Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
3831 postów 1807 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Obserwatorium rozmaitości (02)

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Opinie i komentarze wg. Il Giornale, Sputnik, Die Welt, Nova Republika, Vox, Russia Today, The Diplomat, Tom Dispatch, Wzgliad

 

 „Ryzyko załamania”

Mimo powtarzania zaklęć i pogłosek o tym, że wkrótce Rosję czeka załamanie gospodarcze, ostatnie dane przeczą tym „prognozom”, pisze obserwator włoskiej gazety „Il Giornale”.„Gospodarka Rosji rzeczywiście znajduje się w recesji, jak i większość państw europejskich, ale nic nie przewiduje tak rozreklamowanego „ryzyka załamania”, (na które wielu tak mocno liczyło)” – pisze obserwator. Według danych gazety stosunek deficytu i PKB w Rosji wynosi 3,6% podczas gdy w okresie największej recesji pomiędzy 2010 i 2012 rokiem wskaźnik ten w USA wynosił 10%, a w strefie euro – 6%. To samo obserwuje się dziś w Wielkiej Brytanii. Wychodzi na to, że Rosja będąc w recesji ma lepsze wskaźniki niż państwa zachodnie, pisze analityk. Jeśli mowa o stosunku długu do PKB, to należy odnotować, że wskaźnik zadłużenia wobec PKB w Rosji w 2015 roku nie przewyższy 18%. „Po prostu dla porównania – średnio w strefie euro ten wskaźnik wynosi 92%, a we Włoszech ponad 130%” – głosi artykuł. Komentując dane o bezrobociu w Rosji autor artykułu zauważa, że wskaźnik bezrobocia 5,8% w Europie rozpatruje się jako jeden z najlepszych. Zachodnie sankcje wpłynęły rzecz jasna na system bankowy w związku z zakazem sprzedaży akcji na rynkach zagranicznych. To znacznie obniża dostęp do kredytów i szkodzi małej przedsiębiorczości, zauważa obserwator włoskiej gazety. „Z drugiej strony jednak, spadek cen ropy naftowej i spadek wartości rubla pomogły Rosji powstrzymać wzrost deficytu dzięki podjętej decyzji o uwolnieniu kursu walut. Ponadto, w porównaniu z kryzysem 1998 roku, w tej chwili Rosja może liczyć na znaczną część rezerw waluty i złota” – głosi artykuł.  Owo „ryzyko załamania” to tradycyjna już czarodziejska formułka, którą Europa wykorzystuje, aby uderzyć w swoich politycznych oponentów. To broń politycznej propagandy” – pisze analityk, zauważając, że w 2011 roku ekonomiczna elita Unii Europejskiej rozpowszechniała pogłoski o załamaniu gospodarczym we Włoszech. „Widmo załamania” wykorzystywano, aby stworzyć atmosferę strachu, konieczną dla kapitulacji Berlusconiego i postawić na jego miejsce zaufanego człowieka z Brukseli” – pisze analityk. Zauważa on, że to hałaśliwe „ryzyko załamania” jakoś wcale nie niepokoi rosyjskiego prezydenta. A Europejczycy, którzy potwierdzili przedłużenie sankcji z rozkazu Waszyngtonu, zostali teraz przez niego ostrzeżeni: w długofalowej perspektywie to właśnie oni mogą zapłacić wysoką cenę. (Il Giornale)

 

