Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
4001 postów 1864 komentarze

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Kulisy wojny w Lewancie

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Francuski dysydent Thierry Meyssan przedstawia geopolityczne przyczyny niepowodzenia wojny przeciwko Syrii i prawdziwe cele rzekomej wojny z Da’isz. Ważne dla zrozumienia obecnych konfliktów w Lewancie.

Obecnie ma miejsce trzeci od czasu rozpoczęcia wojny przeciwko Syrii kryzys w obozie państw agresorów. W czerwcu 2012 r., podczas konferencji zwanejGenewą 1, która miała znaczyć powrót do dialogu i ustalić nowy podział Bliskiego Wschodu pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Rosją, Francja w osobie nowo wybranego prezydenta François Hollande’a przyjęła restrykcyjną interpretację komunikatu końcowego. Następnie, z pomocą Turcji i Izraela oraz przy wsparciu amerykańskiej sekretarz stanu Hillary Clinton i dyrektora CIA Davida Petraeusa, przygotowała grunt pod wznowienie działań wojennych przeciwko Syrii.

Po odsunięciu przez Obamę H. Clinton i D. Petraeusa, Turcja razem z Francją i Izraelem zorganizowały latem 2013 r. atak chemiczny w damasceńskiej Ghucie, który przypisali władzy syryjskiej. Stany Zjednoczone nie dały się wciągnąć w operację karną.

W styczniu 2014 r. amerykański Kongres przegłosował na tajnym posiedzeniu finansowanie i zbrojenie Da’isz, dając mu za zadanie opanowanie w Iraku ziem sunnitów, a w Syrii ziem Kurdów w celu dokonania podziału tych dwóch państw. Wtedy Francja i Turcja zaczęły zbroić Al-Kaidę (Dżabhat al-Nusra), aby ta zaatakowała Da’isz i zmusiła Stany Zjednoczone do przyjęcia pierwotnego planu Koalicji. Choć Al-Kaida i Da’isz doszły do porozumienia w maju na skutek nawoływań Ajmana az-Zawahiriego, następcy bin Ladena, Francja i Turcja nadal nie biorą udziału w nalotach sojuszników.

Ogółem biorąc, Koalicja Przyjaciół Syrii, która w lipcu 2012 r. liczyła „około sto państw i organizacji międzynarodowych”, dziś zrzesza co najwyżej 11 członków. Natomiast Koalicja przeciwko Da’isz oficjalnie skupia „ponad 60 państw”, ale mają one między sobą tak niewiele wspólnego, że ich lista pozostaje utajniona.

 

W rzeczywistości, Koalicja składa się z wielu państw, z których każde kieruje się własnym interesem i co do wspólnego celu nie mogą się porozumieć. Możemy w niej wyróżnić cztery siły:

Stany Zjednoczone. Dążą do objęcia kontroli nad złożami węglowodorów w regionie Bliskiego Wschodu. W 2000 r. amerykańska NEPDG (grupa ds. rozwoju krajowej polityki energetycznej) kierowana przez Dicka Cheneya ustaliła z pomocą zdjęć satelitarnych i danych wiertniczych rozmieszczenie rezerw węglowodorów na świecie i zaobserwowała ogromne złoża gazu w Syrii. Podczas serii wojskowych inicjatyw w 2001 r. Waszyngton postanowił zaatakować kolejno osiem krajów (Afganistan, Irak, Libię, Liban i Syrię, Sudan, Somalię, Iran), aby opanować ich bogactwa naturalne. Amerykański sztab generalny przyjął wówczas plan przekształcenia „Wielkiego Bliskiego Wschodu” (który zakłada też rozbicie Turcji i Arabii Saudyjskiej), a w następnym roku Departament Stanu utworzył departament MENA, który miał się zająć organizacją „arabskich wiosen”.

Izrael. Broni własnych interesów i jak na razie ostrożnie dokonuje ekspansji terytorialnej. Jednocześnie, nie czekając, aż obejmie zapowiedzianą w Biblii kontrolę nad całym obszarem położonym między Nilem a Eufratem, dąży do podporządkowania sobie całej działalności gospodarczej regionu, w tym oczywiście do opanowania złóż węglowodorów. Aby zapewnić sobie ochronę w dobie zagrożenia balistycznego, chce z jednej strony, przejąć kontrolę nad strefą bezpieczeństwa, wzdłuż izraelskiej granicy (na razie udało mu się sprytnie wypędzić błękitne hełmy z granicznych wzgórz Golan i zastąpić ich bojownikami Al-Kaidy), a z drugiej strony, zneutralizować zagrożenie ze strony Egiptu i Syrii, zachodząc te państwa od tyłu (poprzez rozmieszczenie w Turcji NATO-wskich rakiet Patriot, utworzenie Kurdystanu w północnym Iraku oraz Sudanu Południowego nad górnym Nilem).

