Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
3904 posty 1831 komentarzy

Bogusław Jeznach

Bogusław Jeznach - Dzielić się wiedzą, zarażać ciekawością.

Turcja na zakręcie

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Zachód od dawna daje sygnały swej niechęci do premiera Erdoğana. Czy stoi także za obecnym kryzysem politycznym w Turcji? Sytuacja, choć wciąż niejasna, bez wątpienia zasługuje na analizę

 

Rządy w Turcji upadają zwykle z dwóch powodów: albo dlatego, że są przeżarte zbyt bezczelnie uprawianą korupcją, albo dlatego, że się narażą wojsku, które je obala regularnie. Czasami z obydwu tych powodów naraz. W roku 2002, wyborcy en masse odrzucili przegniłe stare partie świeckie i wybrali nową, umiarkowanie islamską Partię Sprawiedliwości i Rozwoju (Adalet ve Kalkinma Partisi, AKP, AK) Recepa Tayyipa Erdoğana, który został wtedy premierem. Dziś, dekadę później, partia „AK”, co po turecku oznacza ‘biała’ albo ‘czysta’, okazuje się niewiele bielsza ani czyściejsza od tych, które pod hasłem walki z korupcją wtedy zastąpiła.         

Na dobre zaczęło się chyba 17 grudnia od aresztowania pod zarzutem korupcji ok. 50 osób związanych z rządzącą AKP. Zarzuty obejmowały m.in. ustawianie przetargów rządowych, ukryte transfery złota do Iranu oraz łapówki. Dotknęły one synów trzech ministrów z AKP, burmistrza z tejże partii, oraz dyrektora Halkbanku, drugiego największego kredytodawcy w Turcji. W domu tego ostatniego policja znalazła 4,5 mln $ w gotówce, upakowane w pudełkach po butach. Pociągnęło to za sobą najpierw szybką rekonstrukcję gabinetu. Kiedy jednak śledztwo zaczęło zataczać drugi krąg i w sieć prokuratorów mógł wpaść także syn Erdoğana, dziwnie szybko wzbogacony na handlu nieruchomościami, premier uznał to za spisek przeciw swemu rządowi, a następnie przystąpił do kontrofensywy. Zwolnił prokuratora, który prowadził śledztwo, wydał dekret który pozwala rządowi zatrzymać dochodzenia przeciw jego członkom i przeprowadził masowe czystki w policji (tylko w nocy z 6 na 7 stycznia zwolniono w całym kraju 350 funkcjonariuszy). Działania te, postrzegane na Zachodzie jako zakwestionowanie prawno-demokratycznych podstaw państwa, budzą „niepokój zagranicznych inwestorów” jak to określają zachodnie media. Przekłada się to na spadki giełdowe oraz dodatkowe osłabienie kursu liry, już wcześniej zniżkującego. Kurs tureckiej waluty spadł o 5% wobec dolara, a giełda w Stambule poleciała o 10%. Turcja mocno zależy od napływu obcego kapitału na regularną spłatę swych kredytów i zobowiązań.

Obserwujemy więc najgłębszy kryzys polityczny od objęcia władzy przez AKP w 2002 roku. Cała zawierucha - aresztowania z 17 grudnia, dymisje ministrów (w tym Egemena Bagisa, ministra ds. integracji z EU), rezygnacje siedmiu posłów AKP (w tym popularnego Hasana Harmi Yildirima) i późniejsza reakcja rządu są de facto efektem rozłamu w szeroko definiowanym obozie władzy – między premierem Erdoğanem a religijno-społecznym ruchem Fethullaha Gülena – oraz bezpardonowej walki obu środowisk o władzę i wpływy, prowadzonej przez obie strony przy pomocy struktur państwowych. Skutkuje to osłabieniem rządów prawa i standardów demokratycznych, psuje aparat państwa oraz oddala Turcję od Zachodu.