Bank BRICS

1 lipcaChiny ratyfikowały porozumienie o utworzeniu Banku Rozwoju BRICS. Pozostali uczestnicy formatu – Rosja, Indie, Brazylia i RPA – zrobili to już wcześniej. Wygląda na to, że bank rozpocznie działalność 7 lipca w Moskwie na pierwszym walnym zgromadzeniu struktur zarządzających. Pierwszym prezesem zarządu będzie Rosjanin. Kraje BRICS tworzą swój Bank Rozwoju jako alternatywę dla Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, aby kredytować projekty korzystne nie dla Stanów Zjednoczonych lub Unii Europejskiej, ale dla nich samych i dla państw rozwijających się. Nowa instytucja finansowa będzie przede wszystkim udzielać kredytów na projekty wewnętrzne. Pozwoli ona krajom BRICS wspólnie promować swoje interesy za granicą. Dlatego ratyfikacja przez Chiny porozumienia o Banku Rozwoju BRICS jest nie tylko i nie tyle promowaniem interesów grupy – powiedział w wywiadzie dla agencji Sputnik żydowski ekspert z rosyjskiego Instytutu Dalekiego Wschodu Jaakow Berger. „To krok zarówno polityczny, jak i finansowy, bo Chiny dążą do dywersyfikacji stosunków gospodarczych i sił politycznych.  Powstaje alternatywne centrum finansowe świata. Decyzja Chin jest nowym krokiem w kierunku likwidacji hegemonii Banku Światowego i MFW, w których dominują Stany Zjednoczone i Unia Europejska. BRICS tworzy alternatywę dla rozwoju, dla finansowania różnych projektów. W taki sposób realizowana jest idea policentryczności świata. Samo istnienie banku umożliwi dywersyfikację ośrodków siły i rezygnację z hegemonii”. O zainteresowaniu Chin Bankiem Rozwoju BRICS opowiada zastępca szefa chińskiego Centrum Badań BRICS, profesor Ren Yuanzhe: „Przypuszczam, że korzyści gospodarcze wypływające z działalności Banku Rozwoju BRICS będą dość zauważalne. Cele ekonomiczne jego powołania do życia są oczywiste. Między krajami BRICS rozwija się współpraca w najróżniejszych sferach, ale najważniejszy jest aspekt gospodarczy. Można również zaryzykować stwierdzenie, że dzięki grupie BRICS, która reprezentuje kraje rozwijające się, kraje z rozwijającymi się rynkami, będzie rosnąć znaczenie tych państw na świecie. Bank Rozwoju BRICS stworzy jeszcze bardziej sprzyjające warunki dla współpracy gospodarczej między państwami z tej grupy i pozostałymi rozwijającymi się krajami. Pierwszym prezesem zarządu będzie Rosjanin. Pierwszym prezesem Rady Dyrektorów – Brazylijczyk. A pierwszym prezesem banku – Hindus.  Oprócz siedziby centrali w Szanghaju bank będzie miał regionalny ośrodek w Afryce Południowej. Taka struktura organizacyjna jest jedną z gwarancji równych praw dla wszystkich członków z uwzględnieniem ich interesów. Takiego zdania jest także ekspert z Instytutu Gospodarki Światowej i Stosunków Międzynarodowych (IMEMO) Rosyjskiej Akademii Nauk dr  Aleksander Salicki. Według niego, w Banku Rozwoju BRICS, tak jak i w Azjatyckim Banku Inwestycji Infrastrukturalnych (AIIB), Chiny będą odgrywać pierwsze skrzypce. „Chiny pokazały całej ludzkości stosunkowo interesującą rzecz. A mianowicie to, że wszystkie swoje inicjatywy dość szybko wzmacniają pieniędzmi. Jest jeszcze jeden moment, na który chciałbym zwrócić uwagę, tj. wysoki udział projektów infrastrukturalnych w planach instytucji finansowych, które powstają przy udziale a nawet przy wiodącej roli Chin. Dla infrastruktury jest właściwe rozwijanie rynków krajów, które jeszcze nie do końca opanowały prawa gospodarki rynkowej. Tu, oczywiście, chińska pomoc jest szczególnie ważna. I nie tylko dla partnerów z BRICS. W tym sensie ekspansja Chin pozytywnie różni się od tej ekspansji, którą obserwowaliśmy, kiedy kraje zachodnie były główną, wiodącą siłą globalizacji. Mająca wtedy miejsce finansowa globalizacja była mniej korzystna dla krajów przyjmujących. W wielu przypadkach doprowadziła ona do wszelkiego rodzaju kolizji”. Obecnie w BRICS przewodniczy Rosja. Szczyt grupy odbędzie się 9-10 lipca w Ufie. Wcześniej prezydent Rosji Władimir Putin oświadczył, że Moskwa liczy na to, że podczas tego szczytu Bank Rozwoju BRICS rozpocznie praktyczną działalność, a zatem także pojawi się pula rezerw walutowych. (Sputnik)