Francja i Turcja. Nie przestają marzyć o odbudowie swoich imperiów. Francja ma nadzieję otrzymać mandat nad Syrią, przynajmniej nad częścią państwa syryjskiego. Utworzyła Wolną Armię Syryjską, wręczając jej zielono-biało-czarną flagę z trzema gwiazdami, pochodzącą jeszcze z czasów mandatu francuskiego. Turcja zaś pragnie odrodzenia Imperium Osmańskiego. We wrześniu 2012 r. wyznaczyła nawet gubernatora dla zarządzania tą prowincją. Plany Turcji i Francji dają się ze sobą pogodzić, bo Imperium Osmańskie uznało w przeszłości, że niektóre jego prowincje mogą być zarządzane wspólnie z innymi mocarstwami kolonialnymi.

Arabia Saudyjska i Katar. Mają świadomość,że przetrwać mogą jedynie służąc interesom Stanów Zjednoczonych i walcząc z państwami o ustroju laickim. Dziś, jedynym takim krajem w regionie bliskowschodnim jest Syryjska Republika Arabska.

 

Te cztery siły potrafiły współpracować ze sobą tylko w początkowej fazie wojny, od lutego 2011 r. do czerwca 2012 r. Realizowano wtedy strategię wojenną czwartej generacji: wybrane oddziały sił specjalnych organizowały tu i tam incydenty zbrojne, zastawiały zasadzki, a media państw Zachodu i Zatoki Perskiej wypuszczały kolejne odcinki rzewnej historyjki o tym, jak to straszliwa alawicka dyktatura tłumi rewolucję demokratyczną. Ilość włożonych pieniędzy i wysłanych żołnierzy nie była znacząca i każdy liczył, że z chwilą obalenia Syryjskiej Republiki Arabskiej, przeciągnie kołdrę w swoją stronę.

Jednak na początku 2012 r., Syryjczycy zaczęli masowo powątpiewać w to, że prezydent Baszar al-Asad faktycznie torturuje dzieci oraz, że Republikę zastąpi cywilizowane państwo wyznaniowe, typu libańskiego. Oblężenie dzielnicy Baba Amr opanowanej przez takfirystów Państwa Islamskiego unaoczniło fiasko całej tej operacji. Francja potajemnie wynegocjowała wtedy wyjście z kryzysu i zwolnienie kilkudziesięciu francuskich oficerów, którzy dostali się do niewoli, co mediom udało sie przemilczeć. Zaraz potem Stany Zjednoczone i Rosja porozumiały się w kwestii zajęcia miejsc Wielkiej Brytanii i Francji, a więc podziału między siebie całego regionu, tak jak zrobiły to w 1916 r. Londyn i Paryż, podpisując układ Sykes-Picot.

Od tego momentu, w Koalicji nic już nie działa tak jak trzeba. Kolejne niepowodzenia pokazują, że nie uda jej się odnieść zwycięstwa. Jest ono coraz dalej.

W lipcu 2012 r., strona francuska zorganizowała w Paryżu spotkanie koalicjantów i wznowiła wojnę. Przemówienie François Hollande’a zostało napisane najpierw po angielsku, najprawdopodobniej przez Izraelczyków, i przetłumaczone na francuski do wygłoszenia. Sekretarz Stanu Hillary Clinton i ambasador Robert S. Ford (uczeń Johna Negroponte) zaangażowali się w największą w historii tajną wojnę. Tak jak niegdyś w Nikaragui, prywatne wojska werbowały i posyłały na syryjski front najemników. Z tą różnicą, że ci najemnicy przeszli tym razem ideologiczne pranie mózgów niezbędne aby utworzyć z nich hordy fanatycznych dżihadystów. Pentagon tracił stopniowo nadzór nad operacjami, przejętymi ostatecznie przez Departament Stanu i CIA. Koszt tej wojny był astronomiczny, ale nie obciążył skarbu Stanów Zjednoczonych, Francji i Turcji, lecz został w całości poniesiony przez Katar i Arabię Saudyjską.

