Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
3823 posty 1806 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Merkel über alles

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

CO PISZĄ INNI: Jakub Korejba przewiduje Grexit i ocenia je jako triumf Niemiec.

 

Dynamika kryzysu greckiego daje ciekawą lekcję poglądową na temat tego czym na przestrzeni ostatnich lat stała się Unia Europejska i jaką rolę pełni w niej przywódczyni Niemiec.

Po fiasku rozmów między rządem greckim i jego wierzycielami stało się jasne, iż Unia Europejska nie jest żadną „wspólnotą wolnych narodów zgodnie zdążających ku wspaniałym celom świetlanej przyszłości", ale, jak niegdyś wyrażali się ekonomiczni doradcy Adolfa Alojzowicza „gospodarką wielkiego obszaru", a więc ogromną kontynentalną strefą ekonomicznych wpływów Niemiec.

Gwoli jasności należy podkreślić, iż powyższe stwierdzenie nie ma charakteru moralnego osądu: jest raczej stwierdzeniem obiektywnie istniejącego stanu rzeczy, a nie wołaniem o jego rewizję. Jest bowiem oczywiste, iż na dłuższą metę niemożliwe jest utrzymywanie Niemiec w sytuacji „gospodarczego giganta i politycznego karła". Ogromny potencjał, do tego jeszcze doskonale zarządzany, tym bardziej na tle rażących błędów i fatalnych zaniechań przywódców innych państw Europy, w którymś momencie musiał dać efekt w postaci całkowitej dominacji Republiki Federalnej w kolejnych dziedzinach życia: po przemyśle, handlu, transporcie, bankowości, w końcu przyszedł czas także i na kwestie prawne i instytucjonalne.

Przez ostatnią dekadę Europa rozwijała się (lub, w przypadku krajów PIIGS — zwijała) w tempie, które sprawiło, iż dziś wszystkie drogi w niej prowadzą do Berlina. Przekonali się o tym boleśnie kolejni przywódcy państw popadających w kłopoty, na czele z premierami Grecji: na boisku zwanym Unia Europejska sędzia jest jeden, nosi koszulkę z czarnym orłem i niesłuchanie jego gwizdka prowadzi do wyrzucenia z boiska. Bełkoczący coś o woli ludu, demokracji i solidarności premier Cipras nawet chyba nie zorientował się z kim i w co gra on sam a wraz z nim cały kraj: w euro-Rzeszy nie dyskutuje się z gospodynią Reichskancelarii, tylko wypełnia przychodzące z Berlina via Bruksela „rekomendacje". Niemiecki dyktat jest faktem, z którym liczyć musi się dziś każdy polityk, przedsiębiorca i zwykły obywatel, a o sile jego oddziaływania najlepiej świadczą wydawane na wyścigi deklaracje (jeszcze niedawno straszących niemieckim zagrożeniem — kto nie pamięta, niech wspomni minister Fotygę) polityków PiS-u utrzymane w tonie „nie drażnić Berlina" „mniejsze zło" i „jakoś się dogadamy" oraz przedstawicieli ich zaplecza intelektualnego najzupełniej otwarcie twierdzących, iż „w 39-ym, trzeba było przepuścić Hitlera do Uralu".

Grecka tragedia obnażyła prawdę, o której Angela Merkel i niemiecka klasa polityczna woleliby jak najdłużej milczeć: nie po to bowiem trwonią ogromne sumy na utrzymanie setek gadających o niczym głów w Europarlamencie, tabunów euro-czynowników i komisarzy dla każdego kraju, stwarzających pozory równości, aby z dnia na dzień świat zarzucił im to najgorsze, w imię czego ich przodkowie rozpoczynali w przeszłości w Europie tyle wojen. Niemiecka dominacja nad kontynentem miała bowiem pozostać geopolityczną tajemnicą Poliszynela: niby wszyscy wiedzą, jak liczone są składki, rozdzielane pieniądze i stanowiska i kto w rezultacie jest „płatnikiem netto", ale po to stworzono gigantyczną biurokratyczną i propagandową nadbudowę, aby natura funkcjonowania bazy nie wyszła na jaw.