 

Polityka zamiast gospodarki

Gospodarka Zachodu jeszcze długo będzie odczuwać niszczące skutki sankcji sektorowych wobec rosyjskiego przemysłu, przekonują naukowcy z Austriackiego Instytutu Badań Ekonomicznych (WIFO) Oliver Fritz i Gerhard Streicher, z którymi wywiad opublikowała niemiecka Die Welt.Dane ogłoszone przez ekonomistów „wywołały prawdziwy popłoch, nawet prezydent Rosji Władimir Putin na forum gospodarczym w Petersburgu odniósł się do nich: utrata ponad dwóch milionów miejsc pracy i 100 mld euro w rok mogą być ceną za próbę wywarcia nacisku gospodarczego na Rosję”, pisze gazeta. Oficjalne statystyki odzwierciedlają jedynie wierzchołek góry lodowej. Na przykład na podstawie oficjalnych wyników pierwszego kwartału roczna kwota strat dla europejskiej gospodarki wynosi około 40 mld euro. Ale więzi gospodarcze między państwami członkowskimi UE są na tyle gęste, że w rezultacie wskaźniki strat wzrosną wielokrotnie, mówi Oliver Fritz. Tak samo wygląda sytuacja z utratą miejsc pracy. Na przykład, według Federalnego Związku Przemysłu Niemieckiego (BDI) bezpośrednio z produkcją dóbr i usług dla rynku rosyjskiego związanych jest 350 tys. miejsc pracy w Niemczech. Jednak jeśli prześledzimy cały łańcuch technologiczny, liczba ta jest znacznie wyższa. Gerhard Streicher wyjaśnił to na prostym przykładzie: aby w Rosji sprzedać samochód linia montażowa, między innymi, musi dostać cztery opony, które produkuje już inny podsektor przemysłu. Oznacza to, że ludzie tracą miejsca pracy nie tylko w fabryce samochodów, ale również u producentów opon. Z kolei firmy koncentrujące się na produkcji gumy, tworzyw sztucznych i innych dóbr pośrednich produkują je nie tylko dla niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego, ale także dla francuskiego, który także musi zredukować eksport do Rosji.  „Unia Europejska to ogromny, ściśle powiązany ze sobą region gospodarczy. Odkryliśmy w naszych badaniach, na przykład, że jedną czwartą negatywnego wpływu na gospodarkę Austrii odegrał fakt, że niemieckie firmy zaczęły mniej sprzedawać towarów w Rosji. Austriacki przemysł motoryzacyjny jest w dużej mierze zależny od niemieckiego. W ten sposób nawet jeśli sama Austria nie zmniejszy eksportu do Rosji, jej gospodarka i tak ucierpi z powodu spadku niemieckiego eksportu”, — mówi Oliver Fritz. Wszystkie dane zacytowane przez ekonomistów są prognozami, ponieważ od czasu wprowadzenia sankcji nie upłynęło wystarczająco dużo czasu, aby ocenić ewentualne długofalowe negatywne skutki wprowadzenia ograniczeń. W rzeczywistości mogą one być znacznie bardziej niszczące, ostrzegają naukowcy. „Sankcje są narzędziem politycznym, dlatego ekonomistom trudno je ocenić. Ale w każdym razie jest to bardzo drogi mechanizm, którego rzeczywistej skuteczności nie można oszacować”, —  powiedział gazecie Die Welt na zakończenie Gerhard Streicher. (Die Welt)

 

