Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
4039 postów 1886 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Katar znad Zatoki

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Nad Zatoką Perską narasta arabski konflikt. Czarną owcą w klubie naftowych monarchów stał się emir Kataru. Znowu sprawka Ameryki?

 

Pod koniec marca prezydent Barack Obama ma zaplanowaną podróż do Arabii Saudyjskiej z programem spotkań i rozmów, które chyba nie będą łatwe ani przyjemne. W Walentynki minęło 69 lat odkąd na pokładzie amerykańskiego krążownika Quincy zakotwiczonego w Kanale Sueskim prezydent USA Franklin Roosevelt i założyciel wahhabickiej dynastii król Abdulaziz bin Saud zawarli nieświęte przymierze w celu lepszego panowania nad naftą i ludnością wielkiego pustynnego półwyspu. Dziś jednak oba te kraje wydają się dość daleko od siebie nie tylko w takich wiecznie rozjątrzonych sprawach jak służalcze popieranie Izraela przez USA lub kpiny z praw człowieka w Arabii Saudyjskiej, ale również wokół całej listy nowych spraw, od kwestii zapewnienia bezpieczeństwa nad Zatoką, poprzez brudną wojnę w Syrii, aż po porewolucyjną czkawkę u jeszcze innego kłopotliwego sojusznika Ameryki – kraju piramid nad Nilem.      

Ostatnio Rijad dorzucił do tej listy jeszcze jeden problem. Wspólnie ze swymi bliskimi sojusznikami – Bahrajnem i Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi (ZEA) saudyjskie królestwo nagle, 5 marca odwołało z Kataru swego ambasadora. Niepozorny emirat, który wystaje w Zatokę, niechętnie zwaną tam Perską, niczym fiutek spod burnusa opasłego cielska Arabii Saudyjskiej, jest przecież wciąż formalnym członkiem Rady Współpracy Państw Zatoki (Gulf Cooperation Council, GCC), czyli klubu sześciu nieprzyzwoicie bogatych, naftowych monarchii z Półwyspu Arabskiego. Tak się składa jednak, że Katar jest również siedzibą najważniejszej z amerykańskich baz wojskowych wokół Zatoki Perskiej tzw. Combined Air&Space Operations Centre (CASOC), obsługującej 35.000 żołnierzy i formalnie służącej jako tarcza dla osłony GCC przed Iranem. To pogłębia problem.

Dyplomatyczny kryzys między Arabami byłby pewno i łatwy do opanowania, jak to już i drzewiej bywało. Rijad zawiesił przecież swoje relacje z Dohą na kilka lat w latach 1990-ych, kiedy to ambitny i niecierpliwy szejk Hamad al-Thani, ojciec obecnego emira, szejka Tamima, zajął tron obaliwszy swego ojca, wasalnie zaprzyjaźnionego kacyka, który potulnie jadł z łaskawej saudyjskiej ręki. Również obecnie Katar na ostatni przejaw saudyjskiego gniewu zareagował pojednawczo, wyrażając tylko „żal i zdziwienie” i deklarując spokojnie, że jego ambasadorzy pozostaną jednak w „bratnich” stolicach GCC.

Jednakże konflikt nie jest tylko porywem gniewnej chwili. Dojrzewał od dawna i bulgocze pod piaskiem  obecnie grożąc nawet tym, że Rijad odetnie fiutka i zamknie jedyną lądową granicę Kataru ze światem, a ponadto zamknie saudyjską przestrzeń powietrzną dla wszystkich zakatarzonych lotów. Zapewne Bahrajn i ZEA zrobią wtedy do samo. I tu pojawia się dla Amerykanów prawdziwy problem: całą działalność swych zwłaszcza wojskowych sił powietrznych od Syrii aż po Afganistan koordynują oni ze wspomnianej bazy w Katarze.

Powody saudyjskiej irytacji są ogólnie znane. Po arabsku można je nazwać krótko: الإخوان جزيرة  (al-dżazira  łal-ichłan), czyli ‘wyspa i bracia’. Odkąd w 1996 roku w eterze pojawiła się bardzo hałaśliwa i bardzo popularna w świecie arabskim katarska satelitarna TV al-Dżazira - dosłownie ‘wyspa’, co można jednak rozumieć także jako ‘oaza (prawdy)’ albo ‘(samotny) półwysep’ w odniesieniu do Kataru – od razu stała się gniazdem i parasolem dla dziesiątków dysydentów ze wszystkich krajów arabskich, a zwłaszcza z sąsiednich monarchii absolutnych (z wyjątkiem samego Kataru, rzecz jasna). Reakcja każdego naftowego kacyka była łatwa do przewidzenia. Problem zaognił się gwałtownie w roku 2011 wraz z wybuchem tzw. wiosny arabskiej. W naturalny sposób jest ona postrzegana jako zagrożenie dla monarszej władzy, i to mimo zapewnień ze strony służb USA,  które tę wiosnę zorganizowały, że rewolucje są zaprogramowane tylko dla republik i żadna z nich nie dosięgnie ani monarchii półwyspu, ani nawet w Jordanii lub Maroku. Obietnicy tej Zachód dotrzymał, a jeśli nawet rewolucja pojawiła się spontanicznie – jak np. w Bahrajnie – to pomógł ją stłumić w zarodku (specjaliści brytyjscy) i przymknął oko na sposób rozprawy z niepokorną ludnością. Niektóre skąpe doniesienia liczą ofiary w tysiącach, ale media główniego nurtu w tej sprawie milczą. 

