Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
4045 postów 1888 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Schetyna szuka pracy

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

CO PISZĄ INNI: Jakub Korejba o pomyśle ministra Schetyny na względnie miękkie lądowanie za europejskie pieniądze.

Grzegorz Schetyna już niedługo nie będzie ministrem, postanowił więc poszukać nowej pracy. I trzeba przyznać, iż akurat do siania antyrosyjskiej propagandy ma zarówno szerokie kompetencje, wieloletnie doświadczenie, jak i tak zwany dryg, czyli po prostu zamiłowanie.

Szef polskiej dyplomacji pojechał do Brukseli po pieniądze na rosyjskojęzyczną telewizję (bo po cóż jeszcze miałby jeździć na Zachód minister III RP — przeca  nie na poważne negocjacje). Słuchając histerycznych deklaracji o „konieczności zatrzymania toczącego się przez Europę walca rosyjskiej propagandy" trudno uwierzyć w szczerość jego intencji. Gdyby bowiem rzeczywiście chodziło o stworzenie obiektywnego, profesjonalnego medium w języku Puszkina, to czyż przeżywająca pod rządami „Słuchającej, Rozumiejącej, Pomagającej" (swoją drogą, hasło brzmi, jakby wymyślił je towarzysz Mao, choć świetnie nadaje się na przykład na dewizę ABW) „najlepszy od 500 lat" okres prosperity, nie mogłaby wysupłać miliard euro rocznie na tak fundamentalny dla naszej tożsamości międzynarodowej projekt? Problemem nie powinny być także kadry, bowiem, mimo, iż najlepszy w Polsce specjalista od rosyjskich mediów jest akurat zajęty, to wbrew wieloletnim wysiłkom państwa, jest jeszcze w kraju kilka osób sposobnych sklecić po rosyjsku parę sensownych zdań.

Tymczasem, choć Ryszard Ochódzki polskiej dyplomacji na prawo i lewo mówi „to jest nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo" nie zdecydował się wcielać w życie swego pomysłu w Warszawie, ale pojechał z nim do Brukseli. Chodzi tu bowiem nie tylko o element kampanii wyborczej (że my, wicie, w ty Europie dużo możemy — jak już nie robić, to przynajmniej gadać z telewizora), ale także o europejską kryszę na po wyborach — jeżeliby Schetyna TV powstała na podstawie polskiego prawa, to zapewne nowy rząd skasowałby jej kierownictwo w pierwszym pakiecie ustaw „detuskizacyjnych".

Kiedy wieloletni partyjny aparatczyk, ten, co to „przy Tusku był jak Stalin przy Leninie", twierdzi, iż chce zrobić coś dobrego dla ludzi, to samo w sobie wydaje się to podejrzane. A jeżeli jest to „europejski projekt polskiego autorstwa", to nie ma wątpliwości, iż chodzi o skok na kasę i stanowiska — zarówno pan minister, jak i wielu jego współpracowników ma uzasadnione powody sądzić, iż po najbliższych wyborach zostaną pozbawieni nie tylko wynikających z pełnienia władzy pieniędzy i zaszczytów, ale być może także i bardziej podstawowych ludzkich potrzeb. A dyrektora dużej i spełniającej „dziejową" funkcję europejskiej agendy aresztować pisowskim prokuratorom będzie zapewne trudniej niż szeregowego, choć zasłużonego w utrwalaniu tuskizmu-kopaczyzmu i niegdyś budzącego grozę posła opozycji.

Znamienne, iż tym, co uratować ma skórę, dochody i poczucie własnej wartości członków „najgorszego rządu w historii III RP" ma być projekt rosyjskojęzycznej telewizji, co do której nikt nie pozostawia wątpliwości, iż pełnić ma rolę propagandowej tuby wobec mówiących po rosyjsku mieszkańców państw UE (uważanych przez własne rządy za piątą kolumnę i traktowanych jak obywatele drugiej kategorii), oraz mieszkańców samej Rosji i innych państw byłego ZSRR — tam Schetyna Today ma pełnić rolę moralnego wsparcia dla przeciwników „reżimu" i torować drogę kolejnym kolorowym rewolucjom. I jeżeli polski minister, któremu twardy przez lata grunt politycznej kariery usuwa się spod nóg rzuca pomysł w tej właśnie sferze, to zapewne uważa, iż ma on duże szanse chwycić na europejskich salonach. Warto zapytać dlaczego.