Náš nepřítel - Spojené státy

Wrogiem Czech są kraje, pragnące wojen, a na ich czele znajdują się Stany Zjednoczone, a nie Rosja – pisze dziennikarz Ludek Prokop na łamach czeskiego periodyku „Nova Republika”.Ludek Prokop proponuje zastanowić się nad przypadkami ingerencji Stanów Zjednoczonych w sprawy innych krajów, czemu towarzyszyły zazwyczaj, jak się wyraził, bombardowania humanitarne, i porównać ich ilość z precedensami ingerencji ze strony Rosji. „Odważę się zasugerować, że przytłaczająca większość wśród nas nie życzy sobie wojny. Tym bardziej – wojny jądrowej z Rosją. Wobec tego zastanówmy się nad propagandą antyrosyjską. Nie tylko nad słowami jej szerzycieli, lecz również nad ich postępkami”, — pisze Ludek Prokop. Autor publikacji wzywa do przeanalizowania wypowiedzi deputowanego z ramienia czeskiej partii „TOP 09” o tym, że wojna jądrowa z Rosją byłaby wojną o wolność. Proponuje on także zastanowić się nad wypowiedzią Baracka Obamy, który oświadczył, że Stany Zjednoczone powinny mieć najsilniejszą armię, aby w razie konieczności móc skrępować ręce tym krajom, które nie będą robić tego, czego życzą sobie Stany Zjednoczone. „W związku z tym warto przypomnieć słowa prezydenta Władimira Putina, który powtarzał niejednokrotnie, że Rosja ma dość własnych problemów i nie leży w jej interesie angażowanie się w problemy innych krajów. Czeski dziennikarz podkreśla, że wystarczy porównać „liczbę baz wojskowych, porozrzucanych po całym świecie i należących do Stanów Zjednoczonych i do Rosji”, aby uświadomić sobie stopień agresywności USA.  „Ci, którzy tym się interesują, mogą porównać liczbę operacji zbrojnych przeprowadzonych za granicą przez Stany Zjednoczone i Rosję, przy tym należy też brać pod uwagę odległość dzielącą od nich te kraje, gdzie prowadzono takie operacje, a także prawdopodobieństwo zagrożenia dla samego kraju agresora”, — proponuje autor artykułu. Przypomina on również, że problem uchodźców w szeregu krajów stanowi wynik „rozgrabienia i pełnego chaosu, jaki zapanował tam wskutek poczynań Stanów Zjednoczonych i ich ingerencji w sprawy innych krajów, które rozpadły się z powodu USA. Waszyngton wniósł także wielki wkład w utworzenie terrorystycznego ugrupowania "Państwa Islamskiego", — pisze autor publikacji. Jego zdaniem, wypowiedź prezydenta Baracka Obamy o wykręconych rękach da się lepiej zrozumieć, jeśli spojrzeć na to, co dzieje się na Ukrainie. „To wykręcanie rąk oznacza także tolerancję wobec autentycznych ukraińskich faszystów i poparcie dla nich ze strony Unii Europejskiej, będącej posłusznym wasalem Stanów Zjednoczonych. Do tego dodać należy narzucone przez Stany Zjednoczone sankcje, które poważnie szkodzą nie Ameryce, lecz w pierwszej kolejności Unii Europejskiej, która tak ulegle wprowadza sankcje” — pisze autor. Apeluje on o uznanie prawa mieszkańców Krymu do podejmowania decyzji w drodze referendum, w jaki sposób i pod czyją ochroną mają żyć. Zaznaczył też, że w przypadku Kosowa było o wiele więcej spraw spornych. „Większość z nas na pewno i w żadnych okolicznościach nie życzy sobie walki o „wolność dla wszystkich” w postaci jakiejkolwiek wojny – nota bene, wojny jądrowej z Rosją. Dlatego pierwszym krokiem, czy też próbą zachowania pokoju może stać się zdecydowana rezygnacja z nowej wersji ustawy obronnej, a także uświadomienie sobie tego, że naszym wspólnym wrogiem są kraje, które tak bardzo pragną wojen, i na których czele, poza wszelką wątpliwością, stoją Stany Zjednoczone, nie zaś Rosja”, – konkluduje Ludek Prokop na łamach czeskiego periodyku „Nova Republika”. (Nova Republika)

 