  
 
   Czarną owcą okazał się jednak znowu szejk Hamad, emir Kataru, który grał z Ameryką drugą talią kart, od początku hojnie wspierając stare i populistyczne Bractwo Muzułmańskie (Ichłan, BM), podnoszące głowę do Tunezji po Syrię. Arabia Saudyjska, a może jeszcze bardziej ZEA, od bardzo dawna postrzegają  BM jako wywrotową sektę, która bardziej skupia się na programie socjalnym dla mas niż na szerzeniu pobożności i religijnej pokory. Panislamska ideologia BM, dla wahabitów równie nienawistna jak panarabizm partii Baath, a zwłaszcza jego sieć zakonspirowanych komórek, zawsze budziły w Rijadzie szczególnego rodzaju  dreszcze.

Kiedy Bractwo Muzułmańskie wygrało wybory w Egipcie w 2012 roku, Katar obficie podsypał kasy na wybór prezydenta Muhammada Mursiego, podobnie jak poparł palestyński Hamas w Gazie, który też powstał na bazie ideologii Bractwa. Zabronić tego emirowi nikt nie mógł, ale niezadowolenie koronowanych kolegów sięgnęło szczytu. Generałom, którzy Mursiego wkrótce potem obalili, Rijad, Kuwejt i Dubaj sypnęły więc dużo więcej, bo w naftowym świecie na tym głównie polega „szlachetna rywalizacja” władców. Rozdźwięk pogłębił się jeszcze bardziej. Kto musiał z Egiptu zwiać, ten znalazł schronienie w Katarze, nie wyłączając nawet najbardziej zatwardziałych dżihadystów i ściganych nad Nilem polityków. Al-Dżazira, która w Egipcie stała się stacją obecnie wyklętą, i to do tego stopnia, że zespół jej anglojęzycznej filii w Kairze siedzi teraz w areszcie oskarżony o terroryzm, jest jedyną tubą dla BM. 87-letnia gwiazda al-Dżaziry, egipski kaznodzieja Jusef al-Qaradaui grzmi przeciwko „zmurszałym reżimom arabskim”, które maczały swe tłuste paluchy w obaleniu Mursiego. Bardzo ostro wystąpił np. w kazaniu 22 lutego, zarzucając „tym, co się kąpią w złotych wannach”, że nic nie robią dla ulżenia doli Palestyńczyków oblężonych w Gazie. Oczywiście, grzmi z Kataru, gdzie sobie bezpiecznie mieszka. Oglądalność jego programów ocenia się jednak w świecie arabskim na 50-60 milionów widzów. Wielu obserwatorów uważa, że Qaradaui czuje za sobą protekcję starego emira Hamada, który zachował jeszcze wiele pregoratyw u boku swego syna, na rzecz którego został zmuszony przez Waszyngton do abdykacji.

Jak bowiem wspomniałem, postawa Kataru nie wzięła się znikąd. Po wielu nieudanych zamachach BM zostało zakazane w krajach islamu w okresie zimnej wojny. Jednakże w roku 2005, kiedy w Waszyngtonie i Tel-Awiwie zapadły decyzje o rozpoczęciu przygotowań do ‘arabskiej wiosny’, służby specjalne USA zbudziły swych uśpionych agentów i półagentów w kierownictwie BM, przeważnie zwerbowanych w Ameryce  stypendystów, takich jak egipski biznesmen Szatter, i powierzyły im nowe zadania. Zadanie ich finansowania dostał zaufany emir Hamad z Kataru, któremu przedtem Amerykanie zbudowali największy na świecie zakład i terminal płynnego gazu i gdzie umieścili wspomnianą największą swoją bazę wojskową CASOC. Kiedy jednak pupile Hamada nie sprawdzili się w Libii i w Egipcie, BM wypadło z łask CIA, a emir został zmuszony do abdykacji na rzecz swego syna. Ostatnie czynne reduty BM to część rebeliantów w Syrii, gdzie Ameryce potrzebne są każde ręce przeciw prezydentowi Assadowi, oraz ich odmiana (Hamas) w Palestynie (strefa Gazy), gdzie służą do prowadzenia trudnych, bo z definicji nieszczerych negocjacji z Izraelem. Reszta schowała się w głębokiej konspiracji czekając na lepsze czasy.