Chociaż dalsza dynamika i kierunek wydarzeń są trudne do przewidzenia, nie wydaje się aby kryzys zagroził mocniej władzy AKP i Erdoğana. Do przesilenia dochodzi jednak w czasie dla rządu niewygodnym i nieoczekiwanym, po wyraźnie nieudanym roku zarówno na arenie wewnętrznej (masowe protesty uliczne latem ub.r.), jak i zagranicznej (fiasko polityki bliskowschodniej, zwłaszcza wobec Syrii) i u progu sezonu wyborczego (wybory samorządowe 30 marca, prezydenckie w sierpniu). AKP nie ma w Turcji poważnego konkurenta, a Recep Tayyip Erdoğan pozostaje politykiem popularnym. Zmiana władzy wydaje się więc w przewidywalnej perspektywie mało prawdopodobna, a ewentualna neutralizacja ruchu Gülena, co chyba musi nastąpić, jeśli rząd ma przetrwać, dodatkowo uwolni premiera od ostatniego tak wpływowego środowiska niezależnego od jego władzy. Oznacza to jednak konieczność wielu ostrych ruchów i głębokich cięć, po których  koszt wizerunkowy i polityczny obecnego kryzysu może okazać się dla rządu wyższy niż korzyści ze spodziewanego zwycięstwa.

Partia Erdoğana rządzi Turcją pewną ręką od 2002 roku. W tym czasie zdominowała scenę polityczną i zmonopolizowała ideologicznie debatę publiczną, jeśli chodzi o wyznaczanie celów i kierunków rozwoju kraju, przede wszystkim zaś spacyfikowała i podporządkowała sobie armię, mającą wcześniej w tureckim systemie politycznym pozycję de facto nadrzędną wobec władz cywilnych. Cokolwiek by nie mówić, rządy AKP przyniosły Turcji stabilność, rozwój gospodarczy i wszechstronne reformy zbliżające to państwo do standardów cywilizacyjnych Zachodu, również w wymiarze politycznym.

Kluczowym sojusznikiem AKP, także w bardzo ryzykownej  konfrontacji z armią, był ruch Fethullaha Gülena dysponujący znacznymi środkami finansowymi i wpływami w sektorze edukacyjnym, mediach, biznesie oraz aparacie państwowym,  w tym w prokuraturze i w  policji. Przedstawiciele tego ruchu w aparacie państwa, choć formalnie podporządkowani byli rządowi i wykonywali jego polecenia, de facto  zachowywali daleko posuniętą autonomię w działaniu. Stopniowe utrwalanie się hegemonicznej pozycji premiera Erdoğana na tureckiej scenie politycznej, przypieczętowane trzecim zwycięstwem w wyborach parlamentarnych w 2011 roku (z wynikiem 49,8%), wpłynęło znacząco zarówno na atmosferę życia politycznego, jak i funkcjonowanie sojuszu z ruchem Gülena.

Wyhamowanie reform wewnętrznych, coraz bardziej konserwatywna retoryka oraz autokratyczny styl rządów premiera, połączony z otwartym forsowaniem kontrowersyjnych zmian w systemie politycznym, wywołały podsycane przez Zachód niezadowolenie liberalnie nastawionej części tureckiego społeczeństwa, w konsekwencji zaś masowe protesty antyrządowe latem ub.r. Pod błahym pretekstem obrony starych drzew w stambulskim parku Gezi przeciwko premierowi przez wiele dni protestowali wtedy „młodzi, wykształceni i z wielkich miast”, w czym trudno nie dostrzec „znajomo obcej ręki” i inspiracji ze źródeł, które i w Polsce dobrze znamy. Trudno się więc dziwić, że również Erdoğan o podżeganie do czerwcowych protestów oskarżył „obce ośrodki i siły specjalne”, a nawet nazwał je po imieniu: USA i Izrael (co obecnie zresztą powtórzył). Zdecydowana postawa premiera wobec czerwcowych protestów, postrzeganych jako próba destabilizacji sytuacji politycznej i zamachu stanu doprowadziła do zaostrzenia polaryzacji społecznej oraz dalszego usztywnienia rządu wobec wszelkiej krytyki. 