Według prasy zachodniej i krajów Zatoki Perskiej, jakieś kilka tysięcy cudzoziemców przybyło do Syrii wesprzeć „demokratyczną rewolucję”. Tymczasem w samej Syrii nie było żadnej „demokratycznej rewolucji”, tylko po ulicach chodziły grupy fanatyków skandując: „Chrześcijanie do Bejrutu, alawici do grobu!” albo „Nie Hezbollahowi, nie Iranowi, chcemy prezydenta, który boi się Boga!”. Według danych wywiadu i Syryjskiej Armii Arabskiej, nie kilka tysięcy, lecz aż 250 000 zagranicznych dżihadystów pojawiło się, walczyło i nierzadko zginęło w bojach w Syrii w okresie od lipca 2012 do lipca 2014 r.

W dzień po swej reelekcji, prezydent Barack Obama zmusił do dymisji dyrektora CIA, generała Davida Petraeusa, i pozbył się diabolicznej Hillary Clinton w czasie formowania nowej administracji. W ten sposób, na początku 2013 r., Koalicja opierała się w zasadzie już tylko o Francję i Turcję, a Stany Zjednoczone robiły w niej możliwie jak najmniej. Na taki sygnał wywiadu (głównie rosyjskiego) czekała Syryjska Armia Arabska, która ruszyła odbijać zagarnięte terytorium.

François Hollande i Recep Tayyip Erdoğan, Hillary Clinton i David Petraeus chcieli obalić laicką republikę w Syrii i powołać na jej miejsce sunnicki reżim, który miałby się znajdować pod bezpośrednią administracją Turcji, ale też włączać wysokich funkcjonariuszy francuskich. Chodziło więc o model władzy z końca XIX w., co nie przedstawiało dla Stanów Zjednoczonych żadnej korzyści.

Barack Obama i jego dwaj kolejni sekretarze obrony, demokrata Leon Panetta i republikanin Chuck Hagel kierują się bowiem diametralnie inną wizją polityczną: Panetta wywodzi się z Komisji Bakera-Hamiltona, a Obama został wybrany na prezydenta dzięki programowi tej właśnie Komisji. Według nich, Stany Zjednoczone nie są i nie mogą być klasycznym mocarstwem kolonialnym, a więc kontrolować terytorium poprzez osadzenie na nim kolonistów. Bushowskie zarządzanie Irakiem, nadzwyczaj kosztowne i nierentowne, nie uszło w niepamięć. Ameryka już wie, że nic podobnego nie może się powtórzyć.

Kiedy Turcja i Francja usiłowały więc wciągnąć Stany Zjednoczone w kampanię  lotniczą przeciwko Syrii, aranżując latem 2013 r. kryzys z bronią chemiczną, Biały Dom i Pentagon postanowiły wrócić do akcji. W styczniu 2014 r. powołały tajne posiedzenie Kongresu, dając mu do podpisania tajną ustawę zatwierdzającą projekt podziału Iraku na trzy części i oddzielenie od Syrii prowincji zamieszkanych przez Kurdów. W tym celu, postanowiły sfinansować i uzbroić grupę dżihadystów zdolną do zrealizowania tego, co prawo międzynarodowe amerykańskiemu wojsku zabrania: do przeprowadzenia czystki etnicznej.

Przenicowanie granic „Wielkiego Bliskiego Wschodu” nie stanowi jednak dla Baracka Obamy i amerykańskich sił wojskowych celu samego w sobie: jest to tylko środek zapewniający kontrolę nad surowcami, będący zastosowaniem klasycznej taktyki „Dziel i rządź”, nie w celu uzyskania tytułu króla czy prezydenta w nowo utworzonych państwach, lecz w celu realizacji amerykańskiej polityki sięgającej epoki Jimmy’ego Cartera.

W swoim orędziu o stanie państwie z 23 stycznia 1980 r. prezydent Carter sformułował doktrynę nazwaną jego nazwiskiem: Stany Zjednoczone przyjmują, że zasoby naturalne w regionie Zatoki Perskiej są niezbędne dla amerykańskiej gospodarki a zatem, że stanowią ich geopolityczna własność. Wobec tego, wszelka próba podważenia tego aksjomatu będzie traktowana jako „atak na żywotne interesy Stanów Zjednoczonych Ameryki i taki atak będzie odparty z użyciem wszelkich możliwych środków, w tym siły militarnej”. Z czasem Waszyngton wyposażył się w odpowiednie narzędzie do prowadzenia tej polityki, CentCom (Centralne Dowództwo USA), i rozszerzył swoją strefę aż do Półwyspu Somalijskiego.