Gry wojenne

Amerykański portal Vox zaprezentował scenariusz wojny między Rosją a sojuszem w Estonii poczynając od protestów w Narwie aż po wojnę atomową.Kiedy politolodzy i sprawozdawcy zachodnich mediów rozważają nad prawdopodobieństwem wojny między USA i Rosją, najczęściej mówi się o krajach bałtyckich — pisze amerykański portal . Zgodnie z teorią analityków Vox, punktem starcia zbrojnego między Sojuszem Północnoatlantyckim a Rosją może stać się Estonia — państwo bałtyckie liczące 1,3 mln ludności, o którego istnieniu „większość Amerykanów może nawet nie podejrzewać. „Estonia obok Łotwy i Litwy — znanych także jako państwa bałtyckie — znajduje się na obrzeżach Europy Wschodniej, przy rosyjskiej granicy. Te państwa, które wchodziły także w skład Związku Radzieckiego, są miejscem, gdzie, jak obawiają się zachodni analitycy, może wybuchnąć III wojna światowa" — czytamy w artykule. Periodyk zwraca uwagę na słowa profesora ds. stosunków międzynarodowych Uniwersytetu Carlton (Kanada) Stephena Seydmena, który uważa, że epicentrum praktycznie każdego potencjalnego kryzysu światowego będzie mały kraj. Politolodzy Graham Allison i Dmitri Simes w jednym ze swoich esejów dla czasopisma  National Interest właśnie państwa bałtyckie nazwali „piętą Achillesa" NATO. Z jednej strony, wybór Estonii związany jest z tym, że jedną czwartą ludności tego kraju stanowią etniczni Rosjanie.  Analitycy Vox przeprowadzają paralele z Ukrainą, która już stała się punktem zapalnym, gdzie znaczną część mieszkańców południowo-wschodnich regionów kraju stanowią Rosjanie lub mówiący w języku rosyjskim obywatele Ukrainy. Z drugiej strony, Estonia w odróżnieniu od Ukrainy, jest członkiem NATO. Zgodnie z Art.5. Traktatu Północnoatlantyckiego, atak na jednego z członków sojuszu jest równoznaczny z atakiem na wszystkich uczestników bloku wojskowego. W związku z tym przypuszczana przez periodyk „inwazja" ze strony Rosji pobudzi USA i większość państw europejskich do wypowiedzenia Moskwie wojny. Zdaniem dziennikarzy portalu, w krajach bałtyckich jest obecnie obserwowana „bezprecedensowa aktywność wojskowa od czasów zimnej wojny". Jest to klasyczny przykład tego, co politolodzy nazywają dylematem bezpieczeństwa: każda ze stron rozpatruje swoje działania jako defensywne, a aktywność przeciwnika jest odbierana jako ofensywna. Obie strony reagują na domniemane prowokacje jeszcze większą eskalacją" — piszą analitycy periodyku. Tym sposobem powstaje samoodtwarzający się system konfliktu, w którym z większym prawdopodobieństwem może wybuchnąć wojna, jak zdarzyło się w przypadku I wojny światowej. Dalej Vox w ramach swojej teorii proponuje swojego rodzaju „pole do zabawy" — ilustrację scenariusza wojny między Rosją a NATO w krajach bałtyckich, gdzie wszystko zależy od konsekwencji działań  graczy. Analitycy przypuszczają, że punktem wyjściowym dla otwartego konfliktu mogą być akcje protestacyjne rosyjskiej mniejszości w estońskim mieście Narwa. Pierwszy ruch wykonuje sojusz, NATO ma dwie opcje — dyplomatyczne wezwanie do „spokoju" lub natychmiastowe wprowadzenie kontyngentu wojskowego w obliczu „rosyjskiej interwencji". Dalej wszystko zależy od działań Moskwy: jeśli Rosja wprowadzi swoje wojska w odpowiedzi, nie jest wykluczony wariant zarówno przypadkowego, jak i świadomego starcia dwóch armii. W takim przypadku w Estonii wybuchnie otwarta wojna między Rosją a sojuszem. Periodyk uważa, że jeśli „konflikt w Narwie" zostanie zamrożony, a obszar konfliktu zamieni się w sporną prowincję utrzymującą ścisłe kontakty z Rosją, wyjdzie na jaw niezdolność NATO sprostania zasadom obrony zbiorowej i blok zostanie rozwiązany. Przy takim scenariuszu Rosja znów zacznie dominować w Europie Wschodniej.  Scenariusz Vox przewiduje także, że jeśli dojdzie bezpośrednio do wojny atomowej, istnieją cztery warianty rozwoju wydarzeń, każdy z których może kosztować życie miliona osób i przewiduje zwycięstwo jednej ze stron. Zgodnie z najgorszym scenariuszem, następstwem starcia Rosji i NATO będzie „zima jądrowa". (Vox)  