W imię podtrzymywania fikcji o „korzystnym dla wszystkich uczestników Wspólnoty, dobrowolnym aliansie bez precedensu w historii i analogii w świecie" Merkel, od początku kryzysu gotowa była nawet wydać na Grecję dziesiątki miliardów euro, byle tylko rozmowy toczyły się w zaciszu gabinetów a decyzje zapadały bez zbędnego szumu i kontrowersji. Zgodnie bowiem z wieloletnią praktyką niemieckiego zarządzania UE, nie ma w Europie kraju czy polityka, którego nie dałoby się kupić — każdy ma swoją cenę, czasem wysoką, ale zawsze wymierną. I dlatego właśnie, premier Grecji, który postanowił poddać podyktowane mu warunki programu pomocy pod rozwagę ludzi, będących dotąd w istocie nie więcej niż szeregiem cyfr na papierach sporządzanych przez przywódców i bankierów stał się dla Berlina i podporządkowanej mu Brukseli pariasem, który musi odejść. I zapewne odejdzie, zabierając swój kraj ze strefy euro, a być może i z całej Unii. Obnażył on bowiem mechanizm funkcjonowania Wspólnoty, w której poprzez korumpowanie narodowych elit jeden kraj realizuje projekt całkowitego podporządkowania sobie kontynentu pod pozorem wspólnego projektu w imię szczytnych celów.

Trudno wyrokować, czy była to głęboko przemyślana pokerowa zagrywka, czy obnażenie nagości niemieckiego króla Europy wyszło przypadkiem, jednak niezależnie od intencji Grexit stanie się dla przyszłych pokoleń datą epokową: symbolem momentu, w którym dla wszystkich mieszkańców Unii Europejskiej stało się jasne, iż niezależnie od górnolotnej retoryki i pozorowanych biurokratycznych ruchów realizacja projektu Wielkich Niemiec pod błękitną flagą w złote gwiazdy stała się faktem.

Angela Horstowna może być z siebie dumna: udało jej się zrealizować to, o czym marzyli jej poprzednicy na urzędzie kanclerskim: w całej Europie, nie ma ani jednego rządu, który byłby w stanie podjąć strategiczną decyzję bez konsultacji z Berlinem. I, wbrew pozorom, które stwarza historia niemieckich potworności popełnionych w imię dominacji nad innymi narodami, nie jest to wcale powód do rozpaczy czy lamentu: projekt zrealizowany został przy współudziale demokratycznie wybranych elit politycznych, gospodarczych i intelektualnych wszystkich państw Unii Europejskiej i trudno uznać, iż podpisując kolejne traktaty czy odfajkowując kolejne głosowania w Radzie UE nie zorientowali się oni, w czym biorą udział.

Mówiąc kolokwialnie, Merkel ma na wszystkich „kwity" i w sytuacji prób kontestacji swojej pozycji, może w każdej chwili pomachać nimi przed oczami mówiąc, iż „przecież sami się na to zgodziliście". Tylko głupi, na miejscu Niemiec nie skorzystałby z nadarzającej się fantastycznie korzystnej koniunktury, która pozwoliła po cichutku zrealizować to, o czym głośno marzyły pokolenia Niemców. Dlatego właśnie, nawet upadek Grecji i pogrążenie jej mieszkańców w wieloletniej nędzy nie zmieni logiki funkcjonowania Unii Europejskiej i co więcej, być może stanie się początkiem niemieckiego „coming-outu" czyli dostosowania retoryki do stanu faktycznego: niewykluczone są zmiany traktatów, powołanie rządu Eurogrupy, eliminacja z klubu potencjalnych kontestatorów i oficjalne usankcjonowanie dotychczas cichego konsensusu berlińskiego, który jest podstawą funkcjonowania Wspólnoty.

Angela Merkel już od dawna jest bowiem carycą Europy, czego nie zmienią rytualne hołdy oddawane regentom w rodzaju Tuska i Junckera czy hojne futrowanie klakierów w Europarlamencie. Jej koronacji dokonał nieoczekiwanie Aleksis Cipras i niewykluczone, iż właśnie w tej roli zostanie zapamiętany przez historię.

 

KOMENTARZE

  • Bardzo niespójny tekst...
    Jak znajdę trochę czasu, napiszę polemikę bo sądzę, że Autor trochę się pogubił i wyszedł przekaz od sasa do lasa. Ale jako przyczynek do dyskusji, doskonały.
  • Niby wszystko prawda, ale...
    Pani Merkel (Niemcy) spełnia jedynie rolę kapo w tym obozie i ma jeszcze nad sobą nadzorców.
    Dwa proste przykłady ilustrujące tę sytuację:
    *podsłuchy
    *konflikt z Rosją i sankcje (wbrew interesom Niemiec)
  • @Robik 01:41:22
    Bardzo słuszna uwaga. To przecież nie Niemcy rządzą światem Zachodu. Korejba chce być politycznie poprawny, więc krytykuje i zauważa tylko tych, których wolno krytykować i zauważać. To oficjalna linia wykładana na katedrach politologii. Pozdrawiam z szacunkiem. BJ

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930