Otóż okazuje się, iż europejscy przywódcy, jak i zapewne część społeczeństw, naprawdę wierzą w gorące zapewnienia przedstawicieli wschodnioeuropejskich „państw frontowych" — czyli, jak to zgrabnie wyraził się o nich Dmitrij Rogozin - „natowskiego komsomołu", iż ze strony rosyjskich mediów coś im stale zagraża. Ponieważ bajka o rzekomym niebezpieczeństwie natury wojskowej (narracja: „wczoraj Tbilisi, dziś Kijów, jutro Ryga") przestaje działać, w orwellowskiej logice protagonistów antymoskiewskiej krucjaty brak zagrożenia ze strony Rosji jest najlepszym dowodem na jego istnienie: właśnie, mówi Schetyna z kolegami, Rosja nikogo nie zaatakowała czołgami, dlatego, iż robi to przy pomocy telewizora, radia i internetu. I dlatego to właśnie na polu polityki informacyjnej należy podjąć kontrofensywę, oczywiście pod sztandarem demokracji i praw człowieka i pod dowództwem specjalistów „czujących rosyjskie intencje siłą historycznej pamięci".

Prezentowana w tej kwestii logika jest typowym przejawem taktyki „łapać złodzieja" czyli przypisywania Rosji własnych intencji polegających na chęci informacyjnej obróbki społeczeństw poradzieckich (i szerzej, ruskojęzycznych) w celu uwarunkowania ich na konkretne zachowania społeczne i polityczne. Wydaje się, iż politycy liczący na ideologiczne, a potem gospodarcze i polityczne „oswojenie" terytoriów za Bugiem, Prutem i Araksem naprawdę przestraszyli się oddziaływania stworzonych w Rosji, niezależnych od „Waszyngtońskiego KW" środków przekazu, które, jak Russia Today czy Sputnik są nie tylko rzetelne, ale także i atrakcyjne.

Drugim problemem dla proroków europejskiej idei, jest narastająca świadomość, iż w obecnym kształcie Unia Europejska nie spełnia pokładanych w niej nadziei: coraz więcej osób w Europie postrzega brukselską nadbudowę bardziej w kategoriach hamującego rozwój balastu niż smaru dla trybów wspólnego dążenia ku lepszemu życiu. I kiedy francuscy narodowcy, hiszpańscy bezrobotni, brytyjscy eurosceptycy czy greccy bankruci szukają odpoczynku od coraz bardziej nielicującej z rzeczywistością euro-propagandy sukcesu, to zwracają oni swój wzrok ku rosyjskim mediom, które nie wahają się podejmować trudnych i bolesnych tematów. Prezentują inny punkt widzenia, który w danym wypadku, paradoksalnie, nie jest „pozycją Kremla" ale odzwierciedla odczucia i poglądy milionów ludzi na Starym (!) Kontynencie.

W tej sytuacji, politycy, którzy całą swoją karierę oparli na prorokowaniu europejskiej dobrej nowiny stają się tracącymi znaczenie i wiarygodność faryzeuszami i uczonymi w piśmie, a lud odwraca głowę ku światłu ze Wschodu. I właśnie dlatego, oddziaływanie rosyjskich mediów należy zahamować, nie przez podjęcie rzeczowej dyskusji, ale poprzez zmasowanie działania propagandowe i manipulację. Zakrzyczeć, ośmieszyć, a najlepiej zlikwidować. A do tego zadania główny cyngiel partii rządzącej i inni bezrobotni platformersi nadają się zapewne lepiej niż ktokolwiek inny.

W innym kontekście, powstanie w Europie rosyjskojęzycznego kanału byłoby świetną wiadomością: dla rzetelności i wysokiego poziomu przekazu medialnego nie ma nic lepszego niż zdrowa rywalizacja i szeroka konkurencja. W kontekście istniejącym, można spodziewać się z jej strony prymitywnej gry na obniżenie poziomu, dewaluację zasad i psucie dobrych zwyczajów. Pozostaje mieć nadzieję, iż target, na którym niedoszły Gierek Platformy (która od „Gomułki" przeskoczyła od razu do „Jaruzelskiego") chce zrobić dalszą karierę odniesie się do nowego projektu tak samo, jak państwa poradzieckie do „epokowego" wynalazku jego poprzednika pod nazwą „Partnerstwo Wschodnie".

 

KOMENTARZE

  • schetyna na Upadlinę
    Niech tam wyp...ala ten pro-banderowski pachoł.Może dostanie od przyjaciół widły(w plecy),czego mu szczerze życzę.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031