 

Realis

Naukowcy z Rosyjskiego Uniwersytetu Ekonomicznego im. Plechanowa uważają, że wprowadzenie niezależnej waluty międzynarodowej pozwoli uniknąć dyktatury dolara amerykańskiego w handlu międzynarodowym i znacznie zwiększy efektywność narodowego i światowego systemu walutowego.Teoretyczne uzasadnienie konieczności wprowadzenia w obieg przy międzynarodowych rozliczeniach waluty narodowej zwanej umownie „realis" przedstawił kierownik katedry gospodarki przemysłu Rosyjskiego Uniwersytetu Ekonomicznego im. Plechanowa Andriej Bystrow podczas odbywającej się w Moskwie Międzynarodowej Konferencji „Rola współpracy międzybankowej w zapewnieniu stabilnego wzrostu gospodarczego na przestrzeni SOW, BRICS i EUG".  „Wady światowego systemu walutowego hamują rozwój gospodarczy większości krajów i są znaczącym czynnikiem braku równości politycznej. Obecnie kraj emitujący walutę międzynarodową cieszy się nieuzasadnionymi preferencjami, a błąd statystyczny w ocenie siły nabywczej walut na giełdzie wynosi 300%. Pozbawia to system rynkowy efektywności i stawia przed nami aktualne zadanie, polegające na stworzeniu waluty narodowej z niezmienną siłą nabywczą" — powiedział Bystrow. Według słów eksperta z Rosyjskiego Uniwersytetu Ekonomicznego im. Plechanowa, „możliwość stworzenia etalonu narodowego związana jest z tym, że obecnie we wszystkich państwach rozwiniętych już istnieje system oceny wahań siły nabywczej w stosunku do pewnego nieokreślonego wobec absolutnego znaczenia, lecz stałego poziomu. Chodzi o pomiar inflacji i deflacji". Na pytanie, dotyczące możliwości wprowadzenia „realisa" w obieg, Bystrow odpowiedział, że specjaliści nie rozpatrują takiej możliwości. Przewiduje się, że państwa będą emitować „realis" wyłącznie w postaci wirtualnej. Według słów Bystrowa, obecnie wiele państw na świecie jest zaniepokojonych dominującą pozycją dolara na międzynarodowym rynku walutowym, a szereg państw i unii szuka mechanizmów wzajemnych rozliczeń bez uwzględnienia wartości giełdowej dolara amerykańskiego. Wszystkie państwa SOW i BRICS są zaniepokojone negatywnym wpływem powszechnego rozprzestrzenienia dolara i zastanawiają się nad prawdopodobnymi drogami rezygnacji z niego. Jednak bardzo trudno jest natychmiast zrezygnować ze znanego systemu, który przez dłuższy czas wydawał się niepodważalny. Przestawienie się na coś zasadniczo nowego zawsze jest trudne. Jednocześnie rezygnacja państw SOW i BRICS z dolara zainicjowałaby konkurencję walut. Natomiast konkurencja zawsze jest dobra dla gospodarki. Na początku waluta może być wirtualna. Dzięki temu wprowadzenie „realisa" pozwoliłoby wszystkim wykorzystującym go krajom na zachowanie narodowych systemów walutowych z jednej strony, a z drugiej — na wykorzystanie przewagi waluty ponadnarodowej" — stwierdził ekspert z Rosyjskiego Uniwersytetu Ekonomicznego im. Plechanowa. (Russia Today)

 

