kapitału w postaci tworzenia strefy wpływów.

Zarówno Polska, jak i Węgry widzą siebie w roli regionalnego sworznia spajającego zgrupowane wokół nich mniejsze państwa: i tak się akurat składa, iż Warszawa i Budapeszt są w stanie pogodzić swoje interesy „dzieląc się" państwami Europy Środkowo-Wschodniej w sposób respektujący interesy partnera (proszę zwrócić uwagę, iż Kaczyński ani słowem nie skrytykował umowy stulecia na budowę elektrowni w Paks, a Orban nie komentuje ruchów Polski w sprawie dalszych losów gazoportu i ukraińskiego tranzytu). A ponieważ zmiana granic w regionie jest dziś niemożliwa (tzn. po prostu nieopłacalna), ekspansja może dokonać się wyłącznie „innymi środkami": gospodarczymi, finansowymi i przy pomocy miękkiej siły.

Jak widać, Polska i Węgry mają w Europie dużo do zrobienia i dziś wygląda na to, iż Szydło z Orbanem gotowi są zatańczyć z Brukselą i Berlinem czardasza, któremu od paru już lat przygrywa węgierski premier. Oby tylko nie okazało się, iż za jakiś czas powtórzy on słowa swojego wybitnego ziomka Stefana Batorego: „Fantazji w Polakach dużo, ale gdy się słowa wyczerpią, do czynu ochoty i sił im brak".

 

KOMENTARZE

  • Korejba nic nie rozumie
    Korejba jak zwykle, miesza marzenia z rzeczywistością. Prawda jest inna: Orban dba o interes swojego kraju - Węgier, a Kaczyński o interesy USA. Orban nie jest rusofobem, a Kaczyński nim jest i to chorobliwym. Orban nie ulega szantażom UE i realizuje interesy Węgier jak chodzi o muzułmańskich imigrantów, a Kaczyński potulnie przyjmuje narzuconą na liczbę muzułmanów i przyjmie kolejnych.
  • @jazmig 20:01:30
    Ale lubię Korejbę, bo jest jednym z nielicznych dziennikarzy, który szuka po każdej stronie pozytywów, a nie tylko żywi się nieszczęściem i padliną jak większość. Owszem, myli się często, bo lubi śmiałe tezy i one go niosą czasem tam, gdzie chyba nie zmierzał. To jednak jeden z lepszych dziennikarzy politycznych w Polsce. Pozdrawiam BJ

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031