W tym samym czasie dalsze stopniowe, lecz konsekwentne i głębokie podporządkowywanie armii władzom cywilnym sprawiło, że wojsko tureckie przestało stanowić w percepcji rządu zagrożenie polityczne. Problemem dla Erdoğana stał się zaś sam ruch Gülena, posiadający mocną i niezależną od rządu pozycję w organach państwa (choć trudną do zmierzenia wobec nietransparentnej natury ruchu i braku formalnego członkostwa), ale także przejawiający ambicję prowadzenia niezależnej polityki.

Konflikt między tymi dwoma środowiskami narastał od kilku lat. Preludium otwartej konfrontacji stała się decyzja rządu z jesieni ub.r. o zamknięciu tzw. dershane – prywatnych instytucji edukacyjnych, przygotowujących uczniów do egzaminów na studia. Była to nieoficjalna, komercyjna (dość droga), równoległa do oficjalnego szkolnictwa sieć placówek, bez której nie było w praktyce mowy o dostaniu się dzieci na studia. Spośród ok. 4.000 dershane w kraju większość, i to te najważniejsze, związana była z ruchem Gülena, stanowiąc ważny element jego zaplecza społecznego i finansowego. Sieć ta, de facto  pasożytująca na systemie szkolnictwa, wiązała ze sobą wpływowe i opiniotwórcze środowiska nauczycieli, pracowników wyższych uczelni i rodziców, tworząc ważne i trwałe więzi wzajemnego rozeznania. Uboższe warstwy ludności, nie mogąc sprostać finansowo kosztom dershane uskarżały się na niesprawiedliwą petryfikację dostępu do wyższego wykształcenia i domagały się usprawnienia systemu szkolnictwa państwowego. Decyzje rządu wyszły naprzeciw tym postulatom, choć nie wiadomo jeszcze na ile skutecznie.  Obecne aresztowania osób bliskich AKP (urzędników, biznesmenów, a także synów 3 członków gabinetu) należy postrzegać przede wszystkim jako odwet za działania premiera w sprawie dershane, choć oczywiście nie wyklucza to zasadności podejrzeń o korupcję.

Dostrzegając obecnie główne zagrożenie ze strony ruchu Gülena premier Erdoğan wysłał już sygnały możliwego „odwrócenia sojuszy” pod adresem armii, w tym m.in. ewentualnego przeglądu wyroków na ponad 500 czynnych i emerytowanych oficerów przebywających w więzieniach. Prokuratorzy związani z ruchem Gülena odegrali bowiem najważniejszą role w tzw. aferze Ergenekon, która posłała ich do więzień. Wykorzystano wtedy przeciw nim potajemnie zbierane taśmy i nagrania, m.in. o kompromitującym seksualnym charakterze. Obecnie niektórzy aktywiści AKP (być może profilaktycznie) oskarżają Hizmet (ruch Gülena) o zbieranie podobnych materiałów dla szantażowania członków partii rządzącej. Hizmet energicznie zaprzecza. Dla muzułmańskiej, czyli purytańskiej klienteli politycznej AKP takie rewelacje miałyby efekt druzgoczący.     

Tym bardziej, że obecny atak prokuratury i policji nastąpił w momencie, gdy rząd osłabiony szeregiem porażek w ostatnim roku przygotowywał się do marcowych wyborów samorządowych, mających niejako odnowić mandat AKP do rządzenia krajem. Aresztowania uderzają zatem w konsekwentnie budowany wizerunek AKP jako partii o „czystych rękach” („ak partisi”), w konsekwencji zaś w niekwestionowany dotąd autorytet Erdoğana (jako że wśród osób zamieszanych w zjawiska korupcyjne wymieniani są także jego synowie). Ruch Gülena stanowiący przez ponad dekadę ważny element wewnątrz obozu rządzącego ma niewątpliwie rozległą wiedzę na temat kulisów władzy, prawdopodobne wydają się więc kolejne próby uderzenia w rząd. Dla całości obrazu niezwykle istotny jest fakt, że centrala ruchu Gülena mieści się …w Stanach Zjednoczonych, gdzie sam lider mieszka od 1999 roku. Trudno nie podejrzewać, że może podlegać wpływom amerykańskich służb specjalnych.