Jaki prezydent, taki doktorat

Schodzący z urzędu prezydent Bronisław Komorowski przyjechał w czwartek z jednodniową wizytą do Lwowa. Rozpoczął ją od złożenia wieńców na Cmentarzu Obrońców Lwowa i pod Pomnikiem Ukraińskiej Armii Galicyjskiej. We Lwowie Komorowski odebrał tytuł doktora honoris causa Lwowskiego Narodowego Uniwersytetu im. Iwana Franki  za całokształt wspierania procesów integracji polsko-ukraińskiej, w tym także w dziedzinie nauki i kultury. „To znak dobrych przemian, którymi konsekwentnie idziemy do przodu, trzymając się ręka pod rękę, Polacy i Ukraińcy” — mówił Komorowski odbierając to wątpliwe wyróżnienie. Spotkał się on również z prezydentem Ukrainy Petrem Poroszenką, który przybył na uniwersytet. Powiedział on, że chciał przywitać wielkiego przyjaciela Ukrainy, który był i pozostaje (?) mocnym adwokatem Ukrainy w Unii Europejskiej. Z kolei Komorowski zapowiedział, że po złożeniu urzędu założy instytut, który będzie wspierał m.in. relacje polsko-ukraińskie. Ujawnił, że wie już, jaka będzie wschodnia polityka w wykonaniu Dudy: „Bez względu na zmiany polityczne państwo polskie również będzie angażować się we wspieranie niełatwego procesu reformy wewnętrznej na Ukrainie. Mam nadzieję, że w tych wszystkich procesach możliwe będzie także zaangażowanie byłego prezydenta” — podkreślił Komorowski. (The Diplomat)

 

Gdzie jest wróg?

Waszyngton nie jest w stanie zaplanować swojej polityki zagranicznej, dlatego, że nie może określić, kto jest jego głównym przeciwnikiem strategicznym, pisze analityczne pismo „Tom Dispatch”.Wielka strategia Ameryki, długofalowy plan promocji jej interesów narodowych i przeciwstawienia się głównym oponentom znajduje się w pełnym chaosie, pisze profesor badający problem pokoju i bezpieczeństwa na Uniwersytecie New Hampshire Michael Klare w swoim artykule w analitycznym piśmie Tom Dispatch. „Wiodący politycy państwa miotali się od jednego kryzysu do drugiego, improwizując kolejne strategie, ale rzadko kiedy konsekwentnie podążali za wybranym kursem. Niektórzy winę widzą w niezdecydowaniu Białego Domu, jednak realna przyczyna leży głębiej. Mieści się ona w różnicach zdań elit polityki zagranicznej odnośnie tego, kto – Rosja czy Chiny – są głównym przeciwnikiem Ameryki” – twierdzi autor. Istotę planowania strategicznego opiera się bowiem zawsze na dokładnym wyborze przeciwnika. Podczas zimnej wojny wrogiem numer jeden był oczywiście ZSRR, a wszystkie wysiłki Waszyngtonu były skierowane na zmniejszenie siły Moskwy. Kiedy ZSRR się rozpadł, USA skupiły się na oporze wobec kilku „państw wygnanych”. Po zamachach z 11 września 2001 roku prezydent George W. Bush ogłosił „globalną wojnę z terroryzmem”, przewidującą wieloletnią kampanię przeciwko islamskim ekstremistom i ich zwolennikom  na całym świecie. Od tej pory każde państwo oceniane jest przez Amerykę według zasady „kto nie z nami, ten przeciwko nam”, aż zapanował chaos. Wojenne operacje, okupacja, desanty, wojna dronów, wszystko to następowało po sobie, aż Biały Dom odkrył katastrofę polegającą na tym, że Chiny, wykorzystując swoją rosnącą potęgę gospodarczą, aby zwiększyć swój wpływ na świecie, oraz Rosja „zaczęły zagrażać sąsiadom”, pisze Klare. Szczególnie razi go nieporządek w strategicznym myśleniu  administracji obecnego prezydenta Baracka Obamy. Analizując politykę zagraniczną Stanów Zjednoczonych ostatnich lat, autor twierdzi: „wybór wariantów dla roku 2016 można scharakteryzować jako mroczny i chaotyczny, albo jeszcze gorzej”. Raczej nikt nie skorzysta na tej polityce poza, oczywiście, amerykańskim kompleksem przemysłu wojennego. Państwo bez uzgodnionego planu promocji swoich interesów narodowych to jest ewenement. Gorzej, że my (USA) możemy okazać się państwem, wiecznie istniejącym na granicy kryzysu, w stałym zagrożeniu wojną atomową” – kończy swój artykuł profesor Klare. (Tom Dispatch)

 

Nie biezpakojties’, gaspada!

Ostatni sondaż WICOM dał dość nieoczekiwany rezultat: tylko 8% Rosjan jest przekonanych, że Rosję otaczają wrogowie – pisze rosyjska gazeta „Wzgliad”. W opublikowanym sondażu WICOM na temat „Świat wokół: wrogi czy przyjazny?” Rosjan poproszono o odpowiedzenie na dwa pytania: „Niektórzy ludzie uważają, że nasze społeczeństwo, nasza kultura i nasze wartości mają wrogów, inni się z tym nie zgadzają. A jak Pan/Pani uważa?” i „Jeśli nasze społeczeństwo, kultura i wartości mają wrogów, to proszę ich nazwać”. Wyniki sondażu są zaskoczeniem, zauważa rosyjska gazeta „Wzgliad”. „Oczywiście, w Rosji są zwolennicy odrodzenia Związku Radzieckiego, czy nawet Imperium Rosyjskiego, są ci, którzy gotowi są do wojny jądrowej, majdanu, wstąpienia do PI czy innych form masowego samobójstwa. Ale tacy ludzie są w każdym państwie, „procent wariatów w danym momencie” jest mniej więcej wszędzie jednakowy” – ironizuje gazeta publikując wyniki sondażu. Tylko 8% badanych uważa, że „my, Rosja –ze wszystkich stron jesteśmy okrążeni wrogami”. W Moskwie i Petersburgu liczba wrogo nastawionych jest jeszcze mniejsza – zaledwie 6%. Wyniki z obu stolic nie dziwią. Ale ten sam wynik 6% dał sondaż w miastach o liczbie ludności 100-500 tysięcy, a w małych miejscowościach (do 100 tysięcy mieszkańców) jeszcze mniejszy – tylko 4%.  „Wychodzi na to, że „straszliwa antyzachodnia propaganda” najgorzej działa nie na stołecznych mieszkańców, ale na ludność w głębokiej prowincji, którą przyjęto uważać za najbardziej podatną na wpływ telewizji” – pisze „Wzgliad”. Najwięcej ludzi czujących się w okrążeniu mieszka w milionowych miastach w rodzaju Nowosybirska czy Niżnego Nowgorodu – 13%. „Trudno powiedzieć, co spowodowało, że Niżnyj Nowgorod czy Nowosybirsk tak bardzo różnią się od Petersburga. To mogłoby być tematem dodatkowych badań” – zauważa pismo. Ci, którzy uważają, że Rosja ma wrogów, ale ma też przyjaciół, w rosyjskiej stolicy jest ponad połowa, a w całym państwie ten wskaźnik jest nieco niższy — 42%. Tylko 25% Moskwian i Petersburżan zgadza się z opinią, że przyjaciół Rosja ma więcej, niż wrogów, podczas gdy w miastach z 100-500 tys. mieszkańców przekonanych jest o tym 45% badanych, a w małych miejscowościach — 35% mieszkańców. 12 % Rosjan uważa, że Rosja nie ma wrogów. „Ich (tych ludzi) jest więcej, niż „otoczonych wrogami”, a w stolicach ich liczba jest prawie trzy razy większa – 17%  wobec 6%. Prowincja jest mniej optymistyczna – od 11 % nie widzących wrogów w milionowych miastach do 10 % w małych miejscowościach – pisze „Wzgliad”. „W ten sposób, jeśli wyeliminować ewentualnych „paranoików” i ewentualnych „pięknoduchów”, a także 4 % tych, którzy nie mieli zdania, wychodzi na to, że mamy 76% realistów, a spośród nich 34% to optymiści uważający, że bez względu na istnienie wrogów, przyjaciół również mamy sporo. Dla państwa obłożonego sankcjami, dla państwa, które zachodni politycy regularnie stawiają w jednym szeregu z Ebolą i Państwem Islamskim to bez wątpienia bardzo pozytywny wynik. Obywatele Rosji nie stali się źli, zamknięci w sobie, ani nie znienawidzili całego świata” – podsumowuje gazeta. (Wzgliad)

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930