Obecna kampania lotnicza Koalicji nie ma już zatem żadnego związku z początkowym zamiarem obalenia Syryjskiej Republiki Arabskiej. Nie jest też w żadnym wypadku jakąś „walką z terroryzmem”. Jedyne zadanie, jakie realizuje, to obrona interesów gospodarczych samych tylko Stanów Zjednoczonych, poprzez utworzenie w razie potrzeby, ale niekoniecznie, nowych podmiotów państwowych.

W kampanii tej, amerykańskiemu lotnictwu pomaga już tylko w nieznacznym stopniu lotnictwo Arabii Saudyjskiej i Kataru, ale Francja i Turcja ostentacyjnie nie biorą w niej udziału. Sam Pentagon przyznał, że przeprowadził 4000 nalotów, zabijając nieco ponad 300 bojowników Państwa Islamskiego. Jeśli wierzyć tej deklaracji, to wychodzi na to, że 13 nalotów (i nie wiadomo, ile bomb i rakiet) równa się jednemu zabitemu dżihadyście. W takim razie mamy do czynienia z najdroższą i najmniej skuteczną w historii kampanią lotniczą. Z drugiej strony, jeśli przyjmiemy wcześniejsze rozumowanie, to ofensywa Da’isz w Iraku doprowadziła do manipulacji kursem ropy, co wywołało silny spadek ceny baryłki o ok. 25%, ze 115 $ do 83 $. Nuri al-Maliki, legalnie wybrany premier Iraku, który sprzedawał połowę irackiej produkcji Chinom, został oczerniony i usunięty ze stanowiska. Da’isz i Kurdyjski Rząd Regionalny sami obniżyli eksport ropy o ok. 70%. Wszystkie instalacje naftowe wykorzystywane przez chińskie koncerny zostały po prostu zniszczone. De facto, cała syryjska i iracka ropa sprzedawana dotąd chińskim nabywcom została włączona w obieg międzynarodowy, kontrolowany przez Stany Zjednoczone.

Podsumowując, obecna kampania lotnicza jest bezpośrednim zastosowaniem doktryny Cartera i ostrzeżeniem pod adresem prezydenta Xi Jinpinga, który próbuje zawierać tu i tam kontrakty dwustronne na zaopatrzenie Chin w paliwo, z obejściem rynku międzynarodowego.

 

Powyższa analiza pozwala na następujące wnioski:

Na obecną chwilę, Stany Zjednoczone dopuszczają wojnę tylko dla obrony swego strategicznego interesu, jakim jest kontrola międzynarodowego rynku ropy. Mogą więc podjąć wojnę przeciwko Chinom, ale nie przeciwko Rosji.

Francja i Turcja nigdy nie zdołają zrealizować swoich marzeń o rekolonizacji. Francja powinna zastanowić się, jaką rolę na Czarnym Lądzie wyznaczył jej AfriCom (Dowództwo sił zbrojnych USA w Afryce). Może dalej mieszać się w sprawy tych wszystkich państw, które próbują zbliżyć się z Chinami (Wybrzeże Kości Słoniowej, Mali, Republika Środkowoafrykańska) i zaprowadzać tam „zachodni” ład, ale nie uda jej się odbudować własnego Imperium kolonialnego. Turcja też powinna obniżyć sobie poprzeczkę. Prezydent Erdoğan co prawda z powodzeniem realizuje szkaradny sojusz z Bractwem Muzułmańskim i generałami kemalistami, ale zrobi dużo lepiej, porzucając swoje neo-osmańskie ambicje. Przede wszystkim powinien sobie przypomnieć, że jako członek NATO, jego kraj, bardziej niż jakikolwiek inny, nie ma dużego manewru i w razie niesubordynacji narażony jest na proamerykański zamach stanu, którego ofiarą padł na przykład Jeorjos Papandreu, czy też turecki premier Bülent Ecevit.

Arabii Saudyjskiej i Katarowi nigdy nie zwrócą się te miliardy, które ze stratą zainwestowały w obalenie Syryjskiej Republiki Arabskiej. Co więcej, być może w jakiejś części będą te dwa państwa musiały sfinansować rekonstrukcję zniszczonej Syrii. Dynastia Saudów dalej będzie musiała realizować amerykańskie interesy gospodarcze wzamian za ochronę jej przywilejów, unikając jednak wojen o szerokim zasięgu, i pamiętając o tym, że w każdej chwili Waszyngton może zadecydować o podziale jej prywatnej własności, tj. o rozbiorze Arabii Saudyjskiej. Patrząc na mapę od strony Jemenu niewiele do tego brakuje.

Izrael ma nadzieję,że będzie mógł dalej działać w ukryciu, aby wywołać w perspektywie średnioterminowej definitywny rozkład Iraku na trzy części. Przypadnie mu wówczas w udziale iracki Kurdystan, porównywalny do utworzonego przezeń  Południowego Sudanu. Jest jednak mało prawdopodobne, by udało mu się od razu połączyć go z północną Syrią. Tak samo, mało prawdopodobne, aby zdołał usunąć UNIFIL z południowego Libanu i zastąpić go Al-Kaidą, tak jak zrobił to z UNDOF-em w strefie graniczącej z Syrią. Ale w ciągu 66 lat swojego istnienia, Izrael wiele rzeczy wypróbowywał i za każdym razem co nieco uzyskiwał. W rzeczywistości, Izrael jako jedyny w regionie zyskuje na wojnie przeciw Syrii. Nie tylko na długie lata osłabił swojego syryjskiego sąsiada i jego znakomitą armię, ale też zmusił go do porzucenia swojego arsenału chemicznego, stając się tym samym jedynym państwem na świecie, które całkiem legalnie i oficjalnie dysponuje zarówno  udoskonalonym arsenałem atomowym, jak i arsenałem broni chemicznej i biologicznej.

Irak jest de facto już teraz podzielony na trzy odrębne państwa. Jedno z nich, Kalifat, nigdy nie zostanie uznane przez społeczność międzynarodową. Nic chyba nie będzie w stanie powstrzymać secesji Kurdystanu, chyba tylko trudność z jaką przyjdzie mu wyjaśniać, jakim cudem powiększył swoje terytorium o 40% względem tego, co stanowi iracka konstytucja, włączając do swych granic pola naftowe Kirkuku. Kalifat ustąpi pewnie miejsca państwu sunnickiemu, rządzonemu – w sposób już mniej okrutny – przez ludzi, którzy oficjalnie „opuszczą” Da’isz i - byc może - okazą się starą gwardią Saddama z partii Ba'ath. Doszłoby wtedy do czegoś porównywalnego z Libią, w której byłym bojownikom Al-Kaidy przekazano władzę, nie wywołując przy tym najmniejszego protestu.

Syria powoli odzyska pokój i poświęci się żmudnej odbudowie państwa. W tym celu zwróci się do chińskich przedsiębiorstw, ale z pewnością będzie trzymała Pekin z dala od swoich surowców. Odbudowę przemysłu naftowego i eksploatację rezerw gazu Damaszek powierzy rosyjskim koncernom. Kwestia rurociągów, które będą przebiegać przez terytorium syryjskie, będzie zależeć od wsparcia Iranu i Rosji.

Liban będzie nadal żył w strachu przed agresją ze strony Da’isz, który pozostanie organizacją stricte terrorystyczną. Dżihadyści zawsze będą jedynie narzędziem paraliżowania politycznych funkcji państw, pogrążających się w anarchii.

Rosja i Chiny powinny w trybie pilnym podjąć działania przeciwko Da’isz w Iraku, Syrii i Libanie, nie przez empatię dla tamtejszych społeczeństw, lecz dlatego, że USA mogą już niebawem użyć tego narzędzia przeciwko nim samym. Wprawdzie Da’isz kierowany jest bezpośrednio przez saudyjskiego księcia Abdul-Rahmana, który jest jego sponsorem, i przez kalifa Ibrahima, który kieruje jego operacjami, ale przeciez jego najważniejsi oficerowie są cudzoziemcami: ludźmi z Kaukazu, członkami tajnych służb wojskowych np. Gruzji, a czasem też obywatelami Chin, mówiącymi po turecku. Przecież nawet sam gruziński minister obrony przyznał, odżegnując się potem od swoich słów, że na terytorium Gruzji znajdują się obozy szkoleniowe dżihadystów. Jeśli więc Moskwa i Pekin będą zwlekać, Da’isz wkrótce zaatakuje Armenię i Kaukaz, uzbecką dolinę Fergany, oraz chiński Sinkiang Ujgurski.

 

KOMENTARZE

  • Ooooł!
    Jeśli nie jest to luźna ocena, to pewnie ma Pan chyba dostęp do źródeł jakiegoś silnego wywiadu.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930