Ruch Fethullaha Gülena, zwany także także „Cemaat” (Wspólnota) albo „Hizmet” (Służba) ma w zasadzie charakter religijno-społeczny i skupia się wokół tureckiego uczonego i duchownego muzułmańskiego Fethullaha Gülena urodzonego w Erzurum w 1941 roku. Ruch nie posiada struktur organizacyjnych i z formalno-prawnego punktu widzenia jest luźnym związkiem osób i instytucji związanych czcią dla osoby i nauk Gülena. W praktyce jednak jest siecią tysięcy organizacji, instytucji i przedsiębiorstw rozsianych po całym świecie, działających w sposób wyraźnie skoordynowany. Poza Turcją filarem działalności ruchu jest edukacja. Ruch prowadzi ponad tysiąc szkół i uczelni wyższych na całym świecie, m.in. w Azji Centralnej, Azji Południowo-Wschodniej, Afryce, ale także w USA i w Europie. Szkoły mają charakter świecki i odznaczają się wysokim poziomem merytorycznym; językiem wykładowym zazwyczaj jest angielski. W Turcji ruch ma wpływy faktycznie we wszystkich sferach życia społecznego. Są z nim związane szkoły, uczelnie, media (w tym najpopularniejsza w Turcji gazeta Zaman), banki, przedsiębiorstwa (w tym np. Konfederacja Przedsiębiorców i Przemysłowców TUSKON), fundacje dobroczynne, organizacje pozarządowe itd. Ruch ma także rozbudowane wpływy w aparacie państwowym, przede wszystkim w policji i sądownictwie, budowane na przestrzeni lat początkowo metodą niejawnej infiltracji.

Od 2002 roku ruch Gülena pozostawał w sojuszu z AKP, skierowanym przeciwko dominacji armii i kemalistowskich elit urzędniczych w kraju. Ruch popierał rząd Erdoğana uzyskując w zamian przestrzeń do dalszej ekspansji. Oba środowiska częściowo się przenikały, nigdy nie były jednak tożsame ani pod względem personalnym, ani ideowym (liderzy AKP wywodzą się w większości z innej, bardziej plebejskiej tradycji politycznej i religijnej). Różnice dotyczyły m.in. tempa i skali walki z armią i starym establishmentem (ruch Gülena był dużo bardziej radykalny i bezpośrednio odpowiedzialny za dochodzenia w sprawach „Ergenekon” i „Balyoz”, które poderwały pozycję armii w tureckim systemie politycznym) oraz polityki zagranicznej (ruch Gülena jest od początku przychylnie nastawiony do USA i Izraela). Z czasem między Erdoğanem a ruchem coraz częściej dochodziło do tarć. Przed wyborami 2011 roku premier, w atmosferze komentarzy o walce z wpływami żydomasonerii, wygłaszanych otwartym zresztą tekstem, usunął z list wyborczych osoby kojarzone z Gülenem. Wpływy żydomasońskie mają w Turcji długą i ugruntowaną tradycję (patrz np. donmeh, doehnmi)

Teoretycznie Gülen w swoim nauczaniu podkreśla konieczność łączenia wiary z nowoczesną nauką, demokracją i wolnym rynkiem, znaczenie służby dobru wspólnemu, wagę dialogu międzywyznaniowego i międzykulturowego. W praktyce jako środowisko społeczno-polityczne jego ruch dąży do maksymalizacji wpływów w Turcji, przy czym jest oskarżany m.in. o inwigilację, zastraszenia czy aresztowania przeciwników, krytyków i byłych członków, nadużycia sądowe, co możliwe jest dzięki wpływom ruchu w aparacie sprawiedliwości i bezpieczeństwa.

Trudno również wyrokować, jak AKP i premier przetrwają obecny kryzys. Jednak niezależnie od wyniku konfrontacji, obóz rządzący z pewnością poniesie znaczące koszty wizerunkowe związane z podejrzeniami o korupcję oraz próbą siłowego wyciszenia skandalu. W tej sytuacji marcowe wybory samorządowe urastają do rangi głosowania nad wotum zaufania dla rządu. Porażka AKP w liczbach bezwzględnych wydaje się mało prawdopodobna, porażką polityczną będzie jednak de facto każdy rezultat inny niż przekonujące zwycięstwo większościowe, a zwłaszcza ewentualna utrata stanowiska mera w którymś z dużych miast, przede wszystkim w Stambule lub Ankarze. Główna partia opozycyjna – Republikańska Partia Ludowa (Cumhuriyet Halk Partisi, CHP), mająca 135 mandatów w parlamencie, liczy na zdobycie Stambułu, co by na długo podzieliło jeszcze głębiej Turcję, w podobny sposób jak rozdarta jest Ukraina: na część prozachodnią (Stambuł) i wschodnią (Ankara). Mimo że CHP ma bardzo mętny program i rozbite frakcyjnie kierownictwo, ze strony gulenistów pojawiły się już głosy, że Hizmet może udzielić poparcia partii CHP. Nie wiadomo tylko czy to nie zaszkodziłoby prestiżowi samych gulenistów. Pozostałe dwie partie parlamentarne właściwie się w tej rozgrywce nie liczą. Przedpotopowa, nacjonalistyczna i wielkoturańska partia MHP z Devletem Bahcelim na czele (53 mandaty) od lat stacza się po równi pochyłej i prawdopodobnie umrze wraz ze swym coraz starszym elektoratem. Kurdowie z lewicowej BDP Selahattina Demirtasza (35 mandatów) z pewnością wolą zwycięstwo AKP, bo Erdoğan jest pierwszym premierem, który zaczął rokować z uwiezioną ikoną kurdyjskiego oporu – Abdullahem Ocalanem. Trudno stwierdzić, czy i na ile afera korupcyjna wpłynie na poparcie AKP wśród jej elektoratu bazowego – konserwatywnej ludności z Anatolii, korzystającej na ostatniej dekadzie rozwoju gospodarczego. Na nastroje społeczne może jednak wpłynąć zachwianie sytuacji gospodarczej. Dalszy odpływ kapitału zagranicznego i osłabienie waluty wywołane (choć w drugim wypadku tylko częściowo) kryzysem politycznym mogą odbić się na popularności rządu w krytycznym momencie.

Kryzys ponownie (tj. po raz drugi po czerwcowych protestach ulicznych) zmusza premiera do pilnej mobilizacji sił i środków dla obrony własnej pozycji politycznej. AKP staje się w coraz większym stopniu siłą polityczną skoncentrowaną nie na ambitnych reformach państwowych, ale na obronie osiągniętego status quo przed rzeczywistymi oraz urojonymi spiskami i zagrożeniami. AKP pod wodzą Erdoğana, podążając za osobistymi skłonnościami lidera, staje się więc formacją coraz bardziej zamkniętą i nieufną. Wraz z rosnącym poczuciem zagrożenia jest także coraz bardziej gotowa do działań które nie mieszczą się w lansowanych przez Zachód standardach demokratycznego państwa prawa.

Mimo wszystko obecny kryzys polityczny w Turcji pokazuje dystans dzielący to państwo od standardów modelowej demokracji; widać nawet trudność opisania takich zjawisk jak np. ruch Fethullaha Gülena w pojęciach tzw. demokracji zachodniej. Obecna wojna między premierem Erdoğanem a ruchem Gülena – prowadzona z użyciem emocjonalnej retoryki walki z międzynarodowym spiskiem i infiltracją żydostwa, z lekceważeniem prawa i procedur państwowych, za pomocą struktur siłowych i dyspozycyjnych mediów, metodą m.in. masowych czystek w aparacie państwa – dystans ten dodatkowo zwiększa. Kryzys pośrednio uderza także w, i tak już bardzo osłabioną, regionalną pozycję Ankary – Turcja pogrążona w mało przejrzystych walkach wewnętrznych, nie stanowi już atrakcyjnego wzoru politycznego. Np. w optyce Brukseli podważony został dotychczasowy autorytet Ankary jako jedynego na Bliskim Wschodzie prawdziwie demokratycznego państwa prawa dążącego do integracji z UE, co znowu oddala perspektywę członkostwa Turcji i  prawdopodobnie powoduje cichą ulgę wśród eurokratów. Obserwując jednak obecną fazę zmagań w Turcji i – co powinno być zrozumiałe -  nie do końca je rozumiejąc, trudno choćby instynktownie nie kibicować postawie Erdoğana, nawet jesli jego flirt z dżihadystami i postawa wobec wojny w Syrii wystawia mu niekorzystne świadectwo. 


 (źródła serwis Deutsche Welle online, OSW M.Matusiak, AFP, www.turkicworld.org

 

 

Dodatek muzy:

Suficka muzyka na flecie ney na tle widoków i meczetów Stambułu w porze pierwszej modlitwy przed wschodem słońca: Mevlana ve Istanbul


 

KOMENTARZE

  • Bardzo dobra analiza aktualnej sytuacji w Turcji.
    Ustosunkuje się tylko do wniosku końcowego artykułu stwierdzonego w zdaniu. :

    "Obserwując jednak obecną fazę zmagań w Turcji i – co powinno być zrozumiałe - nie do końca je rozumiejąc, trudno choćby instynktownie nie kibicować postawie Erdoğana, nawet jesli jego flirt z dżihadystami i postawa wobec wojny w Syrii wystawia mu niekorzystne świadectwo."

    Według mnie Erdoğan sam od siebie nie chciał zaangażowania w konflikt przeciwko Syrii wiadomo przez kogo tam zaindukowany i prowadzony siłami obcych nasłanych na Syrię z zewnątrz płatnych najemników i morderców. Niemniej wydaje mi się, iż robił to bez przekonania i nie zbyt aktywnie. Prawdopodobnie to naraziło go na utratę jego poparcia i krecią robotę poprzez związanego z nimi Gülena. W przyszłości nie można wykluczyć, iż Turcję pod wodza Erdoğana spotka to samo co zafundowano Syrii przez USA i Izrael oraz zwasalizowany przez nich Zachód. On teraz po prostu się broni. Robi to skutecznie i mądrze. Swoją drogą zazdroszczę Syrii i Turcji, iż mają przywódców z najwyższej półki. Nie tak jak my teraz i w przeszłości - służalczych wobec Międzynarodowej Lichwy Tusków , Kaczyńskich/Kalksteinów, Millerów, Buzków, Belków itd. - zdrajców Polski.
  • sceptycznie
    Ja również ustosunkuję się do wniosku końcowego zacytowanego przez mojego Przedmówcę.
    Po kilku latach spędzonych w Turcji mój instynkt podpowiada nieco inne, niż Autora, kibicowanie. Nie rozumiem, jak można wyrażać poparcie dla premiera, który regularnie nadużywa swojej władzy i ingeruje w życie prywatne obywateli. Przeciwstawiając AKP ruchowi Gullena sugeruje Pan, że zachodnie powiązania Cemaatu są szkodliwe dla państwa, a premier, choć wiele mu można zarzucić, jest "patriotą". To tak, jakby Pan twierdził, że powiązania z USA i Izraelem są z założenia złe, a wszelkie inne są dopuszczalne. Wyczuwam tu polski antyamerykański i antymasoński dyskurs.
    Obecny rząd Turcji również realizuje politykę zagraniczną, zwiększa sukceswnie wpływy na Bałkanach, nawiązuje przyjazne stosunki z Rosją, jak Pan to określa "flirtuje z dżihadystami" (choć określenie dżihadystów jest tu niejasnem nie wiadomo dokładnie, co Pan ma na myśli).
    Proszę nie zapominać, że opozycja AKP to nie tylko faktycznie nienajlepsze CHP i ruch Gullena. To także duża grupa inteligencji tureckiej, nie zawsze jasno związanej z jakąkolwiek partią polityczną, co było wyraźnie widoczne podczas czerwcowych protestów w Turcji.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031