Wspólne oświadczenie wydane w zeszłym tygodniu przez Arabię Saudyjską, Bahrajn i ZEA (bo Kuwejt i Oman w tym nie uczestniczą) wyjaśnia wszem i wobec w dość gniewnym tonie, że nowy władca Kataru emir Tamim, nieodrodny synalek poprzedniego, pozwolił BM na próbę zamachu stanu w ZEA udaremnioną w listopadzie 2013, a następnie złamał daną wtedy w Kuwejcie pisemną obietnicę, iż okiełzna pyskatą Dżazirę i jej egipskich ujadaczy z BM, oraz że „będzie przestrzegał zasady nieingerencji w wewnętrzne sprawy innych państw”. Nieoficjalnie mówi się jednak, że od Tamima zażądano po prostu pozbycia się egipskich uchodźców i BM – ich banicji lub ekstradycji. Sięgnięto także po ostrzejsze kroki. 3 marca sąd w ZEA skazał pracującego tam katarskiego lekarza na siedem lat paki za „konspirę” (czyli przynależność do BM). Arabia Saudyjska sporządziła natomiast dwie listy: zakazanych kaznodziejów w meczetach, podejrzewanych o przynależność lub sympatie dla BM, oraz islamski index librorum prohibitorum  - zakazanych książek BM, których nie wolno wystawiać na targach książki w Rijadzie, otwartych 4 marca.  

Wkrótce może być jeszcze gorzej. Swarliwe królewięta już zaczęły bawić się w wojenkę. Ze źródeł tureckiego wywiadu pojawiła się informacja (voltairenet.org, 13 marca), że eksplozja, która 27 stycznia zniszczyła turecką restaurację „Istanbul” w centrum handlowym Landmark Mall w Doha, stolicy Kataru, nie była wcale przypadkowa, lecz zorganizowały ją najprawdopodobniej saudyjskie służby specjalne. Wybuch kanistra z gazem na dachu tego obiektu spowodował zawalenie się budynku. Zginęło 12 osób, a 32 odniosły rany. W kilka dni potem Katar zemścił się naprędce zorganizowanym i przez to mniej udanym atakiem w centrum Rijadu, stolicy Arabii Saudyjskiej. Media saudyjskie przedstawiły ten zamach jako przypadkowy pożar.

Po nieudanej próbie przewrotu w ZEA, Rijad przyjął jednak ostry kurs wobec części dżihadystów. Pod karą więzienia zabronił swym obywatelom zaciągania się do zbrojnych formacji za granicą i w zeszłym tygodniu wciągnął trzy z nich na listę organizacji terrorystycznych: Dżabhat an-Nusra, BM i tzw. Dżausz czyli Islamskie Państwo w Iraku i Lewancie (ISIS). Wszystkie trzy są finansowane przez Katar, przynajmniej w Syrii. Nie znaczy to jednak, ze sama Arabia Saudyjska z wojny w Syrii się wycofała. Wręcz przeciwnie, tuż przy południowej granicy Syrii, na terenie Jordanii pospiesznie buduje teraz własne oddziały terrorystów, które zasila m.in. kryminalistami ze swoich więzień.   

Prezydent Obama, kiedy tam wkrótce przyjedzie, będzie musiał więc stąpać ostrożnie po tak zaminowanym piasku. Z jednej strony musi dać Iranowi mocne sygnały, że USA i GCC to jeszcze mocniejszy sojusz. Z drugiej strony musi przekonać zwaśnionych i obrażalskich kacyków, że Ameryka, kombinując atomowy deal z Iranem i przesuwając swe siły bardziej ku żółtej stronie Azji, gdzie szybko wyrasta jej chiński rywal, wcale nie wymięka wobec „północnej perskiej groźby”, przed którą drżą tonące w ropie trony jej sojuszników po południowej stronie Zatoki. No i będzie też musiał im wytłumaczyć, dlaczego nie dość wydajnie wspiera już to rebeliantów w Syrii, już to generałów w Egipcie.  Tiaa… Taki prezydent Roosevelt to miał jednak łatwiejsze życie.   

 

Dodatek muzy:

Śpiewa grupa Rakan ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich

 

KOMENTARZE

  • @nana 20:43:30
    http://www.youtube.com/watch?v=6b719_q33mo
    Oto filmik mowiacy o tym, ze kobiety w Arabii Saudyjskiej uzyskaly prawo do glosowania w 2011 roku, lecz beda mogly "naprawde" zaglosowac dopiero w 2015 roku !
    Czyli nie jest tam az tak dobrze , zreszta nie tylko kobietom, lecz takze obcokrajowcom, biednym i inaczej myslacym ..

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